Newsletter

Obywatel 2.0: pokusa utopii i szara rzeczywistość

Edwin Bendyk, 11.06.2012
Ucieczka przed społeczeństwem i przekonanie o wszechmocy dyskursu eksperckiego przynosi słabe rezultaty, bo zmieniło się nie tylko społeczeństwo, lecz także przekształca się nieustannie świat wiedzy

Ucieczka przed społeczeństwem i przekonanie o wszechmocy dyskursu eksperckiego przynosi słabe rezultaty, bo zmieniło się nie tylko społeczeństwo, lecz także przekształca się nieustannie świat wiedzy

Pojęcie „obywatel” i instytucja obywatelstwa mają charakter historyczny, dlatego by zmierzyć się z problemem obywatelstwa warto sięgnąć pamięcią w nieodległą przeszłość. Donald Tusk kierujący rządem koalicji PO i PSL forsował w 2009 r. w szybkim tempie ustawę antyhazardową. Jednym z jej elementów miał być rejestr stron i usług niedozwolonych. Pomysł władzy zmobilizował siłę dotychczas w Polsce z politycznej aktywności raczej nieznaną. W internecie rozpoczęła się gwałtowna akcja protestu ludzi przekonanych, że rząd próbuje wprowadzić cenzurę.

Zdumiony i zaciekawiony oporem premier spotkał się, jak to ujęto w oficjalnym komunikacie, z internautami i blogerami. Przybyli na spotkanie internauci i blogerzy zwrócili wszakże uwagę na niestosowność określenia, z dumą oświadczając: jesteśmy obywatelami korzystającymi z internetu. Niewinna gra językowa? Nie, kwestia zasadnicza. Określenie z oficjalnego komunikatu ustawiało protestujących w roli grupy interesu, jednej z wielu, które nieustannie przeszkadzają w rządzeniu, forsując partykularne interesy. Ci jednak nie dali się wprowadzić do takiego zaułka, już na starcie oświadczając, że występują jako obywatele, a ich roszczenie należy traktować jako wyraz troski o interes publiczny.

Premier w swych wypowiedziach dawał do zrozumienia, że nie do końca zgadza się z „internautami i blogerami”, bo to on, jako przedstawiciel legalnie wybranej władzy, jest rzecznikiem interesu publicznego, a cel o jaki walczą protestujący przeciwko rejestrowi z interesem publicznym nie musi być tożsamy. Przytaczam tę historię nie po to, by rozstrzygać, kto miał w tym sporze (a także w kolejnych, związanych m.in. z ustawą o dostępie do informacji publicznej) rację. Ilustruje ona natomiast dobrze problem instytucji obywatelstwa w epoce, gdy sfera publiczna, czyli przestrzeń w której obywatele debatują o ważnych dla ogółu sprawach, stała się niezwykle złożona i ma niewiele wspólnego z klasycznymi, nowoczesnymi wyobrażeniami sfery publicznej.

Wzrost złożoności jest skutkiem wielu procesów. Zmieniło się społeczeństwo. Opisywane przez socjologów zjawiska indywidualizacji powodują, że coraz trudniej zdefiniować interes publiczny w oparciu o zaangażowaną obywatelską debatę, bo przypomina ona coraz częściej kakofonię. Z tego względu coraz częściej debatę tę i rozmowę ze społeczeństwem zastępuje odwołanie do dyskursu eksperckiego, który wytwarza „obiektywną wiedzę” i tym samym prowadzi do optymalnych odpowiedzi i rozwiązań.

Niestety, ucieczka przed społeczeństwem i przekonanie o wszechmocy dyskursu eksperckiego przynosi słabe rezultaty, bo zmieniło się nie tylko społeczeństwo, lecz także przekształca się nieustannie świat wiedzy. Współczesne społeczeństwa muszą coraz częściej borykać się z problemami, na które nie istnieją jeszcze naukowe odpowiedzi, a stanowiska ekspertów coraz częściej wyrażają opinie i niewiele mają wspólnego z wiedzą obiektywną.

