Newsletter

Obywatele ad hoc walczą dalej

Dominika Blachnicka-Ciacek, 22.06.2012
Ruchy społeczne są rozproszone oraz amorficzne. I być może takimi pozostaną. Dlatego warto je analizować w kontekście tego, czym są, a nie tego, czym chcielibyśmy, by się stały

Ruchy społeczne są rozproszone oraz amorficzne. I być może takimi pozostaną. Dlatego warto je analizować w kontekście tego, czym są, a nie tego, czym chcielibyśmy, by się stały

Ponad rok temu świat zachłysnął się oddolnymi rewolucjami w Tunezji i Egipcie, napędzanymi siłą mediów społecznościowych. Te ostatnie – z dnia na dzień – zyskały nową i chyba dla nich samych nieco zaskakującą reputację „narzędzi” do obalania reżimów. W mgnieniu oka kolejne ruchy protestu zdobywały miano „twitterowych” czy „facebookowych” rewolucji. Demonstrant został nawet na chwilę człowiekiem roku magazynu „Time”. Jakiś czas później, na naszym własnym podwórku, narodził się obywatelski ruch przeciwko podpisaniu umowy ACTA.

Idealizm czy realpolitik?

Już się wydawało, że rodzi się nam inna polityka, tworzy nowa jakość, a tu minęło kilka miesięcy i sprawy tak jakby toczą się po staremu. Kurz po rewolucjach na Bliskim Wschodzie opada, a do władzy dochodzą wcale nie ci, którzy protestowali i domagali się zmian. Na naszych oczach krwawa rewolta w Syrii spotyka się z bezradnością polityków rodem ze świata sprzed Arabskiej Wiosny. Na Zachodzie zaś ruchy protestu wraz z usunięciem ich z przestrzeni publicznej straciły (chwilowo?) swój impet.

Czy zatem 2012 zostanie zapamiętany jako rok, kiedy oddolny idealizm został zabity przez realpolitik? Czy wyłaniające się „nowe ruchy”, o których tyle słyszeliśmy w ostatnich miesiącach, można spokojnie zbyć pobłażliwym uśmiechem?

Thomas Friedman, legendarny dziennikarz i ekspert od spraw bliskowschodnich, który jeszcze niedawno był entuzjastą Arabskiej Wiosny i nowych ruchów społecznych, „odkrywa” w „New York Times” z 12 czerwca tego roku, że „facebookowy” aktywizm to nie to samo, co prawdziwy aktywizm. Dodaje też, nawiązując do wydarzeń w Egipcie, że młodzi demonstranci z placu Tahrir nie umieli utworzyć struktur, które mogłyby walczyć z biurokracją Bractwa Muzułmańskiego czy z zasobami armii.

Ruch in statu nascendi?

Lokalnie, tematy bezpośrednio związane z przedmiotem protestów anty-ACTA, czyli reformą prawa autorskiego czy rozszerzeniem domeny publicznej, są na powrót „odzyskiwane” przez związki producentów czy artystów. Te ostatnie forsują raczej agendę ograniczania dostępu do treści kultury w sieci niż otwartości, o którą walczyli „ACTAwiści”. Z kolei głosu tych ostatnich nie słychać. Z kręgów rządowych dochodzą głosy, że tej wielkiej siły protestu w sprawie ACTA, która wyłoniła się wcześniej, dziś nie widać. Jak bowiem konsultować cokolwiek z amorficznym ciałem aktywistów, którzy nie stworzyli swoich struktur ani reprezentacji?

I tu chyba tkwi sedno sprawy. Wyłaniających się ruchów społecznych – i tych zagranicznych, i tych polskich – nie można zrozumieć, nakładając na nie nieaktualną już kalkę pojęciową. Oczekiwanie, że przerodzą się one w trwałe organizacje i zbudują stabilne struktury pokazuje nie tyle słabość tych ruchów, ale słabość myślenia. Ruchy protestu, w swojej bezkształtnej i „bezprzywódczej” masie, nie są organizacjami, jakie znamy, nie są też formami in statu nascendi. Są rozproszone oraz amorficzne. I, być może, takie już pozostaną. Dlatego warto je analizować w kontekście tego, czym są, a nie tego, czym chcielibyśmy, żeby się stały.

