Newsletter

Więzienia droższe od wykształcenia

Kazimierz Bem, 28.05.2012
USA, choć liczą zaledwie 6 proc. światowej populacji, mają aż 1/4 globalnej populacji więźniów

Marlborough, 24 maja 2012

Dwa tygodnie temu dziesiątki tysięcy amerykańskich studentów ukończyło studia. Istnieje zwyczaj, że podczas bardzo formalnej uroczystości do świeżych absolwentów przemawiają znane osoby. W tym roku na mojej macierzystej Yale była to Barbara Walters. Do studentów przemawiali także Mitt Romney i Barack Obama. I jak co roku była okazja do komentarzy a propos kosztów nauki w USA czy rzeszy studentów nie mających jak spłacać zaciągniętych kredytów. Kredytów idących często w setki milionów dolarów.

Jest jednak jeszcze inny sektor amerykańskiej gospodarki, który jest droższy niż wyższe wykształcenie. To więziennictwo. Dla wielu Polaków szokiem będzie wiadomość, że już w 2004 roku roczne czesne na Harvardzie było tańsze niż utrzymanie więźnia przez rok w więzieniu o średnim stopniu rygoru! I choć od tego czasu koszty – zarówno edukacji, jak i utrzymania więźniów – wzrosły, to te ostanie rosły szybciej.

Dziś studia na Uniwersytecie Princeton (z Ligi Bluszczowej) kosztują o połowę mniej niż utrzymanie więźnia w amerykańskim więzieniu. USA, choć liczą zaledwie 6 proc. światowej populacji, mają aż 1/4 globalnej populacji więźniów. Stosunek osób odbywających karę pozbawienia wolności, w stosunku do ogólnej populacji, już dawno przekroczył rekord ZSRR! Dziś na 100 tys. Amerykanów 743 „siedzi“. Dla porównania: średnia światowa wynosi 125 osób, a w Japonii są to 63 osoby.

Skąd się to wszystko wzięło? W latach 80-tych XX wieku prezydent Reagan obiecał „Wojnę z Przestępcami“, a w szczególności z narkotykami. Od tego czasu rząd federalny trzyma się tej polityki jak pijany płotu, i to niezależnie od tego, czy prezydentem jest republikanin czy demokrata.

Generalnie zasada jest prosta: państwo jest „ostre dla przestępców“. W ramach „zaostrzania polityki“ w wielu stanach (i na szczeblu federalnym) odebrano sędziom prawo do dowolnego wymierzania kary lub tak obostrzono widełki, że nie mają żadnego marginesu swobody. Skrajnym przykładem jest Kalifornia, gdzie za popełnienie trzeciego z rzędu przestępstwa z użyciem broni ustawa przewiduje automatycznie wyrok dożywocia.

Do tego w latach 90-tych doszło zaostrzenie przepisów za przestępstwa seksualne etc. Generalnie, w przeciwieństwie do krajów, takich jak Holandia czy Dania, Amerykanie traktują więzienia jako miejsce, do którego wysyła się przestępców, nie zaś miejsce, z którego przestępcy wychodzą. Ostatecznie w Kalifornii doszło do takiego zagęszczenia więźniów, że w 2011 roku zainterweniował amerykański Sąd Najwyższy. Nakazał on mianowicie stanowi wypuścić 1/4 skazanych. Kalifornia od lat na osadzonych wydaje wielokrotnie więcej niż na stanową edukację.

Do polityki „zaostrzania“ doszły także i inne przepisy. Mało osób wie o tym, że zasadą stało się, iż aresztowanych odstawia się na wolność w dokładnie to samo miejsce, gdzie zostali aresztowani. Oczywiście nie sprzyja to resocjalizacji, ale tylko zwiększa ryzyko recydywy. Dalej, wyrok za przestępstwa na tle narkotyków czy tle seksualnym nigdy nie ulegają zatarciu.

Niektóre zawody są dla takich osób na zawsze zamknięte i to nie tylko profesje lekarza czy pielęgniarza. W stanie Ohio osoba z wyrokiem za narkotyki nie może zostać fryzjerem. Nie przysługują im mieszkania socjalne (nie darmowe, ale z obniżonym czynszem) czy nawet kartki żywnościowe. Znów, trudno się dziwić, że przy fatalnej sytuacji gospodarczej i tego typu przepisach, w prawie każdym stanie liczba recydywistów przekracza 70 proc.

Co więcej, wiele danych wskazuje, że „wojna z przestępczością“ ma różne natężenie w zależności od rasy. Od lat zwraca się uwagę, że kary za posiadanie narkotyków są drastycznie różne: popularny wśród Afroamerykanów crack jest karany ostrzej niż równie popularna, tyle że wśród białych, kokaina.

Choć statystycznie nie ma większej różnicy między białymi, Murzynami czy Latynosami, gdy chodzi o to, kto kupuje narkotyki, to w niektórych stanach aż 90 proc. osób osadzanych w więzieniach za przestępstwa narkotykowe to właśnie Murzyni i Latynosi. Obecnie liczba Murzynów przetrzymywanych w więzieniach przekracza liczbę czarnych niewolników w 1850 roku!

Jak zauważyła prof. Michelle Alexander z Ohio State University, za obecną polityką stoi potężne lobby, m.in. firm, które prowadzą prywatne więzienia. To jednostki nastawione na zysk: pracujący więźniowie nie są objęci pracą minimalną, ani zakazem przymusowej pracy i niewolnictwa; muszą płacić za własne środki czystości, a także wygórowane stawki za rozmowy z rodziną. Wiele z tych więzień jest budowanych w biednych białych dzielnicach czy hrabstwach z wysokim bezrobociem, często stając się jedynym – i przez to bardzo wpływowym – pracodawcą.

Nic dziwnego, że próby reformy napotykają na ostry opór. Od kilku lat niektóre stany, jak np. Nowy Jork czy Teksas, próbują poluzować system, testując system branzolet, warunkowych zwolnień etc. W innych stanach ich zastosowanie zostało ostatnimi laty mocno ograniczone. Niestety, w 2003 roku amerykański Sąd Najwyższy większością 5 do 4 uznał, że kara dożywotniego więzienia dla kogoś, kto ukradł trzy kije golfowe, nie narusza zakazu „okrutnego czy nieproporcjonalnego traktowania“.

O tym, że coś w polityce karnej USA się musi zmienić, wiedzą zarówno republikanie, jak i demokraci. Ostatnio plan zmian w prawie przedstawiła dość egzotyczna koalicja polityków i organizacji jak Newt Gingrich, Jeb Bush, James Webb czy ACLU. Chciała zwiększyć dostępność programów rehabilitacji, położyć większy nacisk na inne środki karne niż więzienie bez zawieszenia. Niestety, choć za projektem głosowali i republikanie, i demokraci, w Senacie uziemili go inni republikańscy senatorowie.

Tak więc i w tej sprawie Amerykanie czekają na jakieś sensowne rozwiązanie. Trudno bowiem, by w dobie oszczędności chcieli wydawać co roku 200 miliardów dolarów na wciąż powiększającą się populację więźniów.