Newsletter

Dlaczego stałem się polonofilem

Roland Freudenstein, 01.07.2011
Było coś uzależniającego w atmosferze konspiracji. Polacy mieli w sobie wyczucie historii, specyficzną dumę i odwagę

Jako nastolatek żyjący w zachodnich Niemczech w latach 70-tych, dorastałem w typowej dla mojego pokolenia atmosferze ignorancji i zobojętnienia wobec wszystkiego, co działo się na wschód od Elby. Wszystko zmieniło się dla mnie nagle 13. grudnia 1981 roku. Byłem wtedy na pierwszym semestrze studiów. Miałem w sobie coś z buntownika spragnionego czynu. Gdy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, razem z przyjaciółmi z organizacji zrzeszającej chadeckich studentów wiedzieliśmy, że to jest to, co nas pociągnie. To jest nasz temat: robotnicy i intelektualiści protestujący przeciw brutalnemu komunistycznemu reżimowi. Był to dobry powód, by zacząć działać: stanąć w opozycji do niezmiennej, antyzachodniej narracji modnych podówczas, lewackich inicjatyw, nawołujących do solidarności z Nikaraguą, czy Palestyną. My zaś mieliśmy – i to tuż obok siebie – ruch oporu, walczący o te same wartości, które były dla nas ważne.

Gdy w styczniu 1982 roku poznałem dwóch, zdanych na siebie, aktywistów NZS-u, Radka i Wojtka, po kilku nocach okraszonych litrami alkoholu i setkami papierosów, ale również godzinami fascynujących debat o życiu pod jarzmem komunizmu, postanowiłem odwiedzić ten dziwny kraj zza Żelaznej Kurtyny.

Szmuglowanie publikacji z drugiego obiegu i materiałów do drukowania przez granicę. Wyczekiwanie przy olbrzymich odbiornikach radiowych i próby złapania Radia Wolna Europa – pomimo tego, że było non-stop zagłuszane. Stanie przed zaludnionymi kościołami, pokazywanie wraz z innymi znaku Solidarności, czy wypowiadanie słów patriotycznych piosenek, rozumianych przeze mnie w połowie – to wszystko było jedną, wielką przygodą.

Zdawałem sobie jednak sprawę z komfortowej sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Mogłem wyjechać stąd w każdej chwili, zaś moi polscy przyjaciele nie. Muszę jednocześnie przyznać: było coś uzależniającego w atmosferze konspiracji. Ale to, co fascynowało mnie najbardziej, to sami Polacy. Z wielu względów tak różni od moich przyjaciół z zachodnich Niemiec, czy w ogóle z Europy Zachodniej. Polacy mieli w sobie to wyczucie historii, specyficzną dumę narodową i odwagę, której nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Podczas rozmów o polityce potrafili niezwykle szybko dojść do fundamentalnych kwestii. Duże wrażenie wywarły na mnie również frywolne poczucie humoru i, co muszę podkreślić, kobiecość Polek.

Oczywiście dostrzegłem także te mniej urodziwe cechy polskiego społeczeństwa: silny konformizm, czasami krępujące poczucie autorytetu i, w wielu przypadkach, rażący materializm. Jednak kim byłem, żeby móc oceniać? Lubiłem Polaków takimi, jakimi byli. Od 1982 roku regularnie odwiedzałem Polskę.

Dziś Polski, którą tu opisuję, nie ma już od ponad 20-stu lat. W międzyczasie spędziłem w kraju nad Wisłą 7 lat. Moje pierwsze dziecko urodziło się w Polsce w 2000 roku. Póki co, mogę z pełną świadomością powiedzieć, że były to najlepsze lata mojego życia. I gdy przechadzam się dzisiaj po Warszawie, czasami muszę naprawdę się postarać, aby przypomnieć sobie, jak inny był to świat prawie 30 lat temu. Nie ma już tej jednakowości, szarości, „maluchów”, braku nadziei czy biedy późnych lat 80-tych. Nie ma już kompleksów niższości i paranoi lat 90-tych. Dawno odeszło też proste rozróżnienie na dobro i zło w polityce, na nas i na nich. Wasz kraj zmienia się, modernizuje, pędzi ku Zachodowi w oszałamiającym tempie. Czasami czuję się dziwnie, ale również jestem też bardzo dumny, widząc trzepoczącą flagę narodową Polski przed kwaterą główną NATO, czy siedzibą Komisji Europejskiej w Brukseli. Przez 30 lat mojego życia wydawało się to tak nieosiągalne!

Dzisiaj większość Polaków odrzuciła myślenie w przestarzałych kategoriach: Europa i my. Zaczęli czuć się istotną częścią kontynentu, być może po raz pierwszy od wieków. Mieszkania, samochody, miejsca gdzie Polacy spędzają wakacje – to wszystko już wygląda tak jak u nas, „na Zachodzie”. Sushi bary w Warszawie są już passe, a na puszkach od piwa drukuje się wielkimi literami „Piłeś – nie jedź!”. Innymi słowy, Polska szybko się zmienia na lepsze i jest to bardzo dobre zjawisko. Jest to wielkie osiągnięcie na tle historii. I jeśli miałem w tym swój udział, choćby najmniejszy, to jestem dumny, bo Polacy zasługują co najmniej na tyle. Ale muszę przyznać, że czasami odczuwam nostalgię za starą Polską, która odchodzi do historii. Czasami tęsknię za „wąsatą brawurą” dawnych lat. Czasami prawdziwe szczęście daje mi opakowanie słonych paluszków i puszka „Żywca”, spożywanego na ławce z widokiem na Pałac Kultury, długa i wnikliwa rozmowa o sensie życia z przyjacielem. Czy po prostu stare piosenki Perfectu, Maanamu albo Elektrycznych Gitar, płynące z mojego odtwarzacza mp3.