Newsletter

Hollande: rewolucja czy ewolucja?

Benjamin Fox, 17.05.2012
Zarówno Hollande i Merkel zbili polityczny kapitał na wizerunku zwyczajnych, „normalnych” ludzi, więc stosunki między nimi nie powinny układać się tak ciężko, jak wróżą to komentatorzy

Zarówno Hollande i Merkel zbili polityczny kapitał na wizerunku zwyczajnych, „normalnych” ludzi, więc stosunki między nimi nie powinny układać się tak ciężko, jak wróżą to komentatorzy

Kiedy François Hollande – jako zaledwie drugi socjalista w historii Francji – objął urząd prezydenta, w powietrzu wyczuć można było taką ekscytację, że gdyby zasugerowano, iż potrafi chodzić po wodzie, niektórzy pewnie by w to uwierzyli. Chociaż przesadą byłoby twierdzić, że Hollande własnoręcznie może odmienić podejście UE do kryzysu zadłużenia, jego zwycięstwo stanowi prawdopodobnie jeden z najważniejszych wyników wyborczych w Europie w ostatnich latach.

Dla obserwatorów szczególnie interesujące było spotkanie Hollande’a z Angelą Merkel w Berlinie, które odbyło się tuż po jego zaprzysiężeniu. Nic dziwnego. Przez ponad 50 lat kierunek europejskiej polityki kształtował się na linii francusko-niemieckiej, niezależnie od tego, czy rozgrywającymi byli Kohl i Mitterrand, Jospin i Schroeder czy też, jak ostatnio, Sarkozy i Merkel.

Pod względem politycznym Hollande i Merkel mają niewiele wspólnego. Niemiecka kanclerz wierzy w rozsądną politykę fiskalną (na modłę gospodyni ze Szwabii), a w odniesieniu do podatków i wydatków postrzega swego nowego partnera jako twardego socjalistę. Jednakże oboje zbili polityczny kapitał na wizerunku zwyczajnych, „normalnych” ludzi, więc stosunki między nimi nie powinny układać się tak ciężko, jak wróżą to komentatorzy.

Jeśli chodzi o wpływ Hollande’a na kryzys strefy euro, można domniemywać, że ani nie zabije, ani nie uratuje wspólnej waluty. Choć prawdopodobne jest, że euro ma szanse ocaleć, jeśli plany stymulacji wzrostu gospodarczego, które proponuje Hollande, zostaną wdrożone i okażą się skuteczne.

W przeciągu kilkunastu dni od wyborów we Francji, Grecji i w innych państwach, rynki ogarnęła panika – głównie ze względu na polityczne zamieszanie w Grecji, które szybko pchnęło kraj w kierunku wyjścia ze strefy euro. Mówiąc szczerze, rynki nie powinny martwić się Hollandem, a kolejne ostrzeżenie dla ratingu kredytowego Francji, który od stycznia już nie znajduje się na poziomie AAA, byłoby dużą niespodzianką.

Hollande to socjaldemokrata w starym stylu, a nie radykalny socjalista. I chociaż zapowiedział podwyższenie podatków dla najbogatszych oraz deklaruje się jako zaciekły wróg wielkich instytucji finansowych, zdeterminowany jest w okresie swojej pierwszej kadencji obniżyć francuski deficyt budżetowy poniżej magicznych 3 procent.

Jednocześnie, choć oś gospodarczej debaty w UE właśnie przeniosła się z nacisku na cięcia i dyscyplinę budżetową w stronę wzrostu gospodarczego i tworzenia nowych miejsc pracy, nie tylko Hollande jest za to odpowiedzialny. Było wiadome, że gdy strefa euro zacznie znów popadać w recesję, pojawi się potrzeba wdrożenia nowych strategii ożywienia wzrostu i rynku pracy. W zeszłym miesiącu zarówno włoski premier Mario Monti, jak i szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi wezwali do stworzenia europejskiego „paktu na rzecz wzrostu”. Hollande sam osobiście nie przeniósł akcentu debaty z cięć na wzrost, ale dał temu wyraźne poparcie.

Jedno jest pewne. Zwycięstwo Hollande’a, połączone z odrzuceniem przez Greków partii politycznych stojących murem za cięciami i planem ratunkowym to katalizator zmiany myślenia w UE. Zareagowała europejska elita polityczna. Przewodniczący Komisji Europejskiej, José Barroso oraz luksemburski premier, Jean-Claude Juncker, który przewodniczy także eurogrupie, w odpowiedzi na wynik francuskich wyborów zaczęli podkreślać potrzebę pobudzenia gospodarki oraz zwiększenia inwestycji publicznych.

