Newsletter

Ani Merkollande, ani Merkotusk

Jarosław Makowski, 30.05.2012
Warszawa potrzebuje siły Berlina. Ale Berlin potrzebuje entuzjazmu Warszawy. Dla dobra całej Unii

Strona 1

Warszawa potrzebuje siły Berlina. Ale Berlin potrzebuje entuzjazmu Warszawy. Dla dobra całej Unii

1.

Unia Europejska znajduje się w zbyt głębokim kryzysie ekonomicznym, politycznym i społecznym, by sądzić, że przed rozpadem może uratować ją silne przywództwo dwóch czy nawet trzech państw. Dokładnie ten typ myślenia o przywództwie, realizowany do tej pory przez duet określany mianem Merkozy, nie uchronił Unii przed obecnymi kłopotami: stagnacją gospodarczą, kryzysem fiskalnym i – co kluczowe – masowym bezrobociem wśród młodych.

A jednak i dziś czytamy w czołowych gazetach europejskich, że Unią może – choć bez miłości, ale za to z rozsądku – zawiadywać nowy duet, okrzyknięty już przez komentatorów jako Merkollande. Jasne, że Pani kanclerz nie pała miłością do nowego prezydenta Francji, ale – jak głosi mądrość europejska – oboje są na siebie skazani. Znaczy to tyle, że będą zmuszeni wypracować kompromis między naciskiem na cięcia (Merkel), a naciskiem na wzrost (Hollande). A do lamusa posłać animozje personalne.

Jednak polityka lubi karmić się scenariuszami alternatywnymi. I już się słyszy, że – gdyby jednak współpraca w osi Merkel-Hollande się jednak nie układała – to na stole leży już alternatywny pomysł: Merkotusk.

2.

Jest jasne, że Warszawa cieszy się dziś w Europie prestiżem. Ba, spogląda się na nasz kraj z uznaniem, a niemiecka prasa nie szczędzi polskiej gospodarce komplementów. Polska to, jak się dowiadujemy, „tygrys Europy Środkowej”.

I rzeczywiście: po pierwsze, nasza ojczyzna jest krajem, który pokazał, że można skutecznie walczyć z kryzysem, odnotowując – nawet w najbardziej dramatycznych chwilach – wzrost gospodarczy. Skumulowany wzrost PKB w latach 2008-2011 wyniósł 15,8 proc., najwięcej ze wszystkich krajów Unii (AMECO, GUS). Na koniec 2011 roku osiągnął poziom 4,3 proc. (GUS). Wdrożono także – obok już istniejącego i zapisanego w Konstytucji w art. 216 ust. 5 progu ostrożnościowego – mechanizmy kontrolne, zapobiegające nadmiernemu zadłużaniu się, np. regułę wydatkową. Wszystko to sprawiło, że Polsce przez kryzys udało się przejść w miarę suchą stopą.

Po drugie, jesteśmy państwem, który ma stabilny i przewidywalny rząd. Co więcej, w wyborach, które odbyły się niespełna pół roku temu, a więc już w czasie kryzysu, Polacy po raz kolejny okazali premierowi Donaldowi Tuskowi zaufanie. Gdy inne rządy europejskie – od Hiszpanii poczynając, a na Francji kończąc – przegrywają nie tyle z opozycją, co właśnie z kryzysem, rząd Platformy dostaje legitymizację do dalszego sprawowania władzy. I jako pierwszy w III RP zostaje wybrany na drugą kadencję.

I po trzecie wreszcie: Polska – mimo kryzysu – przechodzi przyspieszony kurs modernizacyjny. Polacy już wiedzą, że – jeśli nawet nie jutro, to pojutrze – przebudowa dworców, kolei czy dróg zostanie ukończona. Innymi słowy: Polska pod względem modernizacji infrastruktury nadrabia zaległości poprzednich lat w tempie, które budzi uznanie na Zachodzie. Jednocześnie rząd Tuska ma ambicje, by – systematycznie – podnosić także jakość życia Polek i Polaków. Krótko, tworzyć warunki do budowy silnej klasy średniej, gdyż tylko tak buduje się zaporę przeciw dwóm zmorom naszych czasów: nierównościom społecznym i odradzającym się nacjonalizmom.

Tak czy inaczej, Polska jawi się dziś w oczach zachodnich odbiorców jako oaza przewidywalności i sukcesu.

3.

Czy może więc dziwić, że liczni komentatorzy widzą właśnie w premierze Tusku naturalnego i silnego sojusznika kanclerz Merkel? Nie. Czy może dziwić, że w niemieckiej prasie czytamy pozytywne opinie o Warszawie? Też nie. Czy zatem premier Tusk nie powinien przystać na to, by dziś, wskazywany na partnera kanclerz Merkel, chwycił razem z nią ster łodzi, którą zwiemy Unią Europejską?