Newsletter

Potiomkinowski Kraków

Paweł Kubicki, 28.05.2012
To, że gęsty duch dulszczyzny trzyma się dzielnie wśród krakowskich urzędników, specjalnie odkrywcze nie jest

Wydarzeniem ostatniego tygodnia w Krakowie był protest rodzimych Oburzonych, nawiązujący do podobnych protestów, odbywających się ostatnio w wielu miastach Zachodu. Krakowscy oburzeni założyli miasteczko namiotowe w przestrzeni publicznej, na Rynku Głównym, który zawsze odgrywał rolę centralnej przestrzeni publicznej dla mieszkańców stolicy Małopolski.

Ten krótki tekst nie będzie jednak poświęcony krakowskim Oburzonym, ale krakowskim decydentom, którzy przy tej okazji wykazali się kompletnym brakiem zrozumienia dla tego, czym jest miasto i miejskość w cywilizacji Zachodu. Argumentacja urzędników przeciw protestowi wywołuje przerażenie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Głównym argumentem krakowskich urzędników przeciw protestowi nie były kwestie merytoryczne czy ideologiczne, ale odwołanie się do poczucia wstydu przed turystami. To, że gęsty duch dulszczyzny trzyma się dzielnie wśród krakowskich urzędników, specjalnie odkrywcze nie jest. Jak wiadomo, pani Dulska pouczała, że własnych brudów przed obcymi prać nie można.

Przerażające jednak jest to, że urzędnicy – legitymizując swoje działania – powołują się nie na Zapolską, a na tradycje miast europejskich. Otóż istotą miasta europejskiego, w odróżnieniu od despotycznych cywilizacji Wschodu czy islamu, jest polityczność placu publicznego.

Demokracja miejska nie polega na formalnym rytuale oddawania kart do głosowania raz na cztery lata. Miasto to codzienny, nieustanny plebiscyt, dlatego też potrzebuje agory gdzie można o nim dyskutować – „deliberować miasto”. Od antycznej Grecji, aż do dziś, rolę tę wypełnia właśnie plac publiczny, gdzie każdy obywatel ma prawo wyrażać swoje poglądy i odgrywać tożsamości, niezależnie od tego, czy jest ładny, czy brzydki, zamożny czy biedny.

Partycypacja społeczna, przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, zrównoważony rozwój miasta to słowa, które w europejskich miastach stają się rzeczywistością. Dla naszych urzędników stanowią jedynie tzw. keywords, konieczne do wypisywania wniosków unijnych, żeby jeszcze efektywniej „wyciskać brukselkę”.

Jeśli miasta europejskie ogląda się tylko w folderach turystycznych lub przez szyby autokarów podczas objazdowych wycieczek, wtedy można wyrobić sobie błędne przekonanie, że w mieście najważniejsza jest wizytówka, a wszystko to, co nie mieści się w estetyce marketingowej, musi być usunięte z zasięgu wzroku. To znana z carskiej Rosji tradycja wiosek potiomkinowskich.

W Unii Europejskiej natomiast podstawą dla rozwoju miast jest zrównoważony rozwój. Skoro krakowscy urzędnicy nie są zainteresowani tradycją miast w cywilizacji Zachodu, powinni się zainteresować historią wiosek potiomkinowskich w carskiej Rosji i jej skutków.

Dziś podstawowym dokumentem wyznaczającym politykę miejską w UE jest „Karta Lipska na rzecz zrównoważonego rozwoju miast europejskich”. Polska ratyfikowała Kartę Lipską, ale nic nie wskazuje na to, żeby zaznajomili się z nią miejscy decydenci. I ten fakt właśnie wywołuje przerażenie największe.

Nowy okres budżetowy UE na lata 2014-20 ma wzmacniać potencjał rozwojowy miast jako kół zamachowych współczesnej gospodarki i wiodących centrów innowacji. Tyle, że miasta definiuje się dziś w duchu Karty Lipskiej jako zbiorowe podmioty społeczne. Jeśli nasi urzędnicy tego nie zrozumieją, to sprawdzone triki stosowane do „wyciskania brukselki” nic nie pomogą.

Wioski potiomkinowskie nie zapewniają ani rozwoju, ani innowacji. Niestety, ale możemy stracić niepowtarzalną szansę skrócenia dystansu cywilizacyjnego do miejskiej Europy. Inwestycje infrastrukturalne skracają ten dystans jedynie w niewielkim stopniu. Kluczowe znaczenie ma kultura miejska, którą tworzą obywatele miasta, a nie turyści i oderwani od rzeczywistości miejskiej decydenci.

Środowiska polskich Oburzonych to tylko jeden z wielu ruchów miejskich. Składnik wzbierającej fali przetaczającej się przez nasze miasta. W Polsce w ostatniej dekadzie dorosło pokolenie Europejczyków wychowanych w kulturze miejskiej, które chce, aby nasze miasta w sensie społecznym i kulturowym także stawały się europejskie.

Dziś bardzo boleśnie zderzają się z anachronicznym, antyeuropejskim sposobem myślenia o mieście, jaki wciąż prezentuje wielu miejskich włodarzy. Historia Europy uczy, że rewolucje wybuchają zawsze w mieście, w sytuacji, gdy obywatelom odbiera się prawo do miasta i blokuje możliwości rozwoju.

Dlatego też, jeśli miejscy decydenci nie zrozumieją, czym naprawdę jest miasto europejskie, to bardziej wcześniej niż później wylądują na śmietniku historii.