Na dodatek rewolucyjne wręcz zmiany przechodzi świat mediów, instytucji kluczowych dla funkcjonowania sfery publicznej. Internet komplikuje wszystko niepomiernie. Z jednej bowiem strony sprzyja procesom indywidualizacji, a więc także fragmentacji społeczeństwa, wzmagając kakofonię. Jednocześnie jednak internet radykalnie obniżył asymetrię informacyjną między światem instytucji władzy i wiedzy, a obywatelami. W efekcie władza uciekając przed kakofonią sfery publicznej, chroni się w bezpiecznej zatoce dyskursu eksperckiego po to tylko, by odkryć, że obywatele wiedzą nie mniej, bo mają podobny dostęp do źródeł wiedzy.

Doskonałą ilustracją tego problemu okazał się spór o ACTA. Premier Tusk przekonywał, że podejmując decyzję o podpisaniu porozumienia, korzystał z najlepszej dostępnej wiedzy eksperckiej. Obywatele – ci sami, którzy wcześniej przeszkadzali we wprowadzeniu rejestru stron i usług niedozwolonych – pokazali jednak, że wiedza którą posługiwał się rząd w sprawie ACTA, była wątpliwej jakości, a podjęte w oparciu o nią decyzje niewiele miały wspólnego z interesem publicznym.

Dochodzimy do sytuacji co najmniej paradoksalnej. Na skutek przemian społecznych, wzmaganych przez zmiany technologiczne w świecie mediów, obserwujemy rozpad sfery publicznej. Debata publiczna coraz częściej ustępuje wiązce monologów zamykających się w sobie sekt i plemion. Próby zaradzenia temu problemowi przez racjonalizację procesów podejmowania decyzji i odwołanie do dyskursu eksperckiego oraz technik „polityki opartej na faktach” (evidence based policy) często kończą się fiaskiem, bo obywatele choć nie tworzą już jednolitej opinii, to jednak dysponują instrumentami umożliwiającymi coraz skuteczniejszą kontrolę rzeczywistej racjonalności działań władzy.

Jak w takiej sytuacji władzę sprawować? Kim jest obywatel 2.0? Czy jest jeszcze obywatelem, czy też w coraz większym stopniu staje się po prostu konsumentem? Władza w takim ujęciu to jeden z usługodawców. Rzetelność i jakość jego oferty sprawdza się tak, jak konsumenckie grupy kontrolują w internecie banki, towarzystwa ubezpieczeniowe lub firmy turystyczne. Przecież wspomniany protest obywatelski przeciwko rejestrowi stron i usług niedozwolonych nie różnił się niczym pod względem mechanizmów, od buntu klientów jednego z banku „nabitych” w nieuczciwe umowy kredytowe.

W takim konsumenckim modelu instytucji obywatelstwa zanikającą sferę publiczną przejmuje adhokracja. Gdy pojawia się sprawa irytująca „użytkowników państwa” (określenie z manifestu „My, dzieci sieci”, który towarzyszył protestom przeciwko ACTA) skrzykują się, wykorzystując efektywność cyfrowych środków komunikacji. Te pozwalają na masową mobilizację bez konieczności tworzenia masowej organizacji, ani też bez konieczności zawiązywania głębszych więzi, jakie niegdyś łączyły choćby walczących na barykadach robotników.

W świetle powyższej analizy pojęcie Obywatel 2.0 jawi się jako oksymoron. Czy może bowiem konsument, nawet najlepiej zaopatrzony w wiedzę, być obywatelem, skoro jedynym miejscem do racjonalnej ekspresji podmiotowości staje się rynek? Rynek jako medium uniwersalne, mające zagwarantować dostęp do wszelakich usług, kiedy rozróżnienie między charakterem komercyjnym a publicznym tych usług coraz bardziej się zaciera. W rezultacie instytucje państwa tracą swoją metafizyczną legitymację, tym samym sens traci instytucja obywatelstwa. Jak pisze w swej najnowszej książce Michael Sandel, ze społeczeństwa obywatelskiego korzystającego z rynku staliśmy się społeczeństwem rynkowym.

Jeśli Sandel ma rację, a przedstawia niezwykle silne argumenty, to pozostaje jedynie uznać, że zarówno pojęcie społeczeństwa obywatelskiego, jak i obywatelstwa wpisać należy na listę pojęć zombi. Posługujemy się nimi siłą inercji, dawno już jednak ich desygnat przestał istnieć. Pojęcie Obywatel 2.0 trupa nie ożywi.

*Edwin Bendyk – szef Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas, publicysta tygodnika „Polityka”, członek rady Fundacji Nowoczesna Polska. Autor bloga „Antymatrix”.

CZYTAJ TEŻ: Nadchodzi e-demokracja