Newsletter

Quebec: radykalny znaczy u źródeł

Anna Morawiec, 05.06.2012
W Kanadzie widać jak na dłoni konflikt, jaki zachodzi między północnoamerykańskim a europejskim podejściem do edukacji. Czy jest przywilejem, czy podstawowym prawem obywatelskim?

Strona 1

W Kanadzie widać jak na dłoni konflikt, jaki zachodzi między północnoamerykańskim a europejskim podejściem do edukacji. Czy jest przywilejem, czy podstawowym prawem obywatelskim?

Protesty w Quebecu nabierają na sile. Mają dwojakie znaczenie. Z jednej strony są eskalacją dotychczasowych rewolt studenckich na świecie. Z drugiej, stają się inspiracją do kolejnych manifestacji.

W dużym skrócie: w Quebecu ok. 170 tys. studentów bojkotuje zajęcia od połowy lutego, kiedy to zaprotestowali przeciwko rządowej propozycji podniesienia opłat za studia o 75 proc. w przeciągu kolejnych pięciu lat. Protest trwa już ponad 110 dni. W tym czasie zorganizowano 41 demonstracji (ostatnia odbyła się 3 czerwca).

Konflikt ma swoje twarze: z jednej strony Gabriel Nadeau-Dubois, przywódca jednej z dwóch największych organizacji studenckich zaangażowanych w protesty. Z drugiej – cieszący się niewielkim, 27-procentowym poparciem premier Quebecu i lider rządzącej partii – Jean Charest. Każdego wieczoru na ulice Montrealu o godzinie 20 wychodzą mieszkańcy, którzy – bębniąc w garnki i patelnie – okazują solidarność ze studentami. „Znakiem firmowym” protestującego ruchu są czerwone prostokąty. Tłumaczy się to jako squarely in debt, czyli „zamknięci w długu”.

Dlaczego protestują? Wydaje się, że liczba powodów rośnie w tempie geometrycznym. Na pytanie o przyczyny konfliktu jedni odpowiadają, że wystarczy rozejrzeć się dookoła, aby zrozumieć frustrację studentów i – od pewnego momentu – popierających ich innych grup społecznych. Drudzy, czyli głównie strona rządowa oraz studenci odrzucający protest przekonują, że obecnie opłaty za studia są i tak wyjątkowo niskie.

Główną kontrowersją jest sam przedmiot sporu. Rozłożony na kilka lat całościowy procent opłat za studia nie wygląda tak dramatyczne, jak przedstawiają go studenci. Dodatkowo, studenci z Quebecu cieszą się najniższymi – w północnej Ameryce w ogóle, a w Kanadzie w szczególności – stawkami opłat za studia wyższe. Tutaj ze strony protestujących pada argument, który słusznie każe nam podważyć pokornie przyjmowaną logikę rzekomej solidarności.

To, że inni płacą więcej, przekonują Quebecois, nie znaczy, że i my mamy dać wciągnąć się w bańkę studenckich długów, przed którą coraz głośniej przestrzegają analitycy finansowi. W tym proteście chodzi właśnie o dług. Podniesienie opłat za studia spowoduje automatyczny wzrost zadłużenia świeżo upieczonych absolwentów u i tak już mocno zadłużonego społeczeństwa. Tym samym protest zdaje się być sprzeciwem o dużo szerszym znaczeniu.

Jednym z osiągnięć kanadyjskiego przełomu w roku 1960 (znanego jako Révolution tranquille) była centralizacja systemu edukacji wraz z zagwarantowaniem szerokiego dostępu do wyższej edukacji ogółowi zainteresowanych. Niezgoda na zadłużenie określana jest mianem „kolonizowania własnej przyszłości”.

Kolejną kontrowersją jest faktyczna liczba protestujących. Oficjalnie zajęcia bojkotuje ok. 30 proc. studentów w Quebecu. To liczba, która zdaniem władz wystarczy, aby zdyskredytować manifestację jako de facto reprezentującą marginalne interesy. Trudno jednak odebrać rację argumentom studentów, że 30 proc. to i tak więcej niż 25-procentowanie poparcie, jakim „cieszy się” obecnie rządząca partia.

Argumentacją władz z kolei, proponowaną dość niewielkim wysiłkiem, jest sugestia, że tylko frankofońskie uniwersytety bojkotują zajęcia, a protestującym zarzuca się bycie sterowanymi przez ukrytą opcję separatystyczną.

Jednym z poważniejszych wątków tych wydarzeń stała się przemoc stosowana po obu stronach. Studenci wybijali szyby banków i rzucali w policję kamieniami. Ta używała pałek i gazu łzawiącego. Trudno powiedzieć, kto zaczął. To, co niepokoi, to słowa nawoływania do przemocy, padające ze strony zarówno przychylnych rządowi mediów, jak i samych przedstawicieli władz.

Publicysta „National Post” zalecał premierowi Quebecu „masowe użycie gazu łzawiącego, areszt, publiczne upokorzenia i trochę bólu”. Redakcja finalnie przeprosiła, ale apel Michaela Den Tandta tylko rozjuszył tłum. Mało tego. Członek rządzącej Partii Liberalnej, kierownik biura podatkowego w departamencie spraw lokalnych Bernard Guay, w połowie kwietnia zaproponował w napisanym przez siebie artykule strategię zakończenia studenckich strajków. W tekście otwarcie powołuje się na metody faszystów z lat 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia.

W tej ostatniej sprawie także padły przeprosiny z ust jego przełożonego, ministra Laurenta Lessarda, który słowa podopiecznego nazwał „nieodpowiednimi”. I znowu, można sobie tylko wyobrazić reakcję studentów na takie propozycje uzdrowienia sytuacji na ulicach Montrealu. W starciach z policją jeden z protestujących stracił oko, aresztowano – głównie za łamanie naprędce uchwalonego „prawa 78” – w sumie ok. 700 osób.