Nie oczekuję, by Hollande podarł brutalnie pakt fiskalny ustalony w grudniu, ale zapewne nowy francuski prezydent zażąda czegoś w zamian. Spodziewam się też, że zgodzi się na kompromis, o ile pakt na rzecz wzrostu – prawdopodobnie uwzględniający nowe projekty finansowane z Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz funduszy strukturalnych UE – stanie się jego załącznikiem.

Hollande spróbuje też pchnąć Merkel i podobnych do niej polityków z Holandii i Finlandii w stronę systemu opartego o solidarną odpowiedzialność euroobligacji. Zwłaszcza Merkel konsekwentnie odrzuca od dawna ten pomysł, ale członkowie Parlamentu Europejskiego oraz Komisja są mu przychylne, podobnie jak większość unijnych rządów.

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, zwycięstwo Hollande’a zapewne nie poprawi stosunków angielsko-francuskich, mimo że Partia Pracy będzie tu widziała rolę dla siebie. W gruncie rzeczy jednak laburzyści mają mało wspólnego z Hollandem, który podczas kampanii wyborczej opowiadał się za wprowadzeniem podatku od transakcji finansowych i opodatkowaniem bogaczy na poziomie 75 proc. Mimo, że przywódca Partii Pracy, Ed Miliband dzielił z Hollandem wspólną kampanijną platformę w Londynie, Labour Party i Parti Socialiste nie są naturalnymi sojusznikami.

Niemniej, Hollande pokazał, że polityka przeciwna cięciom potrafi wygrywać. Daje to Partii Pracy nadzieję na odsunięcie od władzy konserwatywnej koalicji Davida Camerona w 2015 roku.

Oczywiście nie ma szans na ciepłe stosunki między Hollandem i Cameronem. Brytyjski przywódca, wierząc w zwycięstwo Sarkozy’ego, odmówił spotkania z francuskim pretendentem w czasie kampanii wyborczej. Nie dziwi zatem, że już w pierwszych dniach po wygranej Hollande wykonał pierwszy atak retoryczny na Wielką Brytanię. Wyspiarze – jego zdaniem – traktują Europę jak „samoobsługową restaurację”.

Wygrana Hollande’a dała Cameronowi okazję, której ten jednak raczej nie wykorzysta. Można by się spodziewać, że skoro porażka Sarkozy’ego pozbawiła Angelę Merkel jej najbliższego politycznego sojusznika, brytyjski konserwatysta wypełni tę próżnię. Ale za Cameronem spłonęło wiele dyplomatycznych mostów po tym, jak w grudniu 2011 roku odmówił podpisania zrodzonego z inspiracji Merkel Paktu Fiskalnego.

Poza tym, podczas gdy rząd Camerona zdecydował się na pięć lat ostrych cięć wydatków, żeby zbić brytyjski deficyt budżetowy z poziomu 8,5 proc., dążenia Merkel do pogłębienia integracji ekonomicznej w obrębie UE i powiększenia kontrolnych uprawnień Komisji Europejskiej są kompletnie nie do pogodzenia z eurosceptycyzmem, którego manifestacji domagają się członkowie partii Camerona.

Wybór Hollande’a na prezydenta nie był w żadnym razie nieoczekiwany – unijni przedstawiciele przygotowywali się na taki obrót spraw już od dawna. W przeciągu następnych miesięcy okaże się, czy potężny głos Hollande’a w Radzie Europejskiej doprowadzi do złagodzenia warunków pomocy dla Grecji i przyjęcia unijnego planu inwestycyjnego.

W średnim okresie ważne jest, czy Hollande rzeczywiście wprowadzi w życie obiecany plan pobudzania gospodarki oraz czy plan ten przyniesie oczekiwane efekty. Ale każdy, kto spodziewa się rewolucji, dozna rozczarowania. Hollande nie jest politykiem tego pokroju. A i czasy nie są odpowiednie na eskalację politycznego zamieszania.

Tłum. Jan Gmurczyk

*Benjamin Fox – pisarz i doradca polityczny, obecnie pracuje w Parlamencie Europejskim, gdzie specjalizuje się w sprawach konstytucyjnych i zarządzaniu gospodarczym w strefie euro. Ukończył Uniwersytet Leeds oraz Uniwersytet Carlton w Kanadzie