Newsletter

Italia – che Ballo!

Artur Madaliński, 29.06.2012
Balotelli pakuje piłkę do siatki i nikt nie ma już wątpliwości – włoskie przekleństwo zaczyna działać

Gry Włochów z Niemcami – wielka, nieśmiertelna historia futbolowych zmagań. To nie są mecze, to są – bez Schulza się nie obejdzie, bez Schulza nie idę – fragmenty pradawnych opowieści, które przywodzą na myśl zaginioną w bocznych odnogach czasu Księgę.

Wczorajszy półfinał w swojej mityczności poprzednim, zwłaszcza temu sprzed sześciu lat, gdy Andrea Pirlo swoim kompletnie dla nikogo niezrozumiałym podaniem wprowadził Włochów w ekstatyczny pląs Świętego Wita, nie ustępował. Chybotliwy początek Włochów w Warszawie, lekka niezborności Buffona, Pirlo zatrzymujący swoim mizernym ciałem wpadającą do bramki piłkę – wszystko to wprawiło mnie w lekki niepokój. Tym bardziej, że Joachim Löw, jego świetnie skrojona slim koszula, zegarek na prawej ręce i gustowna bransoletka na lewej, emanowały niezmąconym spokojem, godnym najsubtelniejszych pieśni Franciszka Schuberta.

Ale tylko do 20 minuty, w której Antonio Cassano – chimeryczny, ale potrafiący nogami wydziergać łowicką serwetkę mikrus – cudownym zwodem ogrywa dumnego Hummelsa, a Balotelli pakuje piłkę do siatki tak, że nikt nie ma już wątpliwości: włoskie przekleństwo zaczyna działać.

O drugiej bramce „czarnego Włocha” chciałbym powiedzieć coś sensownego, ale jedyne, co mam w głowie, to suchy trzask siatki, smutne oklaski Manuela Neuera i zastygłą w pozie masajskiego wojownika postać piłkarza Manchesteru City. Do cudownej listy włoskich specjalności – espresso, Bolonii, brusquetty, piadiny, Moniki Bellucci i wina z Piemontu – dopisuję strzał Marco Balotellego, w którym było wszystko: zwierzęca siła, wojenny instynkt afrykańskich wojowników i bezczelność, dzięki której napastnicy przechodzą do historii.

Super-Mario ma wszystko, co trzeba, by nim zostać – piłkarsko fantastyczny, po ludzku szalony, na boisku nie zawsze pracowity, ale potrafiący uderzyć piłkę tak, że wszyscy przecieramy oczy. Włosi już go kochają, jak kiedyś Paolo Rossiego, enfant terrible włoskiej piłki, który podarował Italii trzecie mistrzostwo świata, strzelając pierwszą bramkę w finale z Niemcami.

Co teraz jednak? Jak wygrać z nieskończenie podającą i wygrywającą wszystko z przerażającą skutecznością brygadą Vincente del Bosque? Gdzie swoje nadzieje złożyć? Jeśli już gdzieś mam je składać, to – najchętniej – do prawej stopy Andrei Pirlo, w której mam upodobanie, w której widzę zbawienie Włochów, która pogrążyć w rozpaczy może nawet wszystko umiejących hiszpańskich wirtuozów.

Każdy, kto z jaką taką przytomnością ogląda mecze Włochów wie, że nie przesadzam – Pirlo jest jak zjawa z innego, lepszego świata. Dziś takich wodzirejów na boiskach prawie już nie ma. Pirlo nie podaje – on fragmentuje boisko; Pirlo nie rozgrywa – on jest filozofem murawy; Pirlo nie uderza na bramkę – on dotyka piłkę imperatywnym Kantem swojego buta. Professore, sei grande!

Czy to wystarczy na Hiszpanów? Pojęcia nie mam. Na wszelki wypadek zapraszam Cesare Prandellego na pielgrzymkę do Piekar Śląskich, najlepiej z całą drużyną. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, prawdom absolutnym zaprzeczać nie sposób. A potem na Kijów, gdzie już czekają hiszpańscy toreadorzy. Jeśli nie pokonają ich Włosi, nie pokona ich już nikt i do końca świata oglądać będę przerażająco kamienną twarz Casillasa, dziki wzrok Ramosa i genialne – prawie tak genialne jak Andrei Pirlo – podania Iniesty.