Newsletter

Reforma to odpowiedzialność

Izabela Leszczyna, 23.05.2012
Proponowana dziś zmiana to kolejny krok po reformie „pomostówek”, które przerzucane jak gorący kartofel przez poprzednie rządy nigdy nie znalazły swego pozytywnego finału

Strona 1

Proponowana dziś zmiana to kolejny krok po reformie „pomostówek”, które przerzucane jak gorący kartofel przez poprzednie rządy nigdy nie znalazły swego pozytywnego finału. Dopiero my mieliśmy odwagę uczynić system bardziej racjonalnym i sprawiedliwym – z posłanką Izabelą Leszczyną rozmawia Marzena Haponiuk

Marzena Haponiuk: Czy podniesienie wieku emerytalnego możemy nazwać reformą?

Izabela Leszczyna: Z pewnością to jest reforma i są na to dwa dowody. Pierwszy jest słownikowy – reforma to każde działanie, które ma wywołać pozytywny skutek. Z nim będziemy mieli do czynienia, jeśli w wyniku tej zmiany, czyli wydłużenia aktywności zawodowej Polek i Polaków, nasze emerytury będą wyższe w stosunku do tych, jakie uzyskalibyśmy w obecnym systemie.

Kobiety mogą mieć wyższe emerytury nawet o ok. 70 proc., bo to jest prawie 10 proc. rocznie. Mężczyźni trochę mniej, ale im dodajemy tylko dwa lata pracy – 20 proc., więc średnio będzie to 45 proc. więcej. Mamy pozytywny skutek, mamy działanie, więc mamy reformę.

To nie pierwsza tak ważna zmiana w systemie emerytur.

Fundamentalna zmiana systemu emerytalnego dokonała się w 1998 r., a obowiązywała od 1999 r. Wtedy zrezygnowaliśmy z systemu zdefiniowanego świadczenia, tzn. każdy wiedział, jaką będzie miał wysokość emerytury. Przy jej wyliczaniu obowiązywał algorytm, który uwzględniał średnie wynagrodzenie w gospodarce i przez to emerytury były dość mocno spłaszczone. Czy się zarabiało bardzo dużo, czy bardzo mało, w emeryturach tak dużej rozbieżności, jak w płacach, nie było.

Natomiast wiadomo, że systemy repartycyjne (taki obowiązywał w Polsce do 1999 r.) są trochę jak drabina finansowa i kiedy istnieje zastępowalność pokoleń – pokolenia pracujące są liczniejsze niż to, które pobiera świadczenia emerytalne – to wszystko się kręci. Gorzej, gdy demografia płata nam figle, a raczej gdy my stajemy się społeczeństwem, które z różnych powodów ma mniej dzieci, a jednocześnie z powodu postępu medycyny, rozwoju edukacji i wzrostu świadomości obywateli żyje coraz dłużej.

Jednak przy tamtej zmianie nie uniknięto błędów.

Rzeczywiście w 1999 r. popełniono błędy, które w zeszłym roku przy OFE staraliśmy się trochę naprawić. Chodzi o to, że nie można finansować z długu publicznego wpływów do OFE, przyszłe zyski nie rekompensują bowiem dzisiejszych strat – ogromnych kosztów obsługi długu publicznego. Proponowana dziś zmiana jest konsekwencją tej z 1999 r. To kolejny krok po reformie „pomostówek”, które przerzucane jak gorący kartofel przez poprzednie rządy nigdy nie znalazły swego pozytywnego finału. Dopiero my mieliśmy odwagę uczynić system bardziej racjonalnym i sprawiedliwym. Tak, jak dzisiaj mamy odwagę przeprowadzić kolejny, niezbędny etap reformy systemu emerytalnego, czyli podwyższyć wiek emerytalny.

Dlaczego nie powinniśmy bać się obecnych zmian? Jakie są największe pozytywy tej reformy?

Na pewno jest tak, że każda zmiana wywołuje lęk, boimy się tego, czego nie znamy. Wszystkich lęków nie jesteśmy w stanie wyeliminować, ale możemy i musimy je minimalizować. W mojej ocenie rząd stara się to robić, choć pewnie mogliśmy wcześniej zacząć tłumaczyć i oswajać ludzi z tą reformą.

Dlaczego nie powinniśmy się jej bać? Przede wszystkim z powodów demograficznych, bo główne lęki odnoszą się do miejsc pracy. Szczególnie można to zauważyć w grupie 50+ i wśród młodych. Młodzi chcą zacząć zarabiać pieniądze, wejść w dorosłość, a w tej grupie mamy najwyższe bezrobocie. Z kolei ci z nas, którzy są po pięćdziesiątce, mają świadomość tego, że stają się coraz mniej atrakcyjni dla pracodawców. Ale tak jest dzisiaj, bo sytuacja na rynku pracy, w związku z kryzysem w Europie i spowolnieniem gospodarczym, jest zła. Za kilka, kilkanaście lat zmieni się także struktura wiekowa społeczeństwa. Pięćdziesięciolatkowie i starsi pracownicy będą często jedynymi pracownikami dostępnymi na rynku i w interesie pracodawców będzie utrzymanie ich w dobrej kondycji merytorycznej i zdrowotnej.

I tu jest sporo do zrobienia po stronie państwa, trzeba na te działania przeznaczyć odpowiednie środki i zadbać o to, aby zostały efektywnie wykorzystane.

Wróćmy jeszcze na moment do zastępowalności pokoleń. Część opozycji akcentowała tzw. politykę prorodzinną jako receptę na problem demograficzny.

Na podstawie wyliczeń dostępnych również na stronie KPRM oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wiemy, że na rynek pracy w ciągu najbliższych lat wejdzie zdecydowanie mniej ludzi niż go opuści. Mówienie o polityce prorodzinnej jako rozwiązaniu problemów demograficznych za lat 10-15 jest pomysłem z innej planety i pokazuje totalne niezrozumienie problemu. My dokładnie wiemy, ilu jest ludzi w wieku produkcyjnym, wiemy, jaka część populacji wejdzie w wiek emerytalny i wiemy wreszcie, ilu pracowników w ciągu najbliższych 20 czy 25 lat może wejść na rynek pracy!