Nie ma więc co czekać, aż ruch „Occupy” dojrzeje i wyłoni swoich reprezentantów. Niepotrzebnie Friedman łudził się, że kolorowy tłum z placu Tahrir przerodzi się w znaczącą platformę polityczną. Nie dziwmy się też, że grupy protestujących przeciw ACTA nie wyłoniły trwałej reprezentacji.

Nowe ruchy społeczne być może nigdy staną się partiami politycznymi (wyjątkiem wartym obserwacji są Partie Piratów w Niemczech i Danii); nie założą swoich związków zawodowych ani organizacji pozarządowych. To wszystko nie znaczy jednak, że można je ignorować czy uważać, że już ich nie ma, bo nie przybyły na konsultacje społeczne.

Wielowymiarowy kryzys reprezentacji

Wyłaniające się (i znikające, ale o tym za chwilę) ruchy społeczne nie rozpoczną gry na starych zasadach. Panicznie boją się organizacji, bo powstają na fali głębokiego i wielowymiarowego kryzysu reprezentacji. Nie bez powodu nie wytworzyły żadnych hierarchii. Nie powstają dookoła liderów, a jedynie dookoła spraw. W niektórych przypadkach podejmują decyzję na zasadzie jednomyślności i konsensusu. Tak, żeby każdy był reprezentowany. Najbardziej boją się tego, że ktoś przyprawi im „gębę”.

Warto przypomnieć, że kryzys reprezentacji dotyka dziś nie tylko reżimy autorytarne, ale też kraje demokratyczne. Kryzys gospodarczy uwypuklił słabość mechanizmów demokracji liberalnych, w których formalne instytucje tracą moc reprezentowania interesów zwykłych obywateli (zarówno rządy, jak i związki zawodowe czy partie polityczne). Synonimem „radzenia” sobie z kryzysem w Europie stała się nie troska o pracowników i tych, którzy pracy nie mają, ale publiczne finansowanie upadających banków, a wraz z nim bonusów pań i panów prezesów.

Jedyne alternatywne ruchy polityczne, które funkcjonują w ramach systemów demokratycznych, to siły populistyczne – od Marine Le Pen poczynając, na Palikocie kończąc. Nowe ruchy społeczne, w tym ruchy protestu, nie mają więc powodów, żeby tracić swoją niewinność, biorąc udział w polityce. Bo ta nic nie zmienia. A oni nie chcą przekształcić się w zgraję populistów. To nie przypadek, że ruchy „Occupy” nie protestowały przed gmachami rządów, ale na Wall Street i w londyńskim City.

Ponadto nowe ruchy społeczne boją się zawłaszczenia i stania się zakładnikiem dzisiejszej polityki i bieżących interesów politycznych. „Nie dajemy prawa reprezentacji nikomu i nikt nas nie reprezentuje” – krzyczeli demonstranci od Tahrir po Wall Street. Nie chcą dać się zawłaszczyć nikomu, bo nie mają zaufania do własnej klasy politycznej.

Nowi obywatele ad hoc

Zamiast więc odwracać się od „upadających” ruchów protestu i przekreślać je tak szybko, jak szybko wpadaliśmy w euforię, warto dostrzec ich prawdziwe oblicze. I to, co mają szansę zmienić w polityce, pozostając przy tym sobą.

Jak zatem tradycyjne instytucje mają radzić sobie z tak dziwnymi tworami?

Po pierwsze, nie ignorować. Słuchać i uznawać ich prawo do funkcjonowania poza systemem.
Wyłaniające się ad hoc ruchy społeczne stają się dziś demokratycznymi wyrazicielami nie tylko nastrojów społecznych, ale i interesów, których dziś nie reprezentuje tradycyjna polityka. Nawet jeśli ich agendy są niespójne, często wyrażają głosy nieobecne w mainstream’owej debacie publicznej.

