Newsletter

Lublin: Widzialna ręka obywateli

Jacek Warda, 13.04.2012
Umysłowy paraliż polityki miejskiej sprowadzał się do skrajnie liberalnego założenia, że „niewidzialna ręka rynku” jest uniwersalnym dobroczyńcą

Strona 1

Umysłowy paraliż polityki miejskiej sprowadzał się do skrajnie liberalnego założenia, że „niewidzialna ręka rynku” jest uniwersalnym dobroczyńcą

Na przełomie stuleci co najmniej kilka dużych polskich miast zostało dotkniętych umysłowym paraliżem. Ten paraliż sprowadzał się do skrajnie liberalnego założenia, że „niewidzialna ręka rynku” jest uniwersalnym dobroczyńcą, a jedynym zadaniem władz miast jest jej nie przeszkadzać.

Wedle tej filozofii realizacja zadań publicznych sprowadza się do „programu minimum”, który wynika wprost z przymusów prawnych. Resztę powinni robić przedsiębiorcy i społeczeństwo obywatelskie. Trzeba mu dać wolną rękę i wystarczy „nie przeszkadzać”. Nie ma więc potrzeby, aby się z tym społeczeństwem intensywnie kontaktować. Władzy pozostają głównie przyjemne funkcje reprezentacyjne.

Filozofia „państwa minimum” przyświecała władzom Lublina, gdy rezygnowano w 1999 roku z prawa pierwokupu Górek Czechowskich. Ten olbrzymi teren zielony (ok. 80 ha) leży ok. 1 km od głównej osi miasta – Alei Racławickich. 12 kolejnych lat zajęły przepychanki z inwestorem, zanim zawarto z nim obecnie realizowaną ugodę. Można podać jeszcze co najmniej kilka równie spektakularnych przykładów publicznych zaniechań.

Podobne zjawiska obserwowaliśmy w innych miastach. W efekcie mieliśmy narastający chaos krajobrazowy. Niewidzialna ręka okazała się ślepa na ład przestrzenny. Deweloperzy chcą inwestować tam, gdzie jest to technicznie i prawnie łatwe, a nie tam, gdzie inwestycje są najbardziej potrzebne.

Są oni jak silny narowisty koń, który potrzebuje doświadczonego woźnicy potrafiącego go utrzymać w cuglach. I choć bez konia żaden wóz z woźnicą nigdzie nie pojedzie, to bez kontroli cały pojazd może skończyć w krzakach. Te cugle woźnicy to plany przestrzenne, aktywność miasta na rynku nieruchomości (do tego etapu jeszcze polskie miasta nie dojrzały – a szkoda), ale także ogólna sprawność urzędu.

Opowieść o Lublinie ostatniego 10-lecia to historia wychodzenia ze złudzeń, co do roli „niewidzialnej ręki” i próba tworzenia nowych mechanizmów zarządzania. Próba, która ciągle jest „w toku” i nie dała jeszcze jednoznacznych rezultatów, a wiele elementów tego nowego modelu dopiero się tworzy. Jest to jednak opowieść optymistyczna, której bohaterowie mogą już mówić, że widzą „światełko w tunelu”. Zanim zaczniemy opowiadać o zarządzaniu, wpierw trochę faktów.

Historia i położenie spychają w dół

Tradycyjne podejście do rozwoju regionalnego nie daje Lublinowi zbyt wiele nadziei. Peryferyjne położenie, trudność z dojazdem, niski poziom PKB. Znane przysłowie mówi: „zanim gruby schudnie, to chudy umrze”. I to my jesteśmy tym chudym.

W polityce regionalnej przekłada się to na mechanizm koncentrowania się rozwoju tam, gdzie jest już duży potencjał gospodarczy. Rozważmy przykładowo dwa ośrodki: A i B. Niech ośrodek A produkuje dochód o wartości 200, a ośrodek B o wartości 100. Zainwestowanie takiej samej kwoty spowoduje taki samy wzrost procentowy – np. o 5 proc. W wartościach bezwzględnych w ośrodku A będzie to jednak 10 jednostek, podczas gdy w B – jedynie 5.

Przełóżmy to na podatki zbierane przez państwo i możemy już sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bardziej opłaca się budować nową drogę w Poznaniu, czy w Lublinie. Przez długi czas prof. Grzegorz Gorzelak uświadamiał wszystkim owe podstawowe ekonomiczne mechanizmy. Nie jest za to w Lublinie szczególnie lubiany. Stąd też skupienie się na gałęziach przemysłu, które nie są kapitałochłonne i wymagają raczej wykształcenia, szybkich łączy niż świetnych połączeń drogowych i bliskości dużych rynków zbytu. Jakie są więc w „grze o rozwój” nasze karty i jak nimi gramy?

Uczelnie wyższe to średniaki

To oczywisty obszar konkurencyjności Lublina. Miasto ma 5 państwowych uczelni wyższych i dwie duże uczelnie niepaństwowe. Około 85 tys. studentów. Z drugiej strony, niezbyt dużo patentów i spadająca pozycja uczelni w krajowych rankingach.