Newsletter

Nie jesteśmy nieszczęśliwi

Krystyna Skarżyńska, 14.08.2012
Warto odrzucić martyrologiczny mit Polaka, który musi cierpieć za miliony i nie ma głowy do zabiegania o osobiste szczęście

Strona 1

Warto odrzucić martyrologiczny mit Polaka, który musi cierpieć za miliony i nie ma głowy do zabiegania o osobiste szczęście

Aleksandra Kaniewska: Szczęście Narodowe Brutto – tak nazwaliśmy obecny cykl komentarzy Instytutu. Jak to jest z tym naszym szczęściem, gdy przygląda mu się psycholożka?

Prof. Krystyna Skarżyńska: Od kilku dekad szczęście jest obiektem zainteresowania poważnych badaczy z różnych dziedzin. Warto zauważyć, że sposób myślenia o szczęściu w ciągu ostatnich kilkunastu lat diametralnie się zmienił. I to zarówno w nauce, jak i w życiu zwykłych ludzi.

Jaka to zmiana?

To tak, jak ze zdrowiem. Dawniej mówiło się, że zdrowie to brak choroby. Dziś wiemy, że to coś więcej. I podobnie jest ze szczęściem. Myślano kiedyś, że szczęściem jest sam brak nieszczęścia czy cierpienia. Inaczej: sądzono, że jeśli nie ma negatywnych zdarzeń: wojen, chorób, katastrof, to już jest szczęśliwe życie. Tymczasem badania dowodzą, że negatywne lub pozytywne zdarzenia to jedno, a ludzie i ich odczucia zadowolenia z życia, to jednak coś innego.

O szczęściu mówi się coraz więcej – pytamy, co jest prawdziwym sensem życia, czy warto tak pędzić w pogoni za sukcesem. Ale to zainteresowanie ma też instytucjonalną twarz – rządy zaczęły przyglądać się szczęściu, ekonomicznemu wskaźnikowi.

To prawda. I to kolejna ważna zmiana. Szczęście jest coraz częściej traktowane jako kapitał, istotny zasób jednostki lub grupy, który można wykorzystać. Wiadomo, że jeśli przeżywa się pozytywne emocje i ma poczucie sensu, więcej można w życiu osiągnąć. Poza tym, wtedy ludzie bardziej nas lubią, mamy więcej przyjaciół, wypadamy lepiej w interesach, więcej zarabiamy, jesteśmy zdrowsi lub przynajmniej szybciej zdrowiejemy. Po prostu, zadowolonym z życia lepiej się żyje. Dlatego ludzie aktywnie dążą do szczęścia. Warto o to własne szczęście dbać. I to nie tylko z czystego hedonizmu.

Szczęście jednostki a szczęście całego społeczeństwa – są podobne?

Szczęście każdego człowieka, mierzone na poziomie indywidualnym, zależy od kilku grup czynników. Po pierwsze, od właściwości psychofizycznych, w dużej mierze uwarunkowanych genetycznie, takich jak cechy temperamentu, z którymi się rodzimy. Wyjaśniają one blisko 50 proc. zmienności szczęścia jednostki.

Po drugie, ważna jest możliwość realizacji uniwersalnych, podstawowych potrzeb ludzkich. Im więcej takich zrealizowanych potrzeb, tym więcej szczęścia. I po trzecie, nie bez znaczenia jest też system społeczno-polityczny w jakim żyjemy. I kultura.

Wydaje się więc, że szczęście zależy także od nas samych!

Częściowo tak jest. Na przykład, bardzo ważną drogą budowania szczęścia jest aktywność w organizacjach wspólnotowych, czyli rodzaj interakcji społecznych, w jakie wchodzimy. W USA te funkcje spełniają wspólnoty religijne. W niedawnych badaniach 47 proc. amerykańskich obywateli uczestniczących w nabożeństwach twierdziło, że są bardzo szczęśliwi. Wśród osób, które nie brały w nabożeństwach udziału, tak samo intensywne szczęście wyrażało tylko 27 procent. Ale uwaga – nie chodzi tu wcale o głęboką wiarę, tylko o uczestnictwo w spotkaniach religijnych, czyli aktywność społeczną.

