Newsletter

Chciałbym się mylić

Artur Madaliński, 14.06.2012
Znów mogliśmy – jak kiedyś – w epoce legendarnych polskich piłkarzy huzarskie swoje skrzydła bez wstydu rozwijać

Co wiem po dwóch meczach polskiej reprezentacji? Niewiele albo prawie nic. Z jednej strony gra Polaków przypomina syzyfową mękę, nie ma w niej zbyt wiele błyskotliwości, jest chimeryczna, niepewna siebie, jakby forma próbowała tutaj ostatecznie się wykrystalizować. Jakby materia ciągle napotykała na opór rzeczywistości i bulgotała – jak lawa – z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa.

Wiadomo, artystami nie jesteśmy, ale i z rzemieślniczą solidnością kłopoty mamy długimi okresami niemałe. Z drugiej strony, od koszmarnej drugiej połowy z Grekami, do – jak dzisiaj słyszę – rewelacyjnej końcówki z Rosjanami drogę przebyliśmy sporą.

Kilka zagrań rozświetliło ciemności kryjące doszczętnie warszawską murawę po greckiej tragedii, kilku piłkarzy (Perquis!) toczyło homeryckie boje na tyłach, kilka składnych akcji, owszem, udało nam się wyprowadzić. Ale porywające – w planie ogólnym – jednak to nie było, gdzie indziej piłkarska wirtuozeria (Portugalczycy, Włosi, Hiszpanie) raczej królowała.

Dwa cudownej urody gole jawią się w tych mrocznych przestrzeniach jak zjawy z innego świata, jak dwa na słońcach swych odległych bogi. Który lepszy, który piękniejszy, który większe nam przyniósł wewnętrzne oczyszczenie?

Ten pierwszy, wytęskniony, od proroków ogłoszony, od narodu upragniony, ten, którego wszyscyśmy chyba w wyobraźni zbiorowej strzelili, pomagając Lewandowskiemu wypełnić pisma i wpakować piłkę do siatki? Czy ten drugi, absolutnie porywający objaw desperacji Kuby Błaszczykowskeigo, który samotnie, niczym szalony szwoleżer spod Samosierry, pognał w kierunku rosyjskiej bramki i strzelił tak, jak chociaż raz w życiu chciałby strzelić każdy?

Nie wiem, dylematu tego rozstrzygnąć niepodobna: „nie da się przekazać smaku życia na jakimkolwiek etapie swojej egzystencji” – powiada Marlow w „Jądrze ciemności”; nie da się też powiedzieć, która z dwóch apokaliptycznie pięknych bramek Polaków bardziej oko cieszyła. Znów jednak – wszyscy – poczuliśmy się wielcy, znów błogie poczucie dumy nami zawładnęło, znów mogliśmy (jak kiedyś, w epoce legendarnych polskich piłkarzy) huzarskie swoje skrzydła bez wstydu rozwijać.

Czesi jednak u bram już stoją. Ciemne moje myśli spokoju mi nie dają, nieostre melancholijne widzenie proroctw żadnych nie ułatwia. Wygramy? I to jest możliwe – czeska élan vital nie ma już tej miażdżącej siły. Nasi słowiańscy bracia nie rozwijają już swoich ataków z nieznośną lekkością i obezwładniającą skutecznością, piłkarskie życie jest już gdzie indziej. Na tyłach trwa jeszcze, prawda, Petr Cech, ale i on – skarcony rosyjskimi katiuszami – wygląda niezbyt bohatersko.

My wszelako również, powiedzmy to wyraźnie, respektu wielkiego nie budzimy. Oby moja depresyjna optyka się nie sprawdziła, oby podszyty smutkiem świat objawił swoje pogodne oblicze, obyśmy w tym „meczu o wszystko” swoje, jak pisał poeta, ucapili.

Czarny nurt, który płynie we mnie, optymizmu jednak nie ułatwia. Przed oczyma duszy widzę, jak nieubłaganie mijają minuty naszej potyczki z Czechami, próbujemy coś zdziałać, ale jakoś nie wychodzi, robi się nerwowo, kombinacyjna gra nas coraz bardziej paraliżuje, Franciszek Smuda nerwowo poprawia kołnierzyk czerwonego polo, w drugiej połowie tracimy bramkę, widmo przegranej nadciąga z bezlitosną siłą…

„Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Chciałbym się mylić, Polacy, chciałbym się mylić.