Newsletter

Obywatelscy eksperci

Alberto Cottica, 22.06.2012
W społeczeństwie jest dużo więcej zasobów umysłowych niż w jakiejkolwiek instytucji rządowej czy na uczelni wyższej. Bo nikt nie jest mądrzejszy od wszystkich ludzi razem wziętych

Strona 1

W społeczeństwie jest dużo więcej zasobów umysłowych niż w jakiejkolwiek instytucji rządowej czy na uczelni wyższej. Bo nikt nie jest mądrzejszy od wszystkich ludzi razem wziętych – mówi w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską Alberto Cottica

Aleksandra Kaniewska: W Strasburgu rozpoczął się właśnie wielki internetowy projekt obywatelski „Edgeryders” , którym pan kieruje. Na czym on dokładnie polega?

Alberto Cottica: Zaczęło się od tego, że Komisja Europejska poprosiła Radę Europy o przygotowanie rekomendacji dotyczących procesu wkraczania młodych Europejczyków w niezależne, dorosłe życie. Chodziło nie tylko o przejście od szkoły do zatrudnienia, ale także o ich transformację z fazy radosnej ignorancji do zaangażowania politycznego, udziału w zarządzaniu społeczeństwem. Czyli całej drogi do zakotwiczenia w kontekście społecznym. Naszym głównym partnerem jest Komisja Europejska, a także Komitet Sterujący ds. Spójności Społecznej przy Radzie Europy. Chcemy stworzyć zasób wiedzy, który byłby dobrem publicznym i z którego każdy mógłby korzystać.

Czyli chodziło o przeprowadzenie badania społecznego na dużą skalę?

Ale innymi niż normalnie metodami. Standardowo, żeby zrealizować taki cel, trzeba by zadzwonić do dziesięciu profesorów i poprosić każdego z nich, żeby przyjrzał się konkretnemu aspektowi dorastania. Jeden ekspert analizowałby więc edukację, a inny rynek pracy. A potem wszystkie wnioski byłyby zebrane w jednej publikacji.

Przekazujecie więc głos samym obywatelom.

Tak, postawiliśmy projekt do góry nogami i zdecydowaliśmy, że naszymi ekspertami będą młodzi ludzie z całej Europy. Uznaliśmy, iż oni sami będą się zgłaszać, a do tego będzie ich nie dziesięciu, lecz setki, a nawet i tysiące. Myśl przewodnia „Edgeryders” jest taka, że młodzi ludzie wiedzą najwięcej o dorastaniu, bo to przecież ich własne doświadczenie, ich życie! Oczywiście, później my wyciągamy wnioski, dokonujemy syntezy i wyławiamy z zebranych danych jakieś konkluzje. I stawiamy młodym pytania badawcze, np. „które umiejętności życiowe są najważniejsze dla ich życia?”.

I co młodzi odpowiadają podczas tych internetowych, globalnych konwersacji?

Ciekawa jest rozpiętość doświadczeń. Jedna młoda Rosjanka twierdziła na przykład, że dla niej najważniejsza w życiu jest znajomość języka angielskiego. Po czym setki ludzi dołączyły z własnymi historiami, mówiąc: „To prawda, bo bez języków nigdy nie mógłbym skorzystać z Erasmusa, pojechać do Danii, studiować ekonomii”.

Czyli podczas „Edgeryders” młodzi rozmawiają ze sobą, a eksperci tylko „podsłuchują”?

Tak, stawiamy na aspekt P2P (ang. peer to peer, czyli model komunikacji „rówieśnik z rówieśnikiem” – ak). Konwersacja jest jak sieć – każdy rozmawia z każdym, a później te rozmowy ulegają konwergencji, uczestnicy przedkładają swoje propozycje, następnie reszta dyskutuje nad nimi, ocenia je i formułuje wnioski. A naszym zadaniem jest tak naprawdę tylko te wnioski zebrać.

A jak udaje się uniknąć typowego dla sieci online chaosu?

Rozwiązaliśmy ten problem wykorzystując podstawowe narzędzia online – proste oprogramowanie, które trochę dostosowaliśmy do naszych potrzeb. To wirtualne rusztowanie, na którym opieramy interakcję.

Na całym świecie zauważalny jest kryzys zaufania obywateli do władzy. To ważne, żeby tworzyć kierunki rozwoju polityki we współpracy z obywatelami. Czy rozwiązaniem są narzędzia 2.0?

Pochodzę z małej miejscowości we Włoszech i muszę przyznać, że do trzydziestego piątego roku życia nie spotkałem żadnego pracownika państwowego. I nie mówię nawet o prezydencie czy parlamentarzystach, ale o zwykłych urzędnikach. Czyta się o nich w gazetach, ale nigdy nie spotyka. Zwłaszcza w przypadku administracji unijnej! W głowie ludzi powstaje obraz potężnych eurokratów, którzy chowają się gdzieś w Brukseli. Ale dzięki internetowi polityka i politycy są bliżej. A ludziom, których się zna, ufa się bardziej.

Czyli demokracja internetowa ma swoją rację bytu.

Świat cyfrowy oferuje ogromne możliwości bezpośredniego zaangażowania obywateli w sprawy różnych instytucji. Jeszcze nie tak dawno, jeśli obywatel chciał zabrać głos, musiał skorzystać z pośrednika. Przypuśćmy, że jesteśmy organizacją pozarządową – jeśli mamy jakieś postulaty, zwracamy się do stowarzyszenia, organizacji pozarządowych, znajdujemy reprezentację i dopiero wtedy próbujemy mieć wpływ na rząd. Albo – na poziomie indywidualnym – przyłączamy się do jakiejś partii i staramy przedostać z poziomu lokalnego na ogólnokrajowy.

W dobie internetu działa się szybciej. Każdy może być ekspertem i próbować wpływać na politykę – i lokalnie, i globalnie. Nie jest jednak problemem, że zbyt mało ludzi się angażuje?

Do debaty z prawdziwego zdarzenia może dojść nawet wtedy, jeśli zaangażuje się w nią mniejszość. Ważniejsze, że stanowią ją ludzie, którzy naprawdę troszczą się o jakąś sprawę. Cały zamysł stojący za aktywnym uczestnictwem polega na tym, że mogę się angażować, ale nie chcę być do tej aktywności zmuszany. Jako obywatel mam swoje interesy. Zatem zawsze zbierze się jakaś elita, którzy mocno troszczą się o jakąś sprawę i którzy będą chętni do współpracy.