Newsletter

I kto tu pracuje?

Cezary Kościelniak, 27.04.2012
Doradcy z biznesu zapominają o jednym: uniwersytety uczą myślenia krytycznego, dają ludziom asumpt do intelektualnej samowiedzy i kontakt z autorytetami

Niedawno jeden z prezesów ważnej spółki wypowiedział się autorytatywnie w „Gazecie Wyborczej”, że uczelnie źle kształcą. Inny mądrala dodał, że gdyby nie jego „wrodzone” talenty, to praktyki, jakie odbył w urzędzie, niczego by go nie nauczyły.

Pomijając już fakt, że to nie uniwersytety, ale studenci sami wybierają sobie miejsca praktyk, proszę znaleźć firmę, która strategiczne zadania zleca praktykantom, przychodzącym do niej po pierwsze w życiu doświadczenie pracy? Debata o „urynkowienie” uczelni prowadzona w taki sposób jak obecnie prowadzi donikąd.

Wielu „zatroskanych” o losy studentów prezesów firm i polityków albo nie ma zielonego pojęcia o tym co mówi, albo wypowiada się cynicznie. Mając kontakt ze studentami różnych lat, nawet z dorosłymi widzę, że podobnie jak w innych światach dorosłych ludzi, podział jest na tych, którzy wykazują inicjatywę i tych, którzy jej w żaden sposób nie wykazują.

Ci pierwsi wiedzą, że nikt za nich życia nie przeżyje, więc sami inwestują w siebie: w języki, zaangażowanie w koła naukowe, walczą o stypendia i wyjazdy na Sokratesa (tu akurat walczyć nie trzeba, nie zawsze pula miejsc zostaje zapełniona), wybierają kolejne kierunki kształcenia. Tych pierwszych możemy spotkać w inicjatywach społecznych i kulturalnych, offowych teatrach czy innych interesujących projektach.

Co ciekawe, zaangażowani studenci często pochodzą ze średniozamożnych rodzin i równie często nie są z dużego miasta, rzadko narzekają na skromne warunki w jakich żyją, a już na pewno nie oczekują od uczelni, że znajdzie im pracę.

Druga grupa to studenci, którzy nie angażują się zbytnio w uczelnię i aktywności społeczne, ale za to mają wiele do powiedzenia, jeśli idzie o otaczający świat. Fakt, że przejście ze studiów na rynek pracy jest trudne, ale wymaga ono osobistego zaangażowania i pomysłu na siebie, którego tej grupie brakuje.

Siłą rzeczy, jeśli ktoś pyta o jakość studiów, należy w pierwszej kolejności zapytać samych studentów: jak angażowali się w naukę? Czy skorzystali z wyjazdów zagranicznych? Czy uczyli się języków obcych? Czy praktykując w beznadziejnych firmach, zmieniali miejsca praktyk na lepsze? Jakość studiów jest różna, pokazują to wyniki PKA. Nie zaprzeczę, że w Polsce wiele wydziałów jest bardzo słabych. Jednak jeśli ktoś rozpoczyna studia i widzi, że są beznadziejne, to dlaczego je kontynuuje i po trzech latach obwinia za nie cały świat?

Mędrcy od uczelni nie wiedzą, że kształcenie w kierunku ściśle połączonym z rynkiem zawsze jest ograniczone. Po pierwsze, nie można prowadzić kształcenia bez badań – przynajmniej nikt poważny na coś takiego się nie zdecyduje. A te ostatnie potrzebują długofalowej strategii, przynajmniej obliczonej na kilka dekad, aby wybić się na dobre pozycje. Trudno kształcić ad hoc, uzupełniając wydziały poszczególnymi specjalistami. Badania są podstawą kształcenia, stąd też uczelnie nie mogą tak szybko zmieniać profilu, jak to się dzieje w działach sprzedaży w firmach.

Po drugie, nawet kierunki bardzo mocno zaangażowane w rynek przeżywają kryzysy. Czy pamiętamy falę z lat 90-tych, gdzie przez kilka lat kształcono się na „zarządzaniu i marketingu”? Albo na „stosunkach międzynarodowych”? Przecież uczelnie działały wówczas dokładnie podług zasad rynku: było zapotrzebowanie, studenci byli zainteresowani tymi specjalizacjami, nasze świeże uczestnictwo w UE dawało szansę na rozwój karier w tym zakresie etc.

Widać jednak, że nie sposób zrealizować dwóch sprzecznych postulatów: uczyć elastycznie i ogólnie, ale tak, aby móc dopasować się do potrzeb rynkowych. Albo jedno, albo drugie.

Inną sprawą jest to, że wiele kierunków ma relacje ze światem biznesu, ale ich jakość wyznacza sam rynek. Siłą rzeczy uczelnie położone w mniejszych miejscowościach nie wytworzą takich relacji jak te, gdzie swoje siedziby i laboratoria mają również duże firmy. Jak Kuba Bogu…, jeśli prezes narzeka na uczelnie, to uczelnie mogą ponarzekać na prezesów.

A przygotowanie do pracy? Polscy studenci nie są w innej sytuacji niż ich rówieśnicy w Hiszpanii czy we Francji, gdzie bardzo wysokie bezrobocie dotyka właśnie tę grupę wiekową. Co z tego wynika? Że trendem światowym jest „fleksybilność”. Trudno określić, czym będą zajmować się studenci danego kierunku. Może się okazać, że ekonomista zostanie trenerem, a pedagog sprzedawcą, natomiast inżynier od sieci komputerowych zacznie budować domy. Taka zmiana ról nie przeszkadza, ale istotnie komplikuje projektowanie studiów pod jakiekolwiek oczekiwania.

Doradcy z biznesu zapominają o jednym: uniwersytety uczą myślenia krytycznego, dają ludziom asumpt do intelektualnej samowiedzy i kontakt z autorytetami. Mam wrażenie, że ludzie, którzy widzą uczelnie tylko w kontekście prymitywnego myślenia o praktykach i ich związków z rynkiem, nigdy w swoim życiu autorytetów nie spotkali, a zamiast na studia przyszli po dyplom.