Newsletter

Grass „poetycko” o Bliskim Wschodzie

Paulina Biernacka, 09.04.2012
Człowiek, który kilka lat temu publicznie przyznał się do służby w Waffen-SS, dziś wypowiada się na temat polityki bezpieczeństwa potomków Żydów, których jego organizacja eksterminowała

Strona 1

Człowiek, który kilka lat temu publicznie przyznał się do służby w Waffen-SS, dziś wypowiada się na temat polityki bezpieczeństwa potomków Żydów, których jego organizacja eksterminowała

Günter Grass, najbardziej znany na świecie żyjący niemiecki pisarz i noblista, postanowił zabrać głos w debacie dotyczącej potencjalnej wojny izraelsko-irańskiej. Jak na literata przystało, Grass napisał wiersz, o którym – jak z kolei przystało na noblistę – jest głośno. I to nie ze względu na jakość samego utworu – nagród literackich raczej za niego nie dostanie. Światowa opinia publiczna jest zszokowana tym, że człowiek, który kilka lat temu publicznie przyznał się do służby w Waffen-SS, śmie wypowiadać się na temat polityki bezpieczeństwa potomków tych samych Żydów, których jego organizacja eksterminowała.

4 kwietnia wiersz Grassa, zatytułowany „Co musi zostać powiedziane”, został opublikowany w „Süddeutsche Zeitung” oraz kilku innych poczytnych europejskich dziennikach. Publikacja ta rozpętała polityczną burzę w Niemczech, a jej autor został potępiony przez przedstawicieli ambasady Izraela w Berlinie, władze Państwa Izrael, organizacje pozarządowe oraz niemieckich polityków wszystkich opcji. Kilka dni później minister spraw wewnętrznych Izraela, Eli Yishai ogłosił Grassa persona non grata w państwie żydowskim. Wydaje się, że główną przyczyną lawiny krytyki, która spadła na Grassa nie jest sama treść wiersza, a raczej rażący dysonans pomiędzy poglądami, które w nim prezentuje a rzeczywistością.

Autor manifestu oskarża Izrael o to, że stanowi największe zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa, gdyż posiada broń masowego rażenia, której chce użyć przeciwko Irańczykom i tym samym dokonać na nich Holokaustu. Dlatego też Niemcy powinny zaprzestać dostarczania Izraelowi sprzętu wojskowego, a ściślej mówiąc – okrętów marynarki wojennej „Dolphin”, z których państwo to będzie chciało wystrzeliwać broń jądrową w kierunku Teheranu. Grass – jak twierdzi – przerywa milczenie i jest świadom tego, że poprzez wypowiedzenie „prawdy” zostanie oskarżony o antysemityzm, niesłusznie zresztą, gdyż uważa się za przyjaciela Izraelczyków.

Grass nie odkrywa Ameryki swoimi poglądami, nie obala tabu. To, co według niego musiało być powiedziane, jest mówione od dawna, zarówno w Niemczech, jak i w Izraelu. Debata nad prewencyjnym atakiem na Iran trwa od wielu miesięcy i spędza sen z powiek wielu światowym przywódcom. Argumenty w tej dyspucie zawierają analizę kosztów, jakie zostaną poniesione, strat w ludziach czy też efektów ewentualnego uderzenia.

Problem jest rozważany na wszystkich możliwych poziomach: strategicznym, operacyjnym czy też moralnym. Nikt jednak nie oskarża Izraela o chęć zorganizowania masowej zagłady Irańczyków, gdyż wszelkie możliwe źródła podają, że Izrael zainteresowany jest tylko i wyłącznie atakiem na instalacje nuklearne. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz groźby prezydenta Iranu, Mahmuda Ahmadineżada pod adresem Państwa Izrael (obietnice wymazania tego kraju z mapy świata), możemy dosyć szybko skonkludować, że Günter Grass nie ma pojęcia o czym mówi.

Tak też postanowił zrobić przedstawiciel Ambasady Izraela w Berlinie, Emmanuel Nashon, który – parafrazując tytuł wiersza, bezceremonialnie mówi: „Co musi zostać powiedziane to to, że taka już jest europejska tradycja, by przed świętem Paschy oskarżać Żydów o morderstwa rytualne. Kiedyś ofiarami miały padać chrześcijańskie dzieci, których krew wykorzystywano do produkcji macy. Teraz ofiarą jest naród irański, który Izrael chce zmieść z powierzchni świata”. Premier Izraela, Benjamin Netanyachu podkreśla zaś, że to Iran, a nie Izrael, grozi innym państwom unicestwieniem. To Iran, a nie Izrael, wspiera organizacje terrorystyczne, które wystrzeliwują rakiety w kierunku niewinnych cywilów. To Iran, a nie Izrael, wspiera rzeź ludności syryjskiej, jaka jest dokonywana przez obecne władze w Damaszku. I na koniec, to Iran, a nie Izrael, kamienuje kobiety, wiesza mężczyzn i brutalnie represjonuje dziesiątki milionów swoich obywateli.

Tymi kilkoma zdaniami można by zamknąć dyskusję nad niefortunnym wierszem. Jednak problem tkwi gdzie indziej. Utwór bowiem nie odbiega znacząco od poglądów Niemców, czy nawet szerzej mówiąc Europejczyków na temat Izraela. Warto przypomnieć w tym miejscu słynne już badania Eurobarometru z 2003 roku, zgodnie z którymi 59 proc. Europejczyków postrzega Izrael jako największe zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa. Sondaż ten wprawił w zakłopotanie polityków europejskich, którzy chcieli go zdyskredytować, ale później okazało się, że inne badania potwierdziły antyizraelskie nastroje wśród społeczeństw Europy. Sondaż BBC z 2007 roku wykazał, że Izrael jest postrzegany jako państwo, które ma najbardziej negatywny wpływ na losy świata i, co ciekawe, to właśnie w Niemczech największy odsetek obywateli, bo aż 77 proc., tak właśnie uważa. Nawet w państwach muzułmańskich Izrael na tym polu wypada lepiej.

Nastroje te mają związek z dynamiką postrzegania ofiar i sprawców II Wojny Światowej przez obywateli Niemiec. Jak celnie zauważa Petra Marquadt-Bergman na łamach „Jerusalem Post”,Niemcy mają ogromne problemy z pogodzeniem się ze swoją nazistowską przeszłością, a Europejczycy – z faktem kolaborowania z Niemcami Hitlera. Problemy te doprowadziły do tego, że Izrael nie jest już odbierany jako państwo ofiar II Wojny Światowej, którym udało się przetrwać zbrodnie nazizmu. Niemcy i (częściowo) Europejczycy zaczęli siebie również postrzegać jako ofiary nazistów, a państwo żydowskie – które wyszło zwycięsko z wojny 6-dniowej i stało się „okupantem” – jest coraz częściej krytykowane i postrzegane jako sprawca.