Newsletter

Miasto to nie firma

Paweł Kubicki, 02.04.2012
Myślenie, że o rozwoju miasta decyduje wykreowana marka, a na jakość życia w sposób zasadniczy wpływa PKB, wciąż pokutuje wśród polskich decydentów. Takie podejście, zamiast stymulować rozwój, coraz częściej prowokuje konflikty społeczne

Strona 1

Myślenie, że o rozwoju miasta decyduje wykreowana marka, a na jakość życia w sposób zasadniczy wpływa PKB, wciąż pokutuje wśród polskich decydentów. Takie podejście, zamiast stymulować rozwój, coraz częściej prowokuje konflikty społeczne

Opublikowany kilka dni temu raport PwC „Wyzwania inwestycyjne głównych miast Polski” kreśli optymistyczną wizję rozwoju polskich miast, które w ciągu 23 lat powinny „dogonić” zachodnioeuropejskie metropolie. Sukces ten ma się dokonać stosunkowo prostym sposobem – ogromnymi nakładami finansowymi. Pieniądze mają w sposób cudowny rozwiązać problemy polskich miast i skierować je na drogę szybkiego i koniecznego rozwoju.

Rozwoju miast nie da się jednak sprowadzić tylko i wyłącznie do problemu nakładów inwestycyjnych. Dominujący wśród naszych decydentów i technokratów sposób myślenia o mieście jak o firmie może nas zaprowadzić na manowce, a nie do „idealnego modelu” miasta zachodnioeuropejskiego.

Miasto nie jest firmą, jest gminą. Gmina natomiast to wspólnota ludzi i jej rozwój rządzi się innymi prawami niż te obowiązujące w korporacjach. W tym przypadku o skali rozwoju decyduje cały szereg „miękkich” wskaźników: społecznych i kulturowych, które w niewielkim stopniu dają się wyznaczać przez skalę nakładów finansowych. Ten „zwrot humanistyczny” w myśleniu o mieście dokonał się już dawno i z powodzeniem stosowany jest w zarządzaniu wielu europejskich i światowych miast. Jeśli zatem cały proces modernizacyjny naszych miast oprzemy na poprawie ahumanistycznych rankingów ze wskaźnikiem PKB na czele, to okaże się, że po 23 latach, kiedy zdyszani dobiegniemy w końcu do mety, przekonamy się bardzo boleśnie, że znajduje się ona w ślepej uliczce.

Raport powiela i utrwala wciąż silny w naszej części kontynentu dyskurs neokolonialny, zgodnie z którym: „nic, co nasze, nie może być dobre, bo my niczego innowacyjnego nie jesteśmy w stanie wymyślić”. Musimy nieustannie gonić innych i kopiować ich rozwiązania. Zgodnie z tym schematem myślenia nowoczesność musi być droga, a jak coś jest tanie, to z definicji jest przaśne i zacofane.

Kryzys europejski bardzo boleśnie obnażył fikcję takiego myślenia, czego symbolem staje się dziś hiszpańska Walencja. Przez lata hołubiona za spektakularne i bardzo drogie inwestycje, dziś jest bankrutem, którego nie stać na zapewnienie elementarnych potrzeb swoich mieszkańców.

W wielu polskich miastach widać także poważne objawy „grantozy” – wydawania unijnych środków na spektakularne inwestycje, które w niