Newsletter

Traktat o pieniądzach i szczęściu

Piotr Michoń, 19.04.2012
Kiedy kupuję, PKB rośnie, ale gdy spaceruję, bawię się z dzieckiem, patrzę w gwiazdy i pocieszam strapionego przyjaciela, z punktu widzenia PKB jestem bezproduktywny

Strona 1

Kiedy kupuję, PKB rośnie, ale gdy spaceruję, bawię się z dzieckiem, patrzę w gwiazdy i pocieszam strapionego przyjaciela, z punktu widzenia PKB jestem bezproduktywny

Pytanie: dlaczego nikt nie lubi ekonomistów zajmujących się szczęściem?

Większość ekonomistów głosi: „Pieniądze są ważne, a im ich więcej, tym lepiej”. Polacy słuchają ekonomistów. Dominuje więc przekonanie: będę bogatszy, będę szczęśliwszy. I to ma sens. W Kalkucie, jednym z najbiedniejszych miejsc na świecie, ludzie bezdomni czują się nieszczęśliwi. Także z badań przeprowadzanych wśród prostytutek w różnych krajach wyłania się obraz ludzi przygniecionych brzemieniem swojego losu.

Można było się tego spodziewać. No bo jak być szczęśliwym, gdy nie ma się nic, a każdy dzień to walka o przetrwanie? Jak być szczęśliwym sprzedając swoje ciało, a przy tym cierpiąc z powodu uzależnień, chorób czy przemocy?

Idźmy jednak dalej. Wśród amerykańskich multimilionerów z list najbogatszych, którzy – o dziwo – dość chętnie uczestniczą w badaniach poświęconych szczęściu, poczucie szczęśliwości rozkwita. Jak mogłoby być inaczej? Przecież do jego nawożenia stosuje się pieniądze – nawóz niezwykle efektywny.

Każda potrzeba bogacza jest zaspokojona, zanim jeszcze powstanie w jego głowie (z wyjątkiem sytuacji, gdy trzeba iść za potrzebą). Wszystko, co można kupić, jest w zasięgu wzroku. Materialny raj: basen, odrzutowiec, drinki z palemką; żona nie marudzi, że wypłata marna, a i w Las Vegas można śmiać się z przegranej. Nawet ucho igielne zdaje się jakoś powiększać…

Kolejne puzzle pasują do układanki pt. „pieniądze są ważne, a ich posiadanie sprzyja szczęściu”. Wszystko by grało, gdyby nie Masaje i Innuici. Są tak samo jak my „homo”, ale zarazem jakby mniej „economicus”. Na pozór wszystko ich różni. Ci pierwsi zamieszkują afrykańską sawannę, ci drudzy skute lodem obszary dalekiej północy. Masajowie są wysocy i szczupli, Innuici niscy i krępi. Masajowie są czarni, Innuici żółci. Ale jest coś, co jest dla nich wspólne – przeciętny Masaj, tak samo jak przeciętny Innuit, ma taki sam poziom szczęścia jak… amerykański multimilioner. Odziani w skóry, polują na foki i karibu, a są szczęśliwi jak Warren Buffet. Ci boso biegający po sawannach mieszkańcy chat ze słomy czują się tak fantastycznie jak Bill Gates. Tego ekonomia nie przewiduje.

Życie unplugged

Zróbmy mały eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie życie bez internetu, telewizji, radia. To jeszcze niektórym się udaje. Wyrzućmy więc z naszego życia pralkę, zmywarkę, mikrofalówkę. Robi się trudno. Wyobraźmy sobie życie unplugged – bez prądu. Osiągamy poziom ekspercki. Zamieńmy samoloty, pociągi i samochody na konie, a modne ciuchy na czarno-białe wdzianka. No to już perwersja. Może się udać przez dwa tygodnie w roku w Bieszczadach, gdy wszystko, co mamy, niesiemy w plecaku.

Istnieją też ludzie, którzy mimo iż wiedzą, jak żyje współczesny człowiek, potrafią się obyć bez zdobyczy cywilizacyjnych. A przy tym są jednymi z najszczęśliwszych narodów świata. To Amisze, mający swoje korzenie w Szwajcarii protestanci, żyjący w odizolowanych od społeczeństwa wspólnotach, głównie w USA. Badania tej grupy pokazują, że żyjąc bez prądu w gniazdkach i bez dostępu do 192 kanałów telewizyjnych, można być absolutnie szczęśliwym.

Dlaczego napisałem, że ekonomistów zajmujących się szczęściem nikt nie lubi? Odpowiem pytaniem: czy setki tysięcy ludzi ustawiających się do kolektur w dniach największych kulminacji uwierzy, że pieniądze i szczęście nie zawsze idą w parze? Nie sądzę. Ludzie ślinią się na myśl o posiadaniu dóbr. I to wcale nie jest przenośnia! Z badań Davida Gala z Northwestern University wynika, że wyobrażenie sobie, iż moglibyśmy posiadać coś, co pożądamy, prowadzi wprost do zwiększonego wydzielania śliny. Wzmożone ślinienie może być efektem aktywizacji obszaru nagrody w naszym mózgu.

Waniliowe czy pistacjowe?

Pieniądze mogą być środkiem do celu, jakim jest szczęście. No właśnie, środkiem, a nie samym celem. Często skupiamy całą uwagę na tym, by nasze konta bankowe gromadziły jak największe kwoty. Jedno z moich ulubionych badań polegało na tym, że ludziom oferowano lody waniliowe, kiedy decydowali się wykonać łatwe zadanie i lody pistacjowe, gdy wykonywali zadanie trudne. Większość wybierała łatwą pracę, po której raczyła się lodami waniliowymi. Tylko bardzo nieliczni amatorzy lodów pistacjowych brali się do zadania wymagającego wysiłku.