Newsletter

Na rozstaju

Andrzej Brzeziecki, 28.05.2012
Polacy byli przekonani, że jeśli nie na Zachód, to nie bardzo mają dokąd iść. Dla Ukraińców nie jest to już takie oczywiste

Polacy byli przekonani, że jeśli nie na Zachód, to nie bardzo mają dokąd iść. Dla Ukraińców nie jest to już takie oczywiste

Od kryzysu do kryzysu, od rozczarowania do rozczarowania – tak w skrócie można opisać rozwój wydarzeń na Ukrainie. W ostatnim czasie kraj ten gości w polskich serwisach informacyjnych często – ale nie są to dobre wiadomości.

Nawet przy okazji Euro 2012 ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm. Mistrzostwa odbędą się w cieniu sprawy Julii Tymoszenko. A i wcześniej nie służyły wzmocnieniu prestiżu tego kraju. Cała Europa pytała, czy Ukraina w ogóle będzie gotowa na turniej.

Znad Dniepru napływały niepokojące informacje dotyczące wielu aspektów przygotowań do mistrzostw, np. o zabijaniu bezdomnych psów. Te oczywiście są plagą w miastach na wschodzie, ale to nie oznacza, że należy je eliminować w taki sposób. Media donosiły o nieprawidłowościach przy budowie obiektów sportowych czy hoteli.

Innymi słowy: wydaje się, że Ukraina zrobiła wszystko w ostatnich kilkunastu miesiącach, by zmarnować jakikolwiek kapitał sympatii w Europie i pogrzebać swoje szanse na integrację lub choćby zbliżenie z Unią Europejską. Po cichu parafowana w marcu umowa stowarzyszeniowa Ukrainy z UE ma marne szanse na ratyfikację przez kraje członkowskie Wspólnoty w najbliższym czasie.

A przecież jest to dopiero przygrywka. To, co naprawdę wydarzy się na Ukrainie istotnego będzie miało miejsce na jesieni, kiedy odbędą się wybory parlamentarne. Mają one ugruntować pozycję rządzącej formacji i zabezpieczyć jej długie rządy.

Przygotowania rozpoczęły się już w ubiegłym roku od przyjęcia wygodnego dla rządzącej ekipy i niekorzystnego dla opozycji prawa wyborczego. Obecnie dyskutowane są też inne pomysły, jak choćby ograniczenie immunitetu parlamentarzystów. Opozycja boi się, że będzie to narzędzie eliminacji poszczególnych polityków.

Prokuratura i sądy na Ukrainie nie są z gatunku tych najbardziej niezawisłych. Niedawne sondaże, które pokazały, że opozycja w przypadku zjednoczenia miałaby szansę pokonać Partię Regionów, wywołały alarm wśród rządzącej ekipy. Prawdopodobnie niezdolna do szybkiego podreperowania wizerunku Partia Regionów będzie dążyła do zwycięstwa poprzez niszczenie opozycji metodami administracyjnymi.

Oznaczać to może przede wszystkim brudną kampanię wyborczą, ze wszystkimi jej elementami, jakie znamy z Ukrainy i innych krajów regionu. A konkretnie: odmowa rejestracji list, podporządkowanie sobie mediów, wykorzystanie struktur państwa na potrzeby jednej siły politycznej czy manipulacje podczas samego głosowania.

Innymi scenariuszami na razie nie ma co straszyć, aczkolwiek trzeba mieć w tyle głowy, że resorty siłowe na Ukrainie zostały po 2010 roku całkowicie podporządkowane jednej osobie: Wiktorowi Janukowyczowi.

Zachowanie ukraińskich władz na pierwszy rzut oka jest niezrozumiałe. Zupełnie naturalne wydaje się pytanie: po co im to? Jaki jest sens znęcania się nad Julią Tymoszenko? Jaki jest sens psucia wizerunku Ukrainy na Zachodzie?

Pytania te zakładają jednak, że elity rządzące Ukrainą mają podobny punkt odniesienia jak Polacy. Tak niestety nie jest. W ukraińskiej klasie politycznej pojęcia „dobro ogólne” czy „racja stanu” są absolutną abstrakcją. A zatem to, co było priorytetem dla polskich ugrupowań w czasie transformacji, mimo wszelkich różnic między frakcjami, czyli np. integracja z Zachodem, dla ukraińskiej elity, zwłaszcza tej rządzącej obecnie, jest tylko jedną z opcji.

Polacy byli przekonani, że jeśli nie na Zachód, to nie bardzo mają dokąd iść. Dla Ukraińców nie jest to już takie oczywiste. Ten stan rzeczy oddają również nastroje w całym społeczeństwie, gdzie integracja z Zachodem ma mniej więcej tylu zwolenników, co integracja z Rosją. Więcej: jest grupa respondentów twierdząca, że obie opcje są możliwe, co dowodzi absolutnego niezrozumienia tego, czym jest Unia Europejska.