To Polacy powinni być bardzo szczęśliwi! Według ostatnich badań CBOS-u ponad 90 proc. uważa się za wierzących, a ponad połowa deklaruje regularne uczestnictwo w praktykach religijnych.

Rzeczywiście, to polskie zagregowane szczęście nie znajduje się wcale na tak niskim poziomie. Pokazują to m.in. wyniki badań międzynarodowych, takich jak Word Value Survey czy European Value Study, w których nie wypadamy najgorzej. Co ważne, w ostatniej dekadzie nastąpił zauważalny przyrost liczby szczęśliwych Polaków. Ale nie sądzę, że to z powodu naszej religijności. Jesteśmy daleko za krajami skandynawskimi, bardziej zsekularyzowanymi, które przodują przecież w europejskich rankingach szczęścia.

To co przeszkadza Polakom w osiąganiu pełni szczęścia?

Wbrew autostereotypowi, w który mocno wierzymy, jesteśmy mało towarzyscy. Koncentrujemy się głównie na rodzinie i najbliższych, rzadko wychodzimy z domu, żeby spotkać się z przyjaciółmi. Badania pokazują, że osoby, które mają mniej społecznych kontaktów, są mniej zadowolone z życia. Im więcej zróżnicowanych interakcji, nie tylko z rodziną, ale przyjaciółmi, kolegami z pracy, znajomymi, tym poziom odczuwanej szczęśliwości wyższy.

Wróćmy więc do miar szczęścia. Te ekonomiczne okazują się zawodne, o czym ciekawie pisze na przykład dr Michoń w książce „Ekonomia szczęścia”.

Ekonomiczne wskaźniki rozwoju kraju działają na zagregowane szczęście obywateli tylko do pewnego poziomu. To znaczy przyrost dochodów na poziomie indywidualnym, jak i wyższy wskaźnik PKB w skali całego kraju, wiążą się z większym zadowoleniem z życia obywateli. Ale po przekroczeniu pewnego progu (w 1998 roku była to siła nabywcza jednostki równa 10 tys. dolarów), wzrost PKB już nie podnosi poziomu szczęścia obywateli.

Warto też zauważyć, że związek między dobrobytem materialnym a zadowoleniem z życia na poziomie indywidualnym jest dużo słabszy (najczęściej to korelacja r = 0,10) niż na poziomie porównań międzynarodowych, gdy uwzględnia się zagregowane miary szczęścia. Wtedy korelacja dobrobytu materialnego z subiektywnym dobrostanem waha się od 0,58 do 0,70 (por. badania Dienerów, 1995, czy Ingleharta i Klingemana, 2000 – przyp. ks).

Czyli w pewnym momencie nasycamy się dobrami materialnymi i chcemy więcej, ale czegoś innego, niematerialnego, ulotnego. To zaskakujące?

Nie dla psychologa. Istnieje prawo psychofizjologiczne Webera-Fechnera, które mówi, że przyrost różnego rodzaju bodźca jest zauważalny do pewnego momentu, a potem już nie. Ale ja bym sięgnęła do innego wyjaśnienia, spoza psychofizjologii. Wzrost poziomu materialnego kraju lub przyrost indywidualnej zamożności jest przez ludzi zauważalny wtedy, kiedy ogólny stan ekonomiczny jest tak słaby, że nie pozwala zaspokajać podstawowych potrzeb. Jeśli ludzie nie mają co włożyć do garnka, brakuje im wody, elektryczności, każda poprawa materialnej jakości życia będzie dla nich zauważalną, pozytywną zmianą. A jak będą mieć co jeść, a ich dzieci będą miały dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej, to już będzie dla nich szczęście.