Newsletter

Kościół pobłogosławi liberalizm

Stanisław Obirek, 02.04.2012
Jeśli Kościół katolicki nie potrafił stanąć po stronie ubogich, „traci” ich na rzecz ruchów zielonoświątkowych i innych wspólnot protestanckich. Tam, gdzie mu się to udało, współkształtuje kulturę

Strona 1

Jeśli Kościół katolicki nie potrafił stanąć po stronie ubogich, „traci” ich na rzecz ruchów zielonoświątkowych i innych wspólnot protestanckich. Tam, gdzie mu się to udało, współkształtuje kulturę – mówi Stanisław Obirek w rozmowie z Jarosławem Makowskim

Jarosław Makowski: Dziś katolicyzm szuka swojego głównego oponenta w liberalnej demokracji. Czy Kościół rzeczywiście potrzebuje jasno zdefiniowanego wroga, aby skutecznie głosić Dobrą Nowinę?

Prof. Stanisław Obirek: To dość podchwytliwe pytanie. Wyrasta ono z polskich doświadczeń, dokładniej z doświadczeń Kościoła rzymskokatolickiego. Po Soborze Watykańskim II i przejęciu kierownictwa Kościoła przez Pawła VI przestraszono się współczesności. Tym bardziej może to dziwić, gdyż Jan XXIII jednał Kościół z nowoczesnością i liberalizmem. Papież Jan wyciągnął ramiona wobec współczesności, widząc jej pozytywne strony.

Zwołanie Soboru i słynne aggiornamento, nawet jeśli papież Jan nie zdawał sobie z tego sprawy, jakie przyniesie ono konsekwencje, było gestem powrotu Kościoła do korzeni. Do korzeni chrześcijaństwa w sensie radykalnym – w takim, jak czasami czynią to wielcy reformatorzy. A do tych zaliczam, przykładowo, gest Marcina Lutra czy św. Franciszka. Jan XXIII powrócił w tym samym stylu do Nowego Testamentu, do Jezusa, który był otwarty na świat, do prorockiego nurtu chrześcijaństwa, gdzie dostrzega się biedę tego świata, a nie wyimaginowanego wroga – w tym przypadku liberalizm.

Dla wielu teologów katolickich to był początek nadziei na zmianę w Kościele. Przykładowo Hans Kueng, jeden z twórców tego Soboru, pyta w swojej ostatniej książce „Czy Kościół można jeszcze uratować?” („Ist die Kirche noch zu retten?”, Monachium 2011). Kueng mówi o zmianie dwóch paradygmatów, czyli właśnie o przejęciu dziedzictwa reformacji i modernizmu.

Cóż się więc takiego stało, że Paweł VI przestraszył się otwarcia i – po wojnie –  pojednania Kościoła ze współczesnością? Sądził, że Kościół straci swoją tożsamość, jeśli zaakceptuje liberalizm, który przecież okazał nam tyle dobrodziejstwa – szczególnie po doświadczeniach II Wojny Światowej?

Papież Paweł VI był konserwatywnym teologiem. Zobaczył, że podczas Vaticanum Secundum doszły do głosu nurty najbardziej nowatorskie, jakie Kościół miał. Przestraszył się więc, gdyż w ramach samego Kościoła coś mu się wymykało z rąk. W przeciwieństwie do swojego poprzednika nie zaufał opatrzności Bożej.

Zabrakło ufności, że ostatecznie ten świat należy do Boga. I że to On jest głównym jego reżyserem?

To zadziwiający brak ufności w Bożą opatrzność. To postawienie się w miejscu Ducha Świętego. Szczególnie jest to widoczne u ostatnich papieży na tle pokory Jana XXIII. Paweł VI dał wiarę podszeptom przestraszonych teologów, wśród których był także Karol Wojtyła. Potem pojawili się inni, stąd odejście od Vaticanum Secundum. By jednak takiego odejścia dokonać w miarę bezboleśnie, wróg był i jest potrzebny. Ze względu na ostpolitik i kardynała Agostino Casaroliego nie mógł być nim komunizm. Pojawił się więc liberalizm, jako synonim relatywizmu, braku szacunku dla tradycji itd.

Ale i dziś, szczególnie w 50 rocznicę Vaticanum Secundum trwa spór, czym był Sobór. Czy to była, jak chcą krytycy Soboru, „hermeneutyka zerwania” – stąd Sobór należy odrzucić jako diabelskie zgromadzenie? Czy też, jak mówi papież Ratzinger, „hermeneutyka kontynuacji”: ale jak zatem pogodzić ten rodzaj kontynuacji z tym, co Kościół mówił np. o innych religiach przed Soborem? Są też i tacy – jak pan profesor – którzy w Soborze widzą, cytując słynne powiedzenie Karla Rahnera, „początek początku” – czyli dopiero początek otwierania się Kościoła na świat, początek jego pojednania z tradycją liberalną.

Benedykt XVI jeszcze bardziej niż Paweł VI przeraził się nowoczesności. Ale, przypomnijmy, że w latach 60-tych należał on do nurtu myślenia bliższego Janowi XXIII. Głosił nie tylko potrzebę otwarcia ekumenicznego, rewizji kwestii celibatu księży, ale też w nowoczesnym świecie widział sojusznika chrześcijaństwa. Ratzinger był symbolem, choć dziś wydaje się to niemożliwe, nowatorskiego nurtu dla skostniałego katolicyzmu spod znaku Soboru Watykańskiego I i Piusa IX. Jednak rok 1968, w którym doszło do studenckiej rewolty, zmienił go. Coś w nim pękło. Nadzieje zastąpił strach przed nowoczesnością.

„Hermeneutyka kontynuacji” opisująca logikę Soboru wydaje się myśleniem życzeniowym Ratzingera. To wszystko, co Sobór połączył z przeszłością, jest słuszne. To, co Sobór zaproponował nowego, jest niedobre. Stąd właśnie spór o to, czy jest to zerwanie, czy to jest kontynuacja.

Przywołam opinie jezuity Johna O’Maleya, jednego z najlepszych znawców Soboru. Stawia on tezę, że w czasie Soboru doszło do zerwania z przeszłością. Bo jak inaczej wytłumaczyć nawet najkrótsze, ale zarazem najważniejsze jego dokumenty: „O wolności religijnej”, „O stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich”, czyli „Nostra Aetate”. W dokumentach tych znajdziemy radykalnie odmienne podejście Kościoła wobec innych religii, czy status ludzkiego sumienia. Jeżeli tego nie nazwiemy zerwaniem, to co mielibyśmy nim nazwać?