Newsletter

Piłkarskie dylematy prawicy

Krzysztof Jaskułowski, 29.06.2012
Religia sprowadza się do kultu tego, co społeczne. Sacrum to po prostu społeczeństwo

Religia sprowadza się do kultu tego, co społeczne. Sacrum to po prostu społeczeństwo

Międzynarodowe zawody w piłce nożnej pod wieloma względami przypominają durkheimowskie ceremonie religijne. Émile Durkheim w książce „Elementarne formy życia religijnego” definiował religię bardzo szeroko jako system wierzeń i praktyk odnoszących się do rzeczy świętych, którym należy się hołd i szacunek.

Cyklicznie odbywające się święta, ze względu na wzajemną bliskość ludzi, pozwalają na wspólne demonstrowanie zbiorowych uczuć i okazywania czci wobec tych samych symboli religijnych, przez co potwierdzają i wzmacniają te uczucia i przywiązanie do idei kryjących się za symbolami. Podstawa koncepcji Durkheima to założenie, że za wyobrażeniem rzeczy świętych, np. totemu czy bóstwa, kryje się pojęcie społeczeństwa. Religia w rzeczy samej sprowadza się do kultu tego, co społeczne: sacrum to po prostu społeczeństwo.

Patrząc z tej perspektywy można powiedzieć, że istnieje niewielka różnica między Aborygenami praktykującymi kult klanowego totemu czy zgromadzeniem chrześcijan wspominających wydarzenia z życia Chrystusa, a wspólnotą kibiców dopingujących swoją narodową drużynę piłkarską. Główna odmienność polega na tym, że w dobie nowoczesności społeczeństwa nie czczą siebie za pośrednictwem pojęcia bóstwa, lecz jawnie i bez osłonek.

Przedmiotem uwielbienia jest sam naród uobecniany w trakcie mistrzostw w konkretny i naoczny sposób za pomocą powszechnie zrozumiałych symboli: barw, godła, hymnu, a przede wszystkim wspomnianej drużyny. Piłkarze reprezentują przecież naród, są ucieleśnieniem narodowej dumy, inkarnacją narodowej tożsamości, widocznym i konkretnym przedstawieniem narodowej wspólnoty wyobrażonej. Mistrzostwa w piłce nożnej to zatem nie tylko rozrywka, lecz przede wszystkim wielki, konfirmacyjny rytuał, w trakcie którego dochodzi do symbolicznego potwierdzenia istnienia narodu, jego spójności i wagi więzi narodowych.

Podobnie jak w przypadku świąt stricte religijnych, istotnym elementem odświętnej piłkarskiej atmosfery jest doświadczenie wspólnotowości. Telewizyjne transmisje zawodów piłkarskich potrafią przyciągnąć kilkanaście milionów widzów, którzy z napięciem śledzą zmagania polskiej reprezentacji.

Zdarza się, że po zwycięstwie obcy ludzie padają sobie w ramiona, ciesząc się z sukcesu narodowej drużyny – widok raczej niespotykany w trakcie oficjalnych świąt państwowych, takich jak Święto Niepodległości czy Święto Trzeciego Maja. Jednoczący charakter mistrzostw podkreślają również tytuły prasowe i hasła reklamowe. „Wszyscy Polacy kibicują”, „Cała Polska kibicuje naszym”, „Wszyscy jesteśmy drużyną narodową”. Komentatorzy nieustannie podkreślają, że gra toczy się o wysoką stawkę: honor, dumę, prestiż.

Dziennikarze często opisują mecze za pomocą wojennej metaforyki, odwołują się do historycznych zaszłości i posługują się językiem stereotypów narodowych, podsycając narodowe uczucia. Narodową dumę rozbudził również nieustannie podkreślany fakt, że to Polska jest współgospodarzem Euro 2012 i że organizacja przebiega sprawnie.

Niemal powszechna atmosfera wspólnotowości, odświętności i jedności narodowej stanowiła zewnętrzną presję, której podporządkowały się nawet partie i politycy, na co dzień preferujący strategię konfliktu i narodowej delegitymizacji. Tym należy tłumaczyć swoiste zawieszenie broni ogłoszone przed mistrzostwami przez Prawo i Sprawiedliwość oraz zdecydowane kroki, jakie partia ta podjęła w stosunku do Jana Tomaszewskiego, który w ostrych słowach zapowiedział, że nie będzie kibicował polskiej drużynie.

Jak wyjaśniał decyzję o zawieszeniu byłego bramkarza Marek Suski: „Jesteśmy partią, która wysoko ceni sobie honor, dumę i doping Polsce w ogóle. Nie należy mówić takich rzeczy, które niczemu dobremu nie służą, a wprowadzają tylko element niepozytywnego nastroju”. Partia stawiająca sobie za jeden z głównych celów obronę i umacnianie tożsamości narodowej, nie może sobie pozwolić na dyskredytację chyba najbardziej popularnej formy wyrażania narodowych uczuć, jakim jest kibicowanie piłkarskiej jedenastce.

Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że PiS nie za bardzo wie, jaką postawę przybrać wobec Euro 2012. Politycy partii Jarosława Kaczyńskiego zdają sobie sprawę, że przekonanie o sukcesie Euro 2012 działa na korzyść koalicji rządzącej, która w dużym stopniu utożsamiła się z tym przedsięwzięciem. Stąd różne przejawy krytyki organizacji tego wydarzenia, które będą się nasilać.

Można tu wspomnieć wypowiedzi polityków PiS, w tym także samego Kaczyńskiego, wieszczące czy mówiące wręcz o klęsce organizacyjnej, pomawiające rząd o prowokacje (rząd nie miał nic przeciwko awanturze z rosyjskimi kibicami i chciał ją wykorzystać do oskarżenia opozycji o inspirowanie zamieszek), oskarżenia o serwilizm wobec Rosji, a także służalczość wobec Zachodu (w kontekście filmu BBC). Także: o hołdowanie mentalności „Polacy nic się nie stało” czy sugestie, że Euro to święto rządzącej oligarchii, mające przesłonić prawdziwe problemy kraju.

Co jednak ważniejsze, dość powszechny pozytywny oddźwięk, z jakim spotkało się to piłkarskie święto narodowe pokazuje, że narzekania PiS na atrofię uczuć narodowych, erozję tożsamości narodowej czy zanik więzi narodowej są nie trafione. Patriotyzm ma wiele wersji i nie musi z konieczności przybierać preferowanej przez PiS formy pompatycznej i pomnikowej.

Jeżeli w Polakach wygasa przywiązanie do narodu, to jak wytłumaczyć entuzjastyczne poparcie dla polskiej drużyny i dumę z organizacji Euro? Najprostsze i zarazem najmniej przekonujące wyjaśnienie to odwołanie się do czynnika medialnej manipulacji i odmowa uznania autentyczności, by użyć sformułowania Jarosława Kaczyńskiego, „stadionowego czy piknikowego patriotyzmu”.

*Krzysztof Jaskułowski – historyk, antropolog kultury, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej