Newsletter

Z Francji: Kłopot, czyli pełnia władzy dla socjalistów

Jacek Kubiak, 18.06.2012
Hollande ma bardzo wąskie pole manewru i nie może pozwolić sobie na błędy. Zwłaszcza, że aby zdobyć środki na przeprowadzenie zapowiedzianych reform będzie musiał podnieść podatki.

Hollande ma bardzo wąskie pole manewru i nie może pozwolić sobie na błędy. Zwłaszcza, że aby zdobyć środki na przeprowadzenie zapowiedzianych reform będzie musiał podnieść podatki.

Zgodnie z przewidywaniami socjaliści wygrali wybory parlamentarne we Francji. Prezydent Hollande i premier Ayrault maja od dziś pełnię władzy. Socjaliści zdobyli również większość w Senacie, co oznacza, że będą mogli bez trudności przeprowadzić obiecane przez Hollande’a reformy. Hegemonię socjalistów dopełnia ich olbrzymia przewaga (od 2010 roku) we władzach regionalnych. Tak dogodnych do rządzenia warunków lewica we Francji nie miała jeszcze nigdy. Ale i te atuty mogą jednak okazać się zawodne.

Druga tura wyborów legislacyjnych odbyła się pod wyraźną presją Frontu Narodowego i Marine Le Pen. Ekstremalna prawica wciąż korzysta z niepewnej ekonomicznie sytuacji i rośnie w siłę. Le Pen jeszcze raz potwierdziła, że po tej stronie sceny politycznej Francji nie ma konkurencji. Jej marzeniem było zdobycie takiej liczby miejsc w parlamencie, która potwierdziłaby trzecie miejsce FN na politycznej mapie kraju. Większościowa ordynacja wyborcza przekreśliła jednak te marzenia i Front Narodowy będzie miał zaledwie dwójkę parlamentarzystów.

Co ciekawe, tę porażkę Marine Le Pen przedstawia jako zwycięstwo. Dlaczego? Ponieważ jej partia od 15 lat nie miała ani jednego posła w paryskim Pałacu Bourbonów – francuskiej siedzibie parlamentu. Mandat dla Frontu zdobyła teraz Marion Marechal-Le Pen, 22-letnia wnuczka Jean-Marie Le Pena i siostrzenica Marine Le Pen. Drugim posłem będzie adwokat, Gilbert Collard, powszechnie znany z bezkompromisowego języka. Sama Marine mandatu nie zdobyła. Ale jej socjalistyczny przeciwnik otrzymał zaledwie o 100 głosów więcej w okręgu na północy kraju.

Wzrost znaczenia Frontu Narodowego na francuskiej scenie politycznej jest oczywiście pochodną złej sytuacji ekonomicznej. W dobie kryzysu populizm i demagogia jak magnes przyciągają sfrustrowaną część społeczeństwa. Łatwe recepty nie wymagają przecież dogłębnej analizy ani zrozumienia sedna problemu. Nie stawiają również na pierwszym planie pokoju społecznego. Mają za to przynieść skutki błyskawiczne i rewolucyjne. Solidarność zaś dotyczy wyłącznie „swoich”, czyli „prawdziwych” Francuzów, przy świadomym niedookreśleniu, kto owym „prawdziwym” Francuzem ma być i jakimi papierami się legitymować.

Marine Le Pen, podobnie jak do niedawna jej ojciec, przekonuje więc do siebie ludzi zagubionych, którzy utracili wiarę w możliwości i dobre intencje klasycznych partii politycznych, tak prawicowych, jak i lewicowych. Obietnice FN są czystej wody populizmem. Wspólna waluta przezywa kryzys – więc Marine Le Pen obiecuje wyjście ze strefy euro. Prawica i lewica nie radzą sobie z ograniczeniem nielegalnej emigracji – Marine Le Pen obiecuje odsyłanie wszystkich emigrantów do ich ojczystych krajów. Rośnie bezrobocie, a fabryki przenoszone są poza granice Francji – tu Marine Le Pen obiecuje po prostu zamknięcie owych granic. Usprawiedliwieniem dla tego typu rozwiązań ma być programowa antysystemowość FN. A konsekwencje? Tym jej partia będzie się martwić, kiedy wreszcie przejmie władzę.

Niestety, popularność FN zaraża podobnym myśleniem centroprawicę, z UMP, partią Nicolasa Sarkozy’ego do niedawna rządzącą Francją, na czele. Wielu kandydatów UMP szukało w drugiej turze wyborów wsparcia ze strony elektoratu FN. Najdalej posunęła się Nadine Morano, była minister w rządzie Nicolasa Sarkozy’ego, która nie zawahała się otwarcie apelować o głosy Frontystów i wychwalać samej Marine Le Pen. Apel ten jednak poszedł na marne, a była minister mandatu nie zdobyła.

Przypadek Morano pokazuje wyraźnie, że francuska centroprawica się radykalizuje. UMP czeka teraz okres rozliczeń i walka o przywództwo w partii. Jest szansa, że odsunięta od rządów, zepchnięta do opozycji w parlamencie, Senacie i w regionach, UMP się podzieli, a część jej dotychczasowego elektoratu w następnych wyborach może przejąć Front Narodowy.

To scenariusz bardzo kłopotliwy również dla François Hollanda i socjalistów. Mimo wygranej – zarówno w majowym wyścigu o fotel prezydenta, jak i teraz w wyborach parlamentarnych – Hollande ma bardzo wąskie pole manewru i nie może pozwolić sobie na błędy. Zwłaszcza, że aby zdobyć środki na przeprowadzenie zapowiedzianych reform (choćby na samo zwiększenie zatrudnienia w szkolnictwie) będzie musiał podnieść podatki.
To zaś, szczególnie w dobie kryzysu, będzie dla Francuzów posunięciem drastycznym i osłabi ich entuzjazm dla socjalistów. Przy pełni władzy legislacyjnej Hollande nie ma jednak wyboru. Dlatego ta kolejna wygrana może się okazać dla socjalistów przekleństwem. Stali się bowiem – na własne życzenie – ostatnią deską ratunku Francuzów. A to ogromna odpowiedzialność.

*Jacek Kubiak – jest biologiem. Od ponad 20 lat pracuje we francuskim CNRS (Narodowe Centrum Badań Naukowych) i mieszka we Francji. Komentował francuską politykę na łamach „Polityki”, „Tygodnika Powszechnego”, „Gazety Wyborczej” i czeskiego dwumiesięcznika „Listy”

CZYTAJ TEŻ: Wybory we Francji