Newsletter

Wielka Brytania zostaje w Unii

Lord William Wallace, 05.04.2012
Znacznie łatwiej być liberałem i internacjonalistą w czasach gospodarczej prosperity niż kryzysu. I to po części wyjaśnia dzisiejszą antyeuropejską retorykę

Strona 1

Znacznie łatwiej być liberałem i internacjonalistą w czasach gospodarczej prosperity niż kryzysu. I to po części wyjaśnia dzisiejszą antyeuropejską retorykę – mówi w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską Lord William Wallace z Liberalnych Demokratów.

Aleksandra Kaniewska: W kampanii prezydenckiej we Francji antyeuropejskiej karty używa i kandydat prawicy, Nicolas Sarkozy, i socjalista, François Hollande. Czy nie jest tak, że Unia Europejska stała się chłopcem do bicia w wewnętrznych rozgrywkach poszczególnych krajów?

Lord William Wallace: Ma pani rację. To już nie jest tylko brytyjski problem, ale odzwierciedlenie nastrojów w całej Unii Europejskiej, od Francji, Holandii po Włochy, zwłaszcza te z czasów końcówki rządów Berlusconiego. Wtedy Liga Północna próbowała odnowić włoski nacjonalizm. Jak? Oczywiście zderzając go z polityką Unii Europejskiej. Wcale mnie to nie dziwi.

Dlaczego?

Nick Clegg, lider mojej partii, powiedział na naszym ostatnim spotkaniu, że znacznie łatwiej jest być liberałem i internacjonalistą w czasach gospodarczej prosperity niż kryzysu. I to po części wyjaśnia dzisiejszą antyeuropejską retorykę. Kiedy rządy obcinają wydatki publiczne, a bezrobocie rośnie, najłatwiej winą obarczyć cudzoziemców. To prosta i klasyczna definicja populizmu: zawsze winni są obcy – mniejszości narodowe czy religijne, emigranci. W Stanach Zjednoczonych obcokrajowcy to Chińczycy albo – używając języka instytucji – ONZ. A w Europie wszystko, co obce zaczyna się w Komisji Europejskiej. Tak widzą to populiści.

Z recesją politycy walczą na różne sposoby i z różnym skutkiem. Ale co zrobić z kryzysem wiary w Unię, skoro to, czego nam teraz najbardziej potrzeba, to wspólnota i prawdziwy solidaryzm?

Przede wszystkim potrzebujemy polityków-liderów, którzy będą odważni i szczerzy. A tych jest dziś w Europie jak na lekarstwo. Jeśli cofnęlibyśmy się o 30 lat, mieliśmy wtedy wielu przywódców, którzy głośno i odważnie mówili o europejskich priorytetach. Robili to m.in. przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Delors, kanclerz Niemiec Helmut Kohl, prezydent Francji François Mitterrand, czy nawet – wiem, że wzbudzę zdziwienie – premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher.

Z jej słynnym europejskim sceptycyzmem?

Pozwoli pani, że przytoczę słowa z przemówienia Thatcher dla Kolegium Europejskiego w Brugii. Mówiła o swojej wizji Europy, przypominając między innymi, że: „Musimy pamiętać, że Warszawa, Praga i Budapeszt także są europejskimi miastami”. To było bardzo odważne wystąpienie, zwłaszcza jak na 1988 rok. Nikt nie chciał wówczas myśleć o tej części Europy. A teraz jest niestety tak, że prawie nie ma politycznych liderów, którzy chcieliby wyjść poza partykularne interesy swoich krajów. Boją się mówić o kwestiach europejskich. A sama Komisja Europejska też nie jest źródłem tego rodzaju przywództwa.

Czyżby nikogo nie interesowały losy Europy?

Odpowiedź jest jeszcze prostsza: elektoraty krajowe nie chcą o tym słyszeć. Polityka proeuropejska jest niepopularna. Społeczeństwa wolą być zapewniane, że ich interes narodowy jest odpowiednio zabezpieczony.

Znajdujemy się więc w zamkniętym kręgu: żeby wyjść z kryzysu potrzebujemy bliższej współpracy europejskiej, ale ta z kolei nie jest popularna w oczach obywateli. A to oni trzymają karty, bo głosują…

I dlatego trzeba, by przywódcy europejscy zaczęli współpracować i mówić jednym głosem. Muszą też lepiej rozumieć specyfikę innych krajów UE i ich polityki wewnętrznej. Chociażby to, że dzisiejsza polityka niemiecka jest ogromnym problemem dla całej Europy.

Ale przecież gospodarka Niemiec radzi sobie świetnie!

Niemiecki problem to kwestia pewnej samoświadomości: ciężko pracowaliśmy na reputację naszego kraju, oszczędzaliśmy itp., podczas gdy cała reszta nieodpowiedzialnie wydawała pieniądze. I dlatego teraz wszyscy muszą zacisnąć pasa i zgodzić się na nasze warunki. Takie myślenie Niemców jest w Europie odczuwalne. I, oczywiście, jest też częściowo uzasadnione! Ale nie może być ono podstawą spójnej polityki osiągnięcia europejskiego wzrostu gospodarczego. Musimy nauczyć się rozmawiać ze swoimi politycznymi partnerami z całej Europy. Także biorąc pod uwagę czynnik kulturowy – bo w różnych krajach w różny sposób rozumie się przestrzeganie prawa czy rolę państwa. Nie ma jednego szablonu naprawczego, który ożywi europejską gospodarkę.

Ale na pewno brakuje nam dyskursu solidarności. I może tu jest rola dla Polski, z jej historycznym przywiązaniem do tej idei? Do takiej współpracy, pod przywództwem niemieckim, namawiał niedawno polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Oczywiście, oglądałem to świetne wystąpienie w Berlinie. Dokładnie to powinno zostać powiedziane. I tylko szkoda, że więcej polityków nie ma odwagi na wygłaszanie takich opinii. Od zawsze byłem wielkim admiratorem Sikorskiego. Wybaczam mu nawet okazjonalne złośliwe uwagi pod adresem Wielkiej Brytanii…

Chodzi o przedstawienie priorytetów polskiej polityki zagranicznej, gdzie Sikorski wyraził ubolewanie, że jego ukochana Brytania nie chce być liderem europejskiej obronności?

Z pewnością minister musiał powiedzieć tak do swoich odbiorców w kraju. Ale Wielka Brytania robi dużo w sprawie wspólnej polityki obronnej. Prawie połowę tego, co przeznaczane jest na europejską obronność, wydaje się we Francji i Wielkiej Brytanii. Zresztą sam fakt, że współpracujemy z Francją w tym zakresie jest przykładem konstruktywnej polityki budowania bezpiecznej Europy. Chociaż jest też prawdą, że zamiast do siebie, mówimy trochę obok siebie. Potrzebny jest nam otwarty dialog, uściślenie, co rozumiemy przez „europejską współpracę obronną”.