Newsletter

Money, money, money…

Aleksandra Kaniewska, 13.04.2012
Każdemu obywatelowi marzy się transparentny, sprawnie funkcjonujący rząd. Tyle że, jak mówił Milton Friedman, „nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch”. I nie ma też polityki, która nic nie kosztuje

Strona 1

Każdemu obywatelowi marzy się transparentny, sprawnie funkcjonujący rząd. Tyle że, jak mówił Milton Friedman, „nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch”. I nie ma też polityki, która nic nie kosztuje

W demokracji władza należy do obywateli, którzy cedują ją na wybranych przez siebie przedstawicieli. Wskazując swoich reprezentantów, mają prawo do wystawienia im oceny, co najczęściej dzieje się podczas wyborów.

Rządzący oceniani są przez pryzmat wykonanej pracy – przygotowanych ustaw, wprowadzonych reform, zbudowanych dróg, zmodernizowanych szkół. Patrzy im się też na ręce i zagląda do kieszeni. Bo to jak przejrzyste są finanse partii politycznych, jest odzwierciedleniem stanu demokracji.

Janusz Palikot zaproponował właśnie likwidację subwencji partyjnych z budżetu państwa, co miałoby „ograniczyć przywileje klasy próżniaczej” i oddać więcej władzy w ręce Polaków. Propozycja Ruchu Palikota to 1 proc. podatku na rzecz partii politycznych, który Polacy mogliby odpisywać podczas swoich corocznych rozliczeń z fiskusem. Nie jest to jeszcze całkowite finansowanie partii z prywatnych kieszeni sponsorów i patronów. To zaledwie krok w kierunku bardziej wolnorynkowych rozwiązań.

Otóż „dobrze sprawujące się partie” miałyby dostać od swojego elektoratu zielone światło w postaci szczodrych dotacji. A te partie, które wyborczych obietnic nie dotrzymują, zostaną z niczym. Sęk w tym, że nie można tu zapominać o zasobności portfeli różnych grup wyborców. Nikt nie będzie miał ochoty walczyć o 1 proc. podatku kasjerki czy nauczyciela. Za to dużo chętniej dane ugrupowanie polityczne „uśmiechnie się” do rozliczającego się z podatku prawnika czy przedsiębiorcy. Poza tym 1 procent to dość dużo z pieniędzy podatników, jak na postulowane przez polityka z Biłgoraja zniesienie finansowania partii z budżetu.

Jak system prywatnych dotacji działa w praktyce? Wystarczy przypomnieć sobie nagrania z ukrytej kamery, które pod koniec marca upublicznił brytyjski dziennik „The Sunday Times”. Pokazują one bogatego finansistę i jednego ze skarbników torysów, Petera Cruddasa, jak z nonszalancją przekonuje reporterów, podających się za inwestorów z Liechtensteinu, że dotacje mniejsze niż 250 tys. funtów, choć mile widziane, to nie „premier league”. Ale już kwota większa niż 250 tys. staje się przepustką do podwieczorków i obiadów w towarzystwie liderów politycznych, m.in. samego premiera Davida Camerona.

W wypowiedzi Cruddasa między wierszami pojawiła się też sugestia, że spotkania kulinarne „na szczycie” to nie tylko szansa na pamiątkowe zdjęcia, ale faktyczny wpływ na tworzenie polityki rządowej (sic!).

Skandal lobbingowy „cash for access” po raz kolejny pokazał Brytyjczykom, że finansowanie partii z prywatnych pieniędzy zawsze niesie za sobą ryzyko. Nie uniknęły go zresztą wszystkie brytyjskie partie. W 1997 roku pod obstrzałem znalazła się Partia Pracy i milion funtów, które otrzymała potajemnie od Berniego Ecclestone’a, szefa Formuły 1. W zamian za hojność wyścigowego potentata, laburzyści złagodzili ogólny zakaz reklamy papierosów, zezwalając na sponsorowanie wyścigów samochodowych przez firmy z branży tytoniowej. Dzięki temu Ecclestone nie stracił wielomilionowych kontraktów.