Newsletter

Nadciąga nadmiar wszystkiego

Artur Madaliński, 08.06.2012
Do polsko-greckiego pojedynku pozostały godziny

Do polsko-greckiego pojedynku pozostały godziny, świat jest już wielką futbolową piłką, nierzeczywistość wyziera z każdej strony, banalne porównania są tu nieuchronne.

Najbardziej w oczy rzuca się ruch odwrotny – zawsze było tak, że my (nie za często, ale jednak) gdzieś jechaliśmy. Teraz inni do nas ściągają – Holendrzy w Krakowie, Niemcy w Gdańsku, Hiszpanie w Gniewinie. Obrazy jak ze snu jakiego, śnionego nieprzytomnie. Atmosfera nadciągającego nieuchronnie wielkiego turnieju – że posłużę się wytartym zdaniem – spokoju nie daje nawet na chwilę.

Wewnętrzne moje rozedrganie powiększyła – niewiele, za dużo się już nie dało – wizyta na stadionie Cracovii, gdzie trening swój otwarty miała reprezentacja Włoch. Owszem, nie jest to zbieżność przypadkowa: wiecznie przegrywające „pasy” i boleśnie nieraz skuteczni Włosi – oksymoroniczna siła tego zestawienia otwiera jednak interpretacyjną nieskończoność. Niby nic wielkiego, niby dziesiątki (jeśli nie setki) meczy się widziało, treningowa gra, myślałem wchodząc na stadion, porażającej siły raczej mieć nie będzie.

Pierwsza rzecz wszelako: wewnętrzne hipotezy, druga: futbolowa rzeczywistość. Jak Włosi stylowo (innego słowa użyć tu niepodobna) wybiegli na boisko, jak zaczęli gierki swoje uskuteczniać, jak się Gianluigi Buffon w zasięgu wzroku mojego pojawił, jak dziesięć tysięcy ludzi klaskać ekstatycznie zaczęło po raz kolejny poczułem, że od futbolu ucieczki nie ma, że z tego się wyleczyć nie da, że tutaj nieodwołalne skłonności do głosu dochodzą.

Każdy, kto raz kopnął piłkę, kto wepchnął ją bezczelnie do pustej bramki albo kropnął z dystansu i zdobył spektakularnego gola wie, o czym mówię. „Czy moje życie się powiększało, czy też jedynie dodawało samo do siebie?” – pyta bohater najnowszej powieści Juliana Barnes’a i to właśnie pytanie zadawałam sobie na pięknie odnowionym stadionie Cracovii, patrząc na rozgrywających treningowy mecz Włochów.

Odpowiedzi dobrej nie ma, paradoksalna ta fraza – jak to u wielkich pisarzy – morze wątków otwiera. Jedno jest przecież jednak pewne: życie w trakcie wielkiego turnieju piłkarskiego się powiększa, rozszerza, dodaje i rozrasta. To jest czas wzmożonej – by tak rzec – czujności hermeneutycznej. To są dni, w których egzystencja zmienia się w esencję. Dni, w których świat się oddala, a jednocześnie, jak powiada Bruno Schulz, ma nadmiar wszystkiego w sobie.

Nie wszyscy tak mają? Doprawdy? Kogoś to nie obchodzi? Kazimiera Szczuka wielkie te rozgrywki zbojkotuje? Jan Tomaszewski w obłąkańczej swojej manii się zapętli? Profesor Środa telewizor przez okno wyrzuci? Trudno, jak mówi moja babcia – wszystko trzeba przeżyć. Nawet niezrozumienia dla kluczowych spraw tego świata, nawet brak zainteresowania wielkim piłkarskim turniejem.

To jednak nic nie znaczy, niczego nie unieważnia, przeciwnie raczej – czas biegnie nieubłaganie, pierwszy gwizdek w niejednej rozpalonej głowie już się rozlega, odwieczny porządek rzeczy z żelazną siłą nadciąga. Praca pamięci (w futbolu rzecz niebagatelna) zatrzymać się nie da, przed oczy pchają się narkotyczne obrazy spotkań absolutnie heroicznych. Jak ten mityczny już dzisiaj półfinał Niemcy-Włochy z roku pańskiego 2006, w którym pod koniec dogrywki Andrea Pirlo podaje w sposób dla nikogo nieogarniony, Fabio Grosso strzela, Niemcy padają na murawę, podstawy świata trzeszczą niebezpiecznie, a Włosi kilka dni później zdobywają Złotą Nike.

Kto widział, ten wie o życiu niemało, kto nie widział – niech ogląda od piątku.