Newsletter

Chaos w Egipcie

Paulina Biernacka, 24.04.2012
Chaos i gry polityczne, jakie towarzyszą procesowi wyborczemu, rodzą duże obawy wśród społeczeństwa egipskiego, które oczekuje na wolne i odbywające się na przejrzystych zasadach wybory

Strona 1

Egipt przygotowuje się do pierwszych od sześciu dekad wolnych wyborów prezydenckich. Światowe media przyglądają się temu z uwagą. Ostatnie tygodnie, w trakcie których całkowicie zmieniła się lista kandydatów, a tymczasowe władze zastanawiały się nad przełożeniem terminu wyborów pokazują, w jak silnych bólach rodzi się egipska demokracja. Chaos i gry polityczne, jakie towarzyszą procesowi wyborczemu, rodzą duże obawy wśród społeczeństwa egipskiego, które oczekuje na wolne i odbywające się na przejrzystych zasadach wybory.

Arabska Wiosna Ludów, która przetoczyła się przez cały Bliski Wschód w ubiegłym roku, przyniosła nadzieję na demokratyzację świata arabskiego. Obalenie egipskiego prezydenta Hosniego Mubaraka było jednym z najważniejszych symboli rewolucji. Dlatego też sposób, w jaki zostanie wybrany jego następca, pozwoli ocenić realne zmiany zachodzące w egipskim społeczeństwie.

Na kilka tygodni przed wyborami na egipskiej scenie politycznej rozegrał się duży dramat. Pod koniec marca, islamskie Bractwo Muzułmańskie (zwycięzca listopadowych wyborów parlamentarnych), wbrew wcześniejszym zapowiedziom postanowiło zarejestrować swojego kandydata na prezydenta. A ostatecznie zarejestrowało nawet dwóch.

Kilka dni później, były szef wywiadu będący niegdyś „prawą ręką” prezydenta Mubaraka, Omar Suleiman ogłosił, że w związku z prośbami wielu zwolenników, postanowił również ubiegać się o urząd prezydenta.

Apogeum zmian na liście kandydatów miało jednak miejsce 14 kwietnia, kiedy to Naczelny Sąd Administracyjny Egiptu zdyskwalifikował 10 spośród 23 kandydatów. Pośród nich znalazło się trzech mających realne szanse na prezydenturę: wspomniany powyżej Suleiman, wystawiony przez Bractwo Muzułmańskie Khairat el-Shater oraz Hazem Salah Abu Ismail, reprezentujący ugrupowanie ultrakonserwatywnych Salafitów.

Smaku całej sprawie dodaje fakt, że każda z tych kandydatur została odrzucona z zupełnie innego powodu. Wszystkie jednak łamały zasady prawa wyborczego. Khairat el-Shatel został zdyskwalifikowany ze względu na ciążące na nim zarzuty kryminalne. Shatel przebywał w więzieniu m.in. z powodu swoich powiązań z ugrupowaniem, które za czasów Mubaraka było zdelegalizowane. Wysoka cena, jaką płacił za walkę z poprzednim reżimem pozwalała jego zwolennikom widzieć w nim egipski odpowiednik Nelsona Mandeli. Dlatego też zdyskwalifikowanie jego kandydatury było dużym ciosem dla Bractwa Muzułmańskiego. Ugrupowanie wystawiło jeszcze jednego kandydata, Mohammeda Mursiego, który nie ma jednak charyzmy i aż tak ciekawego życiorysu jak Shatel. Sondaże nie dają Mursiemu szans na zwycięstwo.

Wystawiony do wyborów przez islamskie ugrupowanie Salafitów Abu Ismail został zdyskwalifikowany, ponieważ jego matka była obywatelką Stanów Zjednoczonych, a zgodnie z prawem wyborczym rodzice kandydata nie mogą być obywatelami innego państwa.  Komisja wyborcza miała otrzymać informacje dotyczące matki Ismaila od samych władz USA. Adwokat Ismaila uważa, że przewodniczący komisji nadzorującej wybory nie jest osobą niezależną, a decyzja o dyskwalifikacji kandydatów została mu podyktowana przez wojskowych.

Zwolennicy Ismaila wyrazili swój gniew, organizując spore demonstracje; udało im się nawet zmusić komisję wyborczą do ewakuacji ze swojej siedziby. Nie zmieniło to stanowiska komisji. Abu Ismail nie wystartuje w wyborach prezydenckich, zastąpi go Abdullah al- Ashaal, który nie cieszy się aż tak dużą popularnością wśród samych zwolenników partii, o reszcie społeczeństwa nie wspominając.

Zdecydowanie najciekawsza kandydatura spośród odrzuconych to Omar Suleiman. Jak podała komisja nadzorująca wybory, Suleiman nie przedstawił wymaganej liczby 30 tys. podpisów poparcia od wyborców. Decyzja o dyskwalifikacji Suleimana pojawiła się w czasie, kiedy parlament przygotowywał dodatkowe obostrzenia dla kandydatów tylko po to, aby nie dopuścić do startu Suleimana w wyborach.