Newsletter

Tata w domu

Adrienne Burgess, 23.06.2012
Za dwadzieścia lat w większym niż dziś stopniu kobiety będą pracować zawodowo, a mężczyźni zajmować się domem. To już wzrosło o 800 procent

Za dwadzieścia lat w większym niż dziś stopniu kobiety będą pracować zawodowo, a mężczyźni zajmować się domem. To już wzrosło o 800 procent – mówi Adrienne Burgess w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską

Aleksandra Kaniewska: Co pani myśli o roli ojca w życiu rodziny w XXI wieku?

Adrienne Burgess: Cóż, wydaje mi się ona bardzo podobna do roli matki. Nie sądzę, żeby można było mówić o oddzielnej roli dla każdego z rodziców. Po prostu kiedyś istniał problem ograniczonego czasu. Kobiety z klasy pracującej zawsze pracowały – dla nich koncepcja pozostającej w domu matki i wychodzącego do pracy ojca jest stosunkowo nowa; jest cechą społeczeństwa postindustrialnego. Uformowała się ona w taki sposób dlatego, że rodziny zajmują się domem bardziej zbiorowo. To, co mamy dziś, jest zniekształceniem dawnych ról płciowych.

I tak mamy kobiety pracujące i mężczyzn zajmujących się dziećmi. Mamy małe rodziny, w których kobieta i mężczyzna są od siebie bardziej zależni, szczególnie pod względem opieki, przynoszenia pieniędzy do domu i zapewniania rodzinie bezpieczeństwa. Widzimy matki zarabiające mniej i pracujące więcej w domu. Matki pracują przez więcej godzin w domu i mniej godzin w miejscu pracy niż mężczyźni, a mężczyźni pracują więcej godzin w miejscu pracy i mniej godzin w niepłatnej sferze domowej.
Niemniej, te stosunki ulegają zmianom, stają się bardziej sprawiedliwe. Spodziewamy się, że za dwadzieścia lat kobiety będą pracować więcej, a mężczyźni więcej zajmować się domem. To już wzrosło o 800 proc.

O jakich wskaźnikach pani mówi?

Jeśli przyjrzeć się ankietom wykorzystania czasu w Europie, Ameryce, Australii, widać, że mężczyźni robią więcej w domu, więcej zajmują się dziećmi. Wykonują więcej niepłatnej pracy, takiej jak gotowanie, sprzątanie, robienie zakupów niż kiedyś, zajmują się też dziećmi w większym stopniu, także dziećmi zupełnie małymi. Obecnie tylko 3 proc. brytyjskich mężczyzn nie przewija dzieci.

Jednak porównując to do Polski, sądzę, że liczby okazałyby się trochę inne. Jak taka zmiana może zostać osiągnięta? Bo jest to przecież zarówno zmiana w mentalności, jak i w warstwie instytucjonalnej.

Tak, to wszystko odbywa się stopniowo i na pewno będzie mieć miejsce również w Polsce. Nie wiem na przykład, jaki jest stan waszego systemu przedszkoli i żłobków? My na Wyspach też nie mamy dobrych żłobków publicznych. Jest ich bardzo mało. Tak więc wiele organizuje się prywatnie. Jednak to właśnie dlatego, że kobiety pracują znacznie więcej, więcej zarabiają, stać je na to, by opłacić prywatne żłobki. Generalnie jest tak, że im więcej mężczyźni zajmują się dziećmi, tym pewniejsi i bardziej wykwalifikowani się stają.

Co było największym czynnikiem powodującym owe zmiany?

Wzrost pracujących kobiet.

A co z elastycznym czasem pracy dla młodych matek? Pogodzenie pracy i opieki nad dzieckiem może być trudne, szczególnie na początku, kiedy dziecko jest małe.

To prawda. W Wielkiej Brytanii mamy bardzo przestarzały, staroświecki system. Kobiety dostają 52 tygodnie urlopu macierzyńskiego, z którego pierwsze 6 tygodni jest dobrze opłacanych, a następne są opłacane bardzo słabo: ok. 128 funtów tygodniowo, czyli mniej niż wynosi płaca minimalna. A ostatnie trzy miesiące są w ogóle niepłatne. Mężczyźni z kolei dostają jedynie 2 tygodnie urlopu. Nie oferujemy więc możliwości współdzielenia obowiązków między rodzicami. I nie występują analogiczne mechanizmy ochrony pracownika.

Myśli pani, że ojcowie powinni być bardziej aktywni podczas pierwszych trzech miesięcy?