W całej retoryce „walki z kryzysem” to Occupy upomniało się o interesy ludzi – pracowników i bezrobotnych. Zamieszki w Londynie sprzed roku, przedstawione przez media jako bandytyzm młodych i ich pogoń za markowymi ciuchami, ujawniły problem wykluczenia wielkomiejskiej młodzieży. Problem zupełnie pominięty w sielankowym obrazie „Wielkiego Społeczeństwa” premiera Davida Camerona.

Po drugie, otwierać się i prowadzić politykę włączania w proces decyzyjny, a nie wykluczania. Nowe ruchy społeczne ze swojej natury powstają spontaniczne i są trudne do określenia. Raz stają się wielką siłą, a drugi raz ich nie ma. Nie da się ich przekupić i włączyć w transakcyjny świat bieżącej polityki. Jedyny sposób, w jaki można się na ich nieuchwytną siłę przygotować, to poprzez otwartą i przejrzystą politykę – stwarzanie narzędzi do partycypacji, mechanizmów konsultacji i udostępnianie danych publicznych. A także: aktywne zabieganie o udział obywateli w procesach decyzyjnych, nawet jeśli w 90 proc. przypadków nikt nie będzie chciał konsultować projektów ustaw przedstawianych online.

Jednym słowem, warto nie zamiatać pewnych tematów pod dywan, mając nadzieję, że publiczność „nie zauważy”. A także wprowadzać maksymalną przejrzystość rządzenia. Otwartość władzy pomoże unikać pułapek, w jaką rząd wpadł w sprawie ACTA.

Po trzecie, rozpoznać i pogodzić się z „aktywizmem klikania” a nie działania.

Istotnie, Facebook, Twitter czy inny wynalazek społecznościowy nie zastąpi prawdziwego aktywizmu w postaci choćby demonstracji. Ktoś pod tekstem Friedmana w „NYT” napisał, że aktywność na Facebooku jest gorsza niż brak działania, bo stwarza jego iluzję. I tak, i nie.

Na zupełnie bazowym poziomie „zlajkowanie” mema ośmieszającego jakąś decyzję czy polityka – może być równie bolesne w skutkach jak prawdziwe działanie. Bo ma moc wpływania na kulturę popularną. A rewolucje i tak zawsze czyni garstka.

Demokracja „pop-up”

Wszystkie opisane ruch społeczne – od placu Tahrir po Occupy Wall Street – miały swoją emanację fizyczną, zajmowały realne miejsce w przestrzeni publicznej i to wyznaczało ich podstawową bazę działania. Wykorzystywały Twittera i Facebooka jako narzędzia. Natomiast każda aktywna grupa potrzebuje wsparcia. Media społecznościowe mają niezwykły sposób mobilizowania takiego wsparcia w mgnieniu oka. Nawet jeśli jest to bardziej aktywizm klikania niż działania, buduje on krytyczną masę świadomości, która jest niezbędna do wywołania presji społecznej w realnym świecie. Szkoda tylko, że rolę tych globalnych agor przejęły serwisy komercyjne. Bo przecież mogłyby być publiczne.

Bez popadania w nadmierną ekscytację, jedno wydaje mi się ważne. Media społecznościowe miały zaspokoić towarzyską, społeczną potrzebę naszego istnienia. Tymczasem okazało się, że obok dzielenia się relacjami z imprez i zdjęciami kotów, uświadamiają nam również polityczność naszego życia. Bycie obywatelem ląduje w tej samej szufladzie, co bycie konsumentem. I choć może to trochę obrażać etos inteligenckiej obywatelskości, zapewne nie jest to zła wiadomość. Nawet jeśli prowadzi to do demokracji w stylu „pop-up”, która ma moc zwijania się i rozwijania, zupełnie jak straganik z flagami przy Dworcu Centralnym.

*Dominika Blachnicka-Ciacek – doktorantka socjologii wizualnej w Goldsmiths College Uniwersytetu Londyńskiego, współpracuje z Centrum Cyfrowym Fundacji Projekt: Polska