Newsletter

Macierzyństwo bez lukru

Dorota Smoleń, 25.05.2012
Nie zapewniamy, że macierzyństwo to sama słodycz. Nie pokazujemy ckliwych obrazków z reklamy. I zbieramy za to cięgi

Nie zapewniamy, że macierzyństwo to sama słodycz. Nie pokazujemy ckliwych obrazków z reklamy. I zbieramy za to cięgi

„Macierzyństwo bez lukru” to antologia tekstów o macierzyństwie, która powstała, aby pomóc ciężko choremu Mikołajkowi. Zapiski trzydziestu matek-blogerek, opisujących swoje doświadczenia bez owijania w różową bawełnę, stały się punktem wyjścia do burzliwej dyskusji na temat bycia matką w Polsce w XXI wieku.

Jakie są dylematy współczesnych matek? O czym piszemy na swoich blogach, co nas cieszy, na co się skarżymy, czego potrzebujemy? Czy w epoce pampersów, pralek automatycznych i pełnych półek w sklepach mamy prawo do narzekania? Przecież nasze mamy i babcie miały gorzej.

Autorki łączy macierzyństwo przeżywane świadomie. Bycie matką jest źródłem radości, dumy i spełnienia; jest punktem odniesienia przy podejmowaniu różnych decyzji. Jest również tematem rozważań i dyskusji. Jednocześnie to, o czym piszemy, nie nadaje się na okładki pism dla rodziców. Dlaczego?

Opisujemy codzienność szarą jak listopadowy poranek. Piszemy o zmęczeniu, niewyspaniu, bezradności, o planach niezrealizowanych z powodu nagłej choroby dziecka. Nie zapewniamy, że macierzyństwo to sama słodycz, nie pokazujemy ckliwych obrazków z reklamy. I zbieramy za to cięgi. Słyszymy, że zniechęcamy młode dziewczyny do macierzyństwa, że narzekamy, marudzimy, histeryzujemy, choć przecież nic złego nam się nie dzieje.

A przecież w pisaniu o macierzyństwie bez lukru chodzi właśnie o realizm, o pokazanie prozy macierzyńskiego życia, o uczucia i emocje, do których czasem trudno jest się przyznać. Rozsądek podpowiada, że życie nie jest sielanką i niezależnie od stanu cywilnego i dzietności czekają na nas podstępne rafy. Tymczasem reklamy bombardują nas obrazami idealnych matek, nieskończenie cierpliwych i zawsze uśmiechniętych. Plotkarskie gazety pokazują piękne aktorki czule pochylone nad wózkami, poradniki pękają w szwach od doskonałych rad, a prasa dla rodziców optymistycznie zapewnia, że wszystko da się pogodzić i zorganizować.

Wiele kobiet daje się uwieść zapewnieniom, że tak będzie, zupełnie nie zdając sobie sprawy z ceny, jaką przyjdzie zapłacić za swój wybór. Bo jeśli wracasz do pracy, to czas dla dziecka kurczy się do godziny dziennie i do weekendów. A jeśli zostajesz w domu z dzieckiem, to przeważnie stajesz się bezużyteczna dla pracodawcy.

Do tego dochodzi cały ogrom skomplikowanych niejednokrotnie relacji rodzinnych i małżeńskich, poczucie osamotnienia i narastająca frustracja, gdy mąż pracuje do późna, gdy zaczynacie żyć w dwóch różnych światach, gdy – nawet jeśli pracujesz zawodowo – na twoich barkach spoczywa ciężar codziennych obowiązków. Czyli: wyprać, wyprasować, przyszyć guziki, kupić chleb, dopilnować lekcji, zrobić kanapki do szkoły…

Dużym obciążeniem dla współczesnych kobiet jest wielozadaniowość, z której chcemy wywiązywać się perfekcyjnie. Tymczasem mnogość ról i wewnętrzny przymus, by wszystkie wypełniać na szóstkę, wcześniej czy później rodzi frustrację. W końcu nie jesteśmy robotami!