Tak, mamy teraz prowadzone konsultacje na szeroką skalę. Jest duża chęć, przynajmniej u części społeczeństwa, aby zmienić nasz system na podobieństwo modelu szwedzkiego. W Szwecji cały urlop – oprócz pierwszych dwóch tygodni – można dzielić. Jest to urlop rodzicielski, nie macierzyński.
Pewna część urlopu rodzicielskiego, po dwa miesiące, są wyłącznie do wykorzystania przez ojca i matkę: każdego z osobna. Niewykorzystany przepada, nie może zostać przeniesiony na drugiego rodzica. Ale cała reszta jest do podziału. To jest model, który byśmy chcieli zaadoptować. Islandia również posiada interesujący model, w którym urlop rodzicielski jest wysoko opłacany. Są trzy miesiące zarezerwowane dla każdego z rodziców i trzy miesiące do podziału.

To ważne, żeby ojcowie byli tak samo obecni w życiu najmłodszych dzieci jak matki?

Ogromnie ważne! Dzieci muszą być doglądane przez ludzi, którzy je kochają i spełniają ich potrzeby. Nie potrzebują, by zajmowała się nimi wyłącznie matka. To dla dzieci bardzo korzystne, żeby posiadać dobrą, bliską więź z więcej niż jednym opiekunem. Nie jest za to dobre, jeśli dziecko jest zależne tylko od jednego opiekuna. Jeśli coś się z nim stanie, np. jedyny opiekun wpadnie w depresję – dziecko nie ma oparcia. Zaangażowanie rodziców ma nawet wpływ na IQ dziecka. A jeśli mężczyźni są równie wykwalifikowani i pewni siebie jako rodzice, dzieci mają oboje pewnych siebie rodziców, a nie tylko matkę wyczerpaną koniecznością robienia wszystkiego.
Także jakość interakcji pomiędzy każdym z rodziców i dzieckiem podnosi się, gdy ojciec jest bardziej zaangażowany. Bierze on na siebie część brzemienia. On nabywa nowe umiejętności. Matki czują, że mają więcej wsparcia i dlatego ich sposób wychowywania staje się mniej nastawiony na karanie, za to bardziej pozytywny. Gdy ma się do czynienia z dużym stopniem zaangażowania ojca, można też zaobserwować lepszą pracę zespołową między rodzicami. Sam związek ma większą szansę na przetrwanie.

Jakie są korzyści społeczne wynikające ze zwiększonego udziału ojców w wychowaniu dzieci?

Jeśli chodzi o równouprawnienie – olbrzymie. Kobiety płacą przez całe życie za ten krótki okres, podczas którego muszą zajmować się małym dzieckiem. Mają niższe pensje i mniejsze emerytury. Chcemy, żeby mężczyźni to z nami dzielili, tylko wtedy pracodawcy zaczną rzetelnie brać pod uwagę problematykę rodzicielstwa. Jeśli zaś mężczyźni bardziej zaangażują się w opiekę nad dziećmi, również pracodawcy będą musieli zmienić swoje nastawienie.

A jeśli nie każda kobieta chce wracać po porodzie do pracy? Niektóre chcą zostać w domu, są z tego dumne.

Ale czemu jedynie kobieta powinna mieć wybór? Co ją różni od mężczyzny? Po okresie około 6 miesięcy, kiedy dochodzi do siebie po porodzie, co takiego daje jej prawo, by pozostać w domu? Mnóstwo mężczyzn nienawidzi swojej pracy. Kiedy robi się ankiety dotyczące stosunku do wykonywanej pracy, kobiety są zazwyczaj dużo bardziej pozytywnie nastawione. Według mnie, nie mają one prawa do wyboru – dom albo praca.

Stawia więc pani na konsekwentne równouprawnienie?

Tak. Jestem kobietą, a nie rozumiem, dlaczego miałabym mieć wybór pomiędzy pracowaniem a pozostaniem w domu, podczas gdy mój mąż już takiego wyboru nie ma. Myślę, że trzeba wypracować rozwiązanie pasujące do konkretnej rodziny; to nie może być tylko decyzja kobiety. Para musi dojść do porozumienia, tak samo, jak wspólnie decyduje, czy woli mieszkać w mieście, czy na wsi. Bo razem jest zaangażowana w wychowywanie nowego pokolenia, w tworzenie wkładu w społeczny i ekonomiczny porządek.
Nie wydaje mi się też, żeby państwo powinno płacić kobiecie za siedzenie w domu. Dlaczego miałoby to robić? Państwo powinno kreować mechanizmy zabezpieczające ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy; państwo powinno z całą pewnością wspierać kobiety i mężczyzn, gdy są młodymi rodzicami, ponieważ wychowywanie następnego pokolenia jest ważną pracą, którą ci ludzie dokonują. Wspieranie urlopu macierzyńskiego czy rodzicielskiego, czyli takiego, z którego korzystać mogą i matka, i ojciec – oto ważna rola państwa.

Po porodzie każdy może zajmować się dzieckiem. Nie musi to być kobieta. Równie dobrze może to być mężczyzna. Musimy zrozumieć, że kobiety nie są biologicznie lepsze od mężczyzn w tym zakresie.

tłum. Radosław Szymański

* Adrienne Burgess – dyrektor naczelna, szef Działu Badań brytyjskiego think tanku Fatherhood Institute