Newsletter

Tango: 1982-2012

Artur Madaliński, 16.04.2012
Estetyka wygrywa ze statystyką, piękno znów będzie zbawiać świat

Estetyka wygrywa ze statystyką, piękno znów będzie zbawiać świat

Czasami zdaje mi się, że to wszystko sen. Sen śniony nieprzytomnie: że nie było wcale tego wielkiego, choć przecież momentami nazbyt oczywistego meczu. Że pięć cudownych bramek, strzelonych Peruwiańczykom w drugiej połowie przez pięciu chłopców w czerwonych strojach było tylko projekcją marzeń, które dzisiaj przepadły – jak urwane nagle wątki dawnych legend – w czeluściach martwych, bezpowrotnie utraconych opowieści.

Wygraliśmy ten mecz pewnie, jak to się dzisiaj mówi – po profesorsku. Profesorowie Smolarek, Lato, Boniek, Buncol, Ciołek (mój Boże, jak słodko brzmi dzisiaj ta litania) pakowali piłkę do peruwiańskiej bramki z regularnością metronomu. Nieraz myślę, że tego meczu nie było, że to ekstrawagancja mojej schorowanej wyobraźni, a precyzyjne podania naszych piłkarzy należą do jakiegoś przedustawnego, dla nikogo dzisiaj niedostępnego porządku.

Tym, co utrzymuje związek tamtych, apokryficznych już prawie, gier z dzisiejszym światem, jest piłka. Tango – piłka piłek, futbolowy fetysz, biało-czarna relikwia. Za jedno kopnięcie tej monochromatycznej kuli wtedy, w mrocznych latach osiemdziesiątych, moglibyśmy oddać wszystko.

Gdy po skończonej transmisji wybiegliśmy na podwórkowe klepisko, które okupowaliśmy od rana do wieczora, na ulicach nie było nikogo. Pamiętam dziwną ciszę, trochę jak na pogrzebie, trochę jak po koncercie berlińskich filharmoników. Baliśmy się krzyczeć, żeby nie zdruzgotać tego piłkarskiego powidoku, w którym ciągle jeszcze byliśmy zanurzeni.

Było ciepło, poruszaliśmy się wolno, jakby powietrze – ciężkie od czerwcowego upału – spowalniało nasze ruchy. Przed oczyma przepływały nam obrazy meczu: Lato podawał bezczelnie sprzed linii końcowej, Żmuda wyprowadzał kolejne ataki, Kupcewicz uderzał jak natchniony.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwą, bezczelnie oryginalną (wtedy tego słowa nie było) piłkę Adidas Tango España. Mój Boże, kto dzisiaj, kiedy w byle markecie można kupić futbolówkę, może zrozumieć, co znaczy dotknąć czule dłonią jej gładkiej skóry. Co znaczy badać dokładność szwów, sprawdzać nieskazitelną regularność sześciokątnych łat, pochłaniać łapczywie ten nieporównywalny z niczym innym zapach…

Kto dzisiaj może wiedzieć, co znaczy powtarzać jak modlitwę słowa „Official World Cup Ball 1982”? Kto może przeczuwać, jakie namiętności nas przenikały, gdy podawaliśmy sobie ten kulisty totem z rąk do rąk, jak przedmiot jakiegoś pogańskiego kultu? Kiedy jej posiadacz (Jorg, syn lokalnego prominenta), postawił wreszcie piłkę na środku boiska, nikt nie chciał jej kopnąć.

Wracam do tamtego nierzeczywistego wieczoru, jak wraca się do rzeczy najważniejszych – pierwszego pocałunku, pierwszego palonego w szkolnej ubikacji papierosa, pierwszego pitego w krzakach wina i pierwszej ważnej książki. Wracam również dlatego, że za niespełna dwa miesiące tango, oficjalna piłka Euro 2012, znowu będzie leżeć na środku boiska.

Jak podaje Wikipedia, „złożona jest z 32 termicznie łączonych paneli pokrytych ziarnistą, wypukłą fakturą”. Czas zatacza koło, historia futbolu wchodzi w kolejny zakręt, idea wiecznego powrotu działa niezawodnie. W futbolu zawsze chodziło także o piękno, może bawet bardziej niż o cokolwiek innego. Estetyka wygrywa ze statystyką, piękno znów będzie zbawiać świat. Początek 8 czerwca.