Newsletter

Z Berlina: Rewolucja pod piracką banderą

Weronika Przecherska, 16.04.2012
Pochłonięci cyfrową rewolucją Piraci jakby zapomnieli, że polityka rozgrywa się przed kamerami. Te zaś bezlitośnie punktują wszystkie niedociągnięcia i niewiedzę liderów Partii Piratów

Pochłonięci cyfrową rewolucją Piraci jakby zapomnieli, że polityka rozgrywa się przed kamerami. Te zaś bezlitośnie punktują wszystkie niedociągnięcia i niewiedzę liderów Partii Piratów

Kultowa kawiarnia Einstein Kaffee, znajdująca się niedaleko siedziby niemieckiego parlamentu, tętni życiem. Politycy z nieodłącznymi telefonami komórkowymi przy uchu wypijają poranne cappuccino i w pośpiechu biegną na zaplanowane spotkania. Przejeżdżające co chwila na sygnale rządowe limuzyny budzą irytację pracujących w pobliżu i zaciekawienie turystów.

Nie ma tu jeszcze Piratów, ale politycy partii zasiadających w Bundestagu niewątpliwie czują na plecach ich oddech. Dla jednych ostatnie spektakularne sukcesy tej partii to tylko polityczne przetasowanie, dla innych walka o przetrwanie.

Partia Piratów zaistniała na politycznej scenie w 2009 roku, kiedy w Niemczech rozgorzała dyskusja o wprowadzeniu blokad niektórych stron internetowych. Ich polityczny coming out przyrównywany jest do ruchów studenckich z lat 60-tych czy ugruntowania się takich partii, jak Zieloni w latach 80-tych oraz lewicowi Die Linke w 2005 roku. Wypłynięcie Piratów na szerokie polityczne wody z pewnością zmienia niemiecką politykę. I nie chodzi tu tylko o układ sił, lecz przede wszystkim skalę poruszanych przez partie tematów. Swój polityczny kapitał partia ta budowała na tak chwytliwych hasłach, jak nieograniczone korzystanie z internetu, cyfrowe prawa obywateli oraz transparentność życia publicznego.

Przełomowa okazała się dla nich jesień ubiegłego roku. Znużeni tradycyjnymi partiami politycznymi i ujęci oryginalną kampanią wyborczą berlińczycy dali Piratom w wyborach samorządowych bezprecedensowy kredyt zaufania. Od tamtego czasu jest o nich coraz głośniej. Prognozy mówią, że w zbliżających się wyborach do Bundestagu odniosą kolejny sukces.

W zeszłym miesiącu, zdobywając ponad 7 proc. głosów, szturmem weszli do parlamentu Saary. Sondaże dają im aż 12 proc. społecznego poparcia – tylko o jeden punkt procentowy mniej niż Zielonym. Niecały tydzień temu prasa hucznie obwieściła, że do partii przystąpił 25-tysięczny Pirat. Opiniotwórczy „Der Spiegel” stwierdził z całą stanowczością, że w żadnej partii nie jest tak łatwo politycznym nuworyszom odnaleźć swoje miejsce w strukturach. To na pewno zachęca kolejnych kandydatów.

Nie odstrasza ich także koszt członkostwa, który w porównaniu z innymi partiami nie jest wygórowany – to zaledwie 36 euro rocznie. Jednak, jak trzeźwo zauważa „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, to i tak nietypowa sytuacja w czasach, gdy coraz mniejszą popularnością cieszą się nie tylko partie polityczne i związki zawodowe, lecz nawet związki wyznaniowe. Wielu rezygnuje z płacenia podatku kościelnego, by zaoszczędzić kilka euro. Zaufanie do partii politycznych i instytucji życia publicznego maleje. Indywidualizm ceni się bardziej niż społeczne zaangażowanie. Sukces Piratów wydaje się więc być tym bardziej spektakularny.

Kontrowersyjny blogger Sascha Lobo ironizował, że internetowi maniacy, by chronić swoją „cyfrową ojczyznę”, muszą wejść także na polityczną scenę. I rzeczywiście, nie ma w tych słowach krzty przesady. Kluczem do sukcesu w polityce jest przecież odczytywanie społecznych nastrojów. Być może przypadkowo, ale udaje się to Piratom doskonale.

Wystarczy sobie tylko odpowiedzieć na pytanie, ile godzin tygodniowo spędzamy w sieci. Lub przypomnieć falę protestów przeciwko ACTA, zmuszającą europejskich polityków do zweryfikowania podjętych wcześniej w tej sprawie decyzji. Nie można jednak zbudować politycznego kapitału tylko wokół jednego tematu. A jeśli nawet, to nie będzie to kapitał długotrwały.

Tymczasem członkowie Partii Piratów wręcz szokują swoją niewiedzą i nieznajomością społecznych problemów. Ich wystąpienia w telewizyjnych programach typu talk-show po sukcesie wyborczym to pasmo porażek. Piraci z rozbrajającą szczerością przyznali, że nie mają propozycji rozwiązania kryzysu finansowego w strefie euro. Trudno było im także określić swojej stanowisko w sprawie bankructwa sieci drogerii Schlecker i tym samym utraty źródła utrzymania przez 11 tys. jej pracowników.

Z kolei pytani o wojnę w Afganistanie, Piraci również nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Pochłonięci cyfrową rewolucją jakby zapomnieli, że polityka rozgrywa się przed kamerami. Te zaś bezlitośnie punktują wszystkie niedociągnięcia i niewiedzę. Partii, mającej ambicje dostania się za dwa lata do Bundestagu i odgrywania znaczącej roli na politycznej arenie, takie pomyłki nie powinny się przydarzać.

Nie sposób też odnieść wrażenia, że chwytliwe postulaty Piratów, które dziś zjednują im wyborców i sympatyków, w zderzeniu z biurokratyczną rzeczywistością po prostu się nie sprawdzą. Jakie hasła będą wtedy nieść na swojej banderze? Dziś opowiadają się za całkowitą transparentnością życia publicznego. Przeciwnicy polityczni i komentatorzy punktują ich jednak, że choćby ze względu na bezpieczeństwo postulat ten jest po prostu niemożliwy do zrealizowania.

Działaniami w ramach własnej partii pokazują, że są wewnętrznie niespójni i podzieleni. Sprzeczne wypowiedzi przedstawicieli Piratów w mediach są dowodem na to, że trudno jest im nawet ustalić, jakie są ich postulaty. Nie mówiąc już o tym, jak zamierzają wcielać je w życie. Niesieni falą sukcesów Piraci mają duże ambicje. Jeśli jednak nawet uda im się je zrealizować, trudno jest sobie wyobrazić, by mieli jakąkolwiek zdolność koalicyjną.

Piraci zdobywają serca wyborców tradycyjnych partii. Dla upadającej liberalnej FDP czy Zielonych stają się konkurentem w walce o utrzymanie się na politycznej powierzchni. Trudno jest jednak powiedzieć, czy uda im się zagrzać miejsce w polityce na dłużej. Dziś jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by przewidzieć ich dalsze losy. Ale to przecież właśnie nieprzewidywalność jest w polityce najciekawsza.

*Weronika Przecherska – ekspertka ds. polityki Niemiec, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim. Interesuje się dyskursem i komunikacją polityczną.