Newsletter

„Poczucie kresu”

Artur Madaliński, 09.06.2012
Między literaturą a futbolem pasy transmisyjne są wyraźne

Związek między lekturami a futbolem – mroczna, warta osobnej opowieści, niezwykle pogmatwana zależność. Powiedz mi, co czytasz, a powiem Ci, jakim jesteś piłkarzem? Delikatnie mówiąc – ryzykowne. Powiedz mi, co czytasz, a powiem Ci, jak zakończy się wielki turniej? Daleko idąca hipoteza. Powiedz mi, co czytasz, a powiem Ci, jaki będzie wynik meczu? Tym bardziej niepewne założenie. Jednak, że związek jakiś tu istnieje, to rzecz – jak na moje oko – doskonale pewna.

Między literaturą a futbolem pasy transmisyjne są wyraźne, choć fakt, że świetna powieść Juliana Bernes’a, którą właśnie czytam nazywa się „Poczucie kresu” nie musi mieć znaczenia dosłownego, zwłaszcza zaś profetycznego. Jednak znaczenie jakieś mieć musi, skoro znajduję w niej takie oto zdanie: „Czy charakter rozwija się z czasem? W powieściach tak, oczywiście: w przeciwnym razie nie byłoby co opowiadać. Ale w życiu? – zastanawiam się czasem”.

Od wczoraj, od chwili zakończenia polsko-greckiej mordęgi, też się nad tym zastanawiam. Jeśli futbol uznamy za życie (a jest on czasem bardziej życiem, niż to, co zwykle określamy tym słowem), to trzeba powiedzieć, że charakter polskich piłkarzy nie rozwijał się w czasie. Raczej się zwijał, zanikał, kurczył do rozmiarów cząsteczek, które zobaczyć można przez jakiś potwornych rozmiarów mikroskop.

Słynny charakter Franciszka Smudy nie rozwinął się w ogóle; obsesyjne podkreślanie, że charakter piłkarzy rozwijał się chociaż w pierwszej połowie wielkiej otuchy raczej mi nie dodaje. Owszem, wszystko było w tym meczu, wszystko, a nawet – jak na mecz otwarcia – jeszcze więcej, ale najważniejsze pozostaje bez zmian: za mojego życia pierwszego meczu na wielkiej piłkarskiej imprezie ciągle nie wygraliśmy.

Inna rzecz – Bogu najwyższemu dziękujmy, żeśmy go nie przegrali. Druga część to była już tylko dramatyczna, bolesna do oglądania, walka o przeżycie. Najbardziej (przepraszam za słowo) męczące nie było jednak patrzenie na fizyczne wręcz katusze ludzi Smudy. Najbardziej przytłaczająca jest, jak powiadają literaturoznawcy, żelazna powtarzalność motywów: świetne pół godziny, potem coraz gorzej („naszym odcięło prąd – twierdzi fizjolog”), trwanie do przerwy, rozpaczliwe próby oddania celnego strzału na bramkę w drugiej. A w międzyczasie ucieczka spod gilotyny, którą w ostatniej chwili zatrzymał Przemysław Tytoń. I tak od dwudziestu lat mniej więcej.

Co dalej? Zwycięstwo z Rosją, remis z Czechami i awans? Albo odwrotnie: bohaterskie 1:1 ze „zborną”, zwycięstwo z rodakami Hrabala i wychodzimy z grupy? Czy porażka z Rosją, tradycyjny „mecz o wszystko” z czeskimi braćmi i – jak zwykle – to będzie wszystko? Nic nie mówię, niczego nie przewiduję, żadnych schematów na studyjnej plazmie nie wyrysowuję. Przypominam jedynie o żelaznej powtarzalności motywów.

„Co nazywam losem? W każdym razie możliwość tragedii” – powiada Imre Kertész. Los, jak wiadomo, jest kategorią z futbolem związaną najściślej i otwierający polsko-ukraińskie mistrzostwa mecz jest tutaj argumentem ostatecznym. Inaczej możliwość tragedii – ta najsilniej związana jest, jak sądzę, z polską reprezentacją. Cała nadzieja w tym, że – jak głosi stara piłkarska prawda – „pierwsze mecze są inne niż wszystkie”.