Stąd, o ile Polacy rozumieli, że integracja z UE to właściwie przyjęcie standardów unijnych, o tyle Ukraińcy uważają, że tu w wielu sprawach można się targować. A jeśli coś jest niewygodne, wtedy po prostu nie należy tego akceptować. Tymczasem Unia Europejska to właśnie szereg norm, które ukraińskim politykom i oligarchom są wyjątkowo nie w smak.

Dla ekipy rządzącej Ukrainą podstawowym punktem odniesienia jest jej dobrobyt. Ten zaś jest gwarantowany poprzez polityczną władzę. Ona bowiem daje dostęp do najważniejszych gałęzi ukraińskiej gospodarki poprzez kontrakty, zamówienia publiczne, koncesje, preferencyjne kredyty itp. Umożliwia też niszczenie konkurencji środkami administracyjnymi.

Policja podatkowa, sanepid, a nawet straż pożarna są w stanie sparaliżować każde przedsiębiorstwo i wykluczyć z gry każdego biznesmena. A ponieważ najczęściej jest tak, że ów biznesmen wspiera konkurencyjną partię polityczną, to można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Dla ukraińskiej elity także w polityce międzynarodowej Zachód nie jest punktem odniesienia. Ważnym, jeśli nie najważniejszym partnerem wciąż pozostaje Rosja; duże znaczenie mają Chiny i wiele innych państw, które przy współpracy nie stawiają niewygodnych pytań i wymagań.

Zainicjowany przez Niemców bojkot związany z Euro 2012 jest niedogodnością, ale nie jest katastrofą. Twarda postawa Wiktora Janukowycza w ostatnich tygodniach pokazuje, że gesty zachodnich polityków nie robią na nim wielkiego wrażenia. Tak jak wielkiego wrażenia nie mogą robić kolejne rezolucje Parlamentu Europejskiego w sprawie Ukrainy. Ich praktyczne znaczenie jest bowiem znikome.

Dopiero więc kiedy zrozumiemy, że dla ukraińskiej elity polityczno-biznesowej integracja z Zachodem (a więc demokracja, przejrzyste reguły gry w gospodarce) nie jest czymś, do czego koniecznie trzeba dążyć, zaczniemy rozumieć logikę postępowania władzy w Kijowie.

Stosunki z Zachodem Kijów traktuje instrumentalnie, dlatego oczywiście możliwe są też pewne zwroty i próby ocieplenia relacji z Unią Europejską, ale de facto tylko jako element przetargowy podczas rozmów z Rosją. Stara zasada „wielowektorowości” ma w Kijowie długą tradycję, a przykład Białorusi dowodzi, że jeszcze na wiele można sobie pozwolić.

Szczęśliwie na Ukrainie jest jeszcze społeczeństwo. Społeczeństwo najbardziej niepokorne ze wszystkich w krajach poradzieckich (nie licząc Bałtów). Obecnie nie jest ono gotowe czy chętne bronić więzionych liderów opozycji. Procesy Julii Tymoszenko i Jurija Łucenki oraz inne niepokojące zjawiska nie wywołały masowych protestów. Przyczyn tego jest wiele.

Ludzie pamiętają rządy „pomarańczowych” od tej gorszej strony, nie utożsamiają losu opozycji ze swoim losem, są wyraźnie zniechęceni do polityki. Taki stan nie będzie jednak trwał wiecznie. Jednoczesne pogorszenie standardów życia z politycznym przykręcaniem śruby, może znów doprowadzić do obywatelskiego wybuchu.

Trudno przewidzieć, czy jest to możliwe w czasie wyborów parlamentarnych. Te, w przeciwieństwie do wyborów prezydenckich, kierują się trochę inną logiką. Przede wszystkim nie kreują jednego lidera, który może stać się symbolem protestu, jak to miało miejsce w 2004 r. Z drugiej strony polityczne przesilenia w Gruzji w 2003 r. i w Mołdawii w 2009 r. miały miejsce właśnie po wyborach parlamentarnych.

Tak czy inaczej warto, by Unia Europejska – przy aktywnym udziale Polski – była podczas tych wyborów silnie obecna. Aby uruchomiono wszelkie możliwe instrumenty, by zapewnić tym wyborom najbardziej przejrzysty i uczciwy z możliwych przebieg. Aby na Ukrainie pojawili się niezależni obserwatorzy. Nie tylko podczas liczenia głosów, ale także zagraniczni dziennikarze w czasie kampanii wyborczej.

Warto wreszcie, aby Polscy politycy, znani i kojarzeni na Ukrainie, zachowali zdolność do kontaktów i rozmów zarówno z władzą, jak i opozycją. Być może przyjdzie im rozegrać naprawdę ważny mecz.

*Andrzej Brzeziecki – redaktor naczelny dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”