Newsletter

Czy istnieją środkowoeuropejskie interesy?

Petr Zenkner, 10.05.2012
Dopiero dziś widać szansę na wskrzeszenie Europy Środkowej w świadomości jej mieszkańców

Dopiero dziś widać szansę na wskrzeszenie Europy Środkowej w świadomości jej mieszkańców

Niekiedy można odnieść wrażenie, że Europę Środkową utrzymują przy życiu głównie intelektualiści, wykładowcy, artyści i politycy, którzy dostrzegają cechy wspólne naszego regionu, bądź też kusi ich jego szerszy horyzont. Debaty o Europie Środkowej często zaczynają się od sformułowania jej definicji. Nie sposób tego uniknąć – to płodne intelektualnie i sensowne zajęcie. Nie wolno jednak na nim poprzestać.

Europa Środkowa nie może być jedynie nostalgicznym poszukiwaniem „świata dnia przeszłego“. Nie odczuwam żadnej nostalgii za monarchią habsburską, ani Czechosłowacją, choć w przypadku tej ostatniej coraz bardziej zdaję sobie sprawę z wymiernych, geopolitycznych skutków jej podziału. Nie jestem zwolennikiem tworzenia nowych instytucji międzyrządowych czy regionalnych bloków z udziałem nowych państw członkowskich UE. Dotychczasowa praktyka przemawia zresztą za tym, że jest to iluzja.

Według historyka Miroslava Hrocha Europa Środkowa przestała istnieć w XX wieku. Na skutek nazistowskiego Drang nach Osten zniknęły z niej dwa żywioły, które współtworzyły ją przez wieki – Żydzi, a następnie Niemcy. Wszystko przykryła Jałta i następne czterdzieści lat komunizmu, kiedy to państwa środkowoeuropejskie stały się sowieckimi (rosyjskimi) koloniami. Owe państwa satelickie Moskwy miały kilka wspólnych cech, dzięki którym można je postrzegać jako całość: wspólne terytorium, wspólne losy, wzajemne więzi – silniejsze niż z innymi, oraz niewątpliwie wspólną świadomość.

Po upadku reżimów komunistycznych cały region stanął w obliczu tych samych problemów: głębokiej transformacji politycznej, gospodarczej i społecznej. Wspólnym celem stał się „powrót do Europy“, o którym w Czechosłowacji mówił prezydent Václav Havel. W praktyce przejawiło się to jako dążenie do członkostwa w NATO i UE. W przypadku Europy Środkowej udział w nich oznacza nową szansę, gdyż po raz pierwszy w historii najnowszej region może poświęcić się realizacji innych celów aniżeli tylko poszukiwanie sojuszników, którzy gwarantowaliby jego istnienie.

Europa Środkowa nie musi już walczyć o przetrwanie. Ziściły się marzenia Kundery, Konráda i innych. Region „porwany“ wrócił tam, gdzie według nich było jego miejsce. W 1989 roku Europa Środkowa przeżyła dni chwały i zaistniała znów na politycznej mapie Europy. Jej mieszkańcy chcieli jednak żyć na takim samym poziomie, jak na zachodzie kontynentu i trudno się temu dziwić. Czesi, Słowacy, Polacy, Węgrzy i inni zaczęli odkrywać ową nieznaną Europę. Wraz z zauważalnym zmniejszaniem się wspomnianych dysproporcji ten stan rzeczy ulega zmianie.

Sądzę, że paradoksalnie dopiero po dwudziestu latach pojawiła się szansa na wskrzeszenie Europy Środkowej w świadomości jej mieszkańców. Swój udział ma w tym również kryzys gospodarczy, który, co niekiedy może budzić niepokój, dzieli Europę na kilka części. Nasze wzajemne interesy oraz związki z gospodarką niemiecką są ścisłe. Kłopoty Węgier mogą wpłynąć na wzrost gospodarczy w Czechach, podobnie jak polskie inwestycje mogłyby mu sprzyjać. W naszym interesie leży stabilny rozwój sytuacji na Ukrainie etc.

