Newsletter

Ta druga, lepsza (i mniejsza) połowa

Kazimierz Bem, 02.05.2012

Marlborough, 30 kwietnia 2012

W minioną sobotę komik Seth Meyers, którego oglądałem program rzekł, że najdłuższe reality show w wykonaniu republikanów dobiegło końca. Kandydatem na prezydenta z ramienia tej partii będzie Mitt Romeny. Teraz za kulisami trwa poszukiwanie drugiej połowy: wiceprezydenta.

Polacy niewiele wiedzą o tym, kim jest wiceprezydent. Pod tym względem niewiele różnią się od Amerykanów. W Stanach Zjednoczonych wiceprezydent niewiele może. Jest za to zazwyczaj wdzięcznym obiektem dowcipów ze strony prasy, mediów, polityków… Często nawet prezydentów.

Richard Nixon zwykł mawiać, że nie boi się zamachu na swoją osobę, gdyż żaden normalny zamachowiec go nie zabije, bo w takim razie prezydentem zostałby jego zastępca Spiro Agnew.

Za czasów Busha Seniora wiceprezydentem był Dan Quayle, który wsławił się tym, że skrytykował bohaterkę… programu komediowego, Murphy Brown. Jego passusom językowym poświęcone było specjalne czasopismo.

Obecny wiceprezydent Joe Biden jest także wdzięcznym tematem do żartów, szczególnie jego dość obcesowe słownictwo i zamiłowanie do kolei Amtrak.

W zasadzie, oprócz przewodniczeniu obradom Senatu, wiceprezydent USA niewiele może, dopóki… no właśnie, dopóki prezydent nie umrze albo nie zrezygnuje – wówczas numer 2 staje się numerem 1.

Zdarzało się to w historii USA kilka razy: Lyndon Johnson został prezydentem po zabójstwie prezydenta Kennediego. Gerald Ford został prezydentem po ustąpieniu Nixona (jego poprzednik Agnew, został zmuszony do ustąpienia ze względu na skandal finansowy – potwierdzając tym samym opinię Nixona).

Rok temu swoje pamiętniki opublikował wiceprezydent Dick Cheyney – i dokonał cudu – bowiem po ich przeczytaniu, czytelnik doszedł do wniosku, że w porównaniu z ich autorem, prezydent George W. Bush (Junior) był w sumie umiarkowanym politykiem środka.

Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Zatem po krwawych prawyborach republikańskich na kandydata na prezydenta, nadszedł czas wybory na wiceprezydenta. Pojawia się wiele nazwisk na politycznej giełdzie. Mówi się o Marco Rubio czy Susanie Martinez – dwóch gubernatorach latynoskiego pochodzenia, którzy mogą przyciągnąć do Romneya latynoskich wyborców. Mówi się o gubernatorze Wisconsin, który rozprawił się ze związkami zawodowymi w swoim stanie. Generalnie: wiele się spekuluje, ale wiadomo bardzo niewiele.

Nie jestem politykiem, nie mam znajomości wśród elity republikańskiej, więc mogę tylko poczynić kilka uwag i spostrzeżeń. Czas zweryfikuje ich słuszność lub nie.

Po pierwsze, nie ma żadnych podstaw by przypuszczać, że wybór wiceprezydenta ma jakiś wpływ na preferencje samych wyborców. Ci głosują na numer 1, a nie na zastępcę. I chcą tylko by zastępca nie przeszkadzał.

Po drugie, historia wskazuje, że wiceprezydent wybierany dla pozyskania poszczególnych grup wyborczych, prawie zawsze nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Oto dwa najświeższe przykłady: John Edwards, choć był z Południa nie przyciągnął tamtejszych wyborców na stronę Johna Kerry‘ego w 2004 roku.

Sarah Palin nie tylko nie przeciągnęła kobiet wyborców na stronę McCaina, ale wręcz większość z nich skutecznie zniechęciła – pamiętam naklejkę na samochodzie mojej szefowej: „Panie McCain, Amerykańskie kobiety nie czekały 300 lat na Sarę Palin!”

Tyle, jeśli chodzi o generalne uwagi. Jeśli zaś chodzi o przypadek Romenya, to sprawa jest podwójnie skomplikowana.

Otóż Romney w ciągu ostatniej kampanii tak wiele razy zmieniał zdanie i płynął w kierunku prawej strony, że nawet zdesperowany tygodnik „The Economist“ przestał nazywać go „pragmatystą“ i wprost zasugerował, żeby przestał na litość boską schlebiać prawicy.

Ale na skutek tej strategii, Romney nie tylko nie przekonał do siebie konserwatystów, a tylko zniechęcił grupy wyborcze takie, jak: kobiety, Latynosów, klasę średnią. Choć republikanom ciężko to przyznać, na chwilę obecną wiarygodność jakiejkolwiek opinii Romneya jest bliska zeru.

Zniechęciwszy do siebie gros wyborców Romeny ma dwa wyjścia przed sobą: albo spróbować odzyskać dla siebie elektorat środkowy, albo przekonać do siebie elektorat prawicowy.

Marco Rubio czy Susana Martinez mają tę zaletę, że są Latynosami, a więc najszybciej rosnącą grupą wyborców. Mają jednak też tę wadę wśród wyborców Partii Herbatkowej, że nie są białymi konserwatywnymi protestantami. A niechęć Partii Herbatkowej do Baraka Obamy ma wiele wspólnego z tym, że jest on Murzynem.

Stawiając na Rubio czy Martinez mormon tylko potwierdziłby podejrzenia religijnej prawicy, że natychmiast po wyborach po raz setny zmieni zdanie w każdej sprawie, w tym w sprawie bycia „ostrym“ w walce z nielegalną imigracją. Ani Martinez, ani Rubio nie pozyskają dla niego wyborców latynoskich, a mogą go dodatkowo kosztować wyborców prawicowych, którzy nie pójdą do wyborów. Po ostatnich wyskokach Partii Republikańskiej (psiałem o tym wcześniej) nie ma też szans, by republikanie pozyskali głosy kobiet.

Jeśli chodzi o religijną prawicę, to jej beniaminkiem był Rick Santorum, który deklarował walkę z antykoncepcją, aborcją, gejami i radykalnym islamem. Był tak bardzo na prawicy, że wiele osób myślało, że jest ewangelikalnym chrześcijaninem, a nie katolikiem! Mitt Romney nigdy nie zdołał do siebie tego elektoratu pozyskać. A jest on dla niego konieczny – to bowiem żelazna gwardia republikanów. By zatem ich do siebie przekonać, musi wybrać białego, konserwatywnego, heteroseksualnego chrześcijanina i koniecznie mężczyznę. Te warunki spełnia senator Rob Portmann ze stanu Ohio. Oprócz żony, trójki dzieci i bycia metodystą, ma tę zaletę, że pochodzi ze stanu, który jest prawie dość równo podzielony między zwolenników republikanów i demokratów. A nóż wybierając Portmanna, Romeny pozyska głosy religijnej prawicy, robotników i wyborców Ohio… A nuż… A nuż..