Autorki tekstów zebranych w antologii „Macierzyństwo bez lukru” są w różnym wieku i mają różny macierzyński staż, dzieci w różnym wieku i kondycji zdrowotnej, i wynikające stąd bardzo zróżnicowane problemy. Małe i duże. Wspólnym mianownikiem jest bycie matką i spontaniczna chęć pomocy innej matce, której dziecko jest ciężko chore. Ten gest solidarności dowodzi, że w sytuacji kryzysowej nie mają znaczenia sprawy, które zazwyczaj tak mocno polaryzują środowisko matek: pierś czy butelka, praca zawodowa czy dom, żłobek czy urlop wychowawczy.

W naszej antologii nie ma licytowania się, kto ma gorzej: matka kilkorga dzieci czy matka autystycznej nastolatki, matka permanentnie niewyspana czy matka samotna. Każda z autorek opisuje swój świat, przedstawia wycinek swojej codzienności. Chyba właśnie dlatego czytelniczki tak mocno utożsamiają się z autorkami, bowiem każda znajduje tu odbicie swoich problemów i echa swoich dylematów.

To jest wielka siła tego zbiorku: żywe scenki z życia rodzinnego, opisane niejednokrotnie z dystansem i poczuciem humoru, czasem wzruszające, czasem bawiące do łez. Bo przecież takie właśnie jest życie: raz nas rozpieszcza, innym razem daje po głowie.

Zainteresowanie zbiorem nie słabnie, co jest dowodem na to, że trafiłyśmy w sedno. Współczesne matki mają potrzebę mówienia o macierzyństwie, analizowania go, rozbierania na czynniki pierwsze. Mają potrzebę upewniania się, że nie są jedyne ze swoimi uczuciami, wątpliwościami, lękami, do których niechętnie się przyznają, bo widzą w nich coś niestosownego, nie chcą być postrzegane jako użalające się nad sobą histeryczki.

Nie ma społecznego przyzwolenia na mówienie o cieniach, gdy obiektywny obserwator widzi tylko blaski: zdrowe dziecko, w miarę stabilna sytuacja materialna, dobry mąż – czego ona jeszcze chce? Jakim prawem narzeka? Inni mają gorzej!

Świadomość, że inni mają gorzej może zawstydzać, ale na pewno nie przynosi ulgi. Co innego głośne powiedzenie: tak, jest mi ciężko, ciężej niż myślałam, czasem sobie nie radzę, chce mi się płakać ze zmęczenia, mam prymitywną potrzebę wyspania się, nie jestem w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich moich dzieci w tym samym czasie. Dalej: jestem wściekła, że moje dziecko znowu jest chore, a ja uziemiona z nim w domu; jestem zrozpaczona, bo na chorobę mojego dziecka nie ma lekarstwa.

Warto mieć dzieci, to bezdyskusyjne. Nawet teraz, kiedy mój pięcioletni synek zachorował i jest ze mną w domu, piszę ten tekst już od dwóch dni, bo „mamo, pić”, „mamo, chciałbym bajkę”, „mamo, zgubiłem pingwina”. Ale kiedy przychodzi się przytulić i popatrzeć mi w oczy, to wiem, po prostu wiem, że on jest najważniejszy, mam ochotę rzucić wszystko i tulić go bez końca. Dopóki się nie wyrwie…

Ale że nie mogę zakończyć bez pointy: macierzyństwo to piękna przygoda, ale trzeba nastawić się, że często będzie pod górkę. Że ścieżki będą kręte, że po drodze wiele rzeczy się zmieni. Matka uzbrojona w realizm i poczucie humoru lepiej zniesie kolejne uciążliwości niż ktoś, kto zakłada realizację 500 proc. normy i nie ma dla siebie litości.

*Dorota Smoleń – dziennikarka, redaktorka, blogerka, recenzentka, współpracuje z portalami Onet.pl i Qlturka.pl. Koordynatorka projektu „Macierzyństwo bez lukru”