Istnieje jednak również negatywna definicja Europy Środkowej. Wmawia się nam, że jesteśmy „Środkowoeuropejczykami“. Przypomnijmy sobie radę Chiraca z czasów kryzysu irackiego, kiedy to rzekomo przegapiliśmy okazję, żeby siedzieć cicho, czy artykuł w „The Economist“, zatytułowany „Argentyna nad Dunajem“, którego autor nie zadał sobie trudu, by dostrzec różnice w polityce monetarnej kilku różnych państw oraz kondycji banków i wrzucił je do jednego worka z napisem „kryzys“.

Europa Środkowa jest fenomenem kulturowym i zawsze nim będzie. Jeśli jednak chcemy wzniecić na nowo środkowoeuropejską dyskusję z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, region musi zyskać swój wymiar również w polityce. Nie tej codziennej! Różnimy się i zawsze będziemy się różnić w poglądach na wiele kwestii. Powinniśmy jednak wykorzystywać wyszehradzką „czwórkę“ w celu uzgodnienia stanowisk w jak największej liczbie spraw; przecież V4 ma obecnie w Radzie UE podobną liczbę głosów, co Francja i Niemcy.

Pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia, czy istnieją jakieś długofalowe i wspólne środowoeuropejskie interesy? Wierzę, że tak właśnie jest. Wynika to z naszego położenia geograficznego oraz doświadczeń z komunizmem. Nie możemy ignorować rozwoju sytuacji w Rosji, musimy kształtować „politykę wschodnią“ UE, jak to tylko możliwe, włącznie z utrzymaniem przy życiu Partnerstwa Wschodniego.

Dalej, musimy nieustannie przypominać, że rozszerzenie UE na Bałkany Zachodnie jest ważne i korzystne. Sprawą o fundamentalnym znaczeniu jest utrzymanie Schengen. Mieszkańcy Europy zachodniej czasami nie w pełni uświadamiają sobie, jak ważna jest ta „swoboda“. Pewien mój znajomy twierdzi nawet, że to jedyna rzecz związana z UE, która ma dla niego znaczenie.

Jednym z celów powinno być również niedopuszczenie do tego, aby naturalna emancypacja Europy wobec USA przerodziła się w antyamerykanizm. Cel najbardziej praktyczny to wspólna polityka energetyczna. Natomiast bardziej zawoalowany to dzielenie się z resztą kontynentu środkowoeuropejskimi doświadczeniami z komunizmem.

Być może najistotniejszą sprawą jest zachowanie i wspieranie dobrych relacji sąsiedzkich w regionie. Republika Czeska nie miała nigdy w historii najnowszej lepszych stosunków z sąsiadami niż dziś. To sprawa priorytetowa.

W całym regionie nie brakuje jednak „szkieletów w szafie“ i wzajemnych uprzedzeń. Nie ulegajmy iluzjom. W przypadku Czechów chodzi o specyficzną autoidentyfikację, którą politolog Bohumil Doležal celnie określił jako „czeskie prymusostwo“. Ma ono źródła w okresie międzywojennym, gdy Czesi zaczęli postrzegać się jako „bastion demokracji i cywilizacji zachodniej pośród środkowoeuropejskiej głuszy“ (Bohumil Doležal, Czesi a pojednanie w Europie Środkowej).

Warunkiem jakiejkolwiek współpracy jest również i to, by Polska – w chwili obecnej niekwestionowany lider regionu – zdawała sobie sprawę nie tylko ze swej siły, lecz także odpowiedzialności. Jeśli Warszawa będzie mówić za innych, nie uwzględniając ich interesów i stanowisk, głębsza strategiczna współpraca nie będzie możliwa.

Istotnym warunkiem wpływania na rzeczywistość jest jak najlepsze wzajemne poznawanie się, nawiązywanie więzi i współpraca przy konkretnych projektach. Takiej „pracy u podstaw“ nie widać podczas pompatycznych ceremonii, ale może ona przynieść długotrwałe skutki. Choćby za dwadzieścia lat…

*Petr Zenkner – politolog, redaktor portalu www.euroskop.cz

tł. Aleksander Kaczorowski

Tekst opublikowany w języku angielskim: http://www.instytutobywatelski.pl/6752/lupa-instytutu/are-there-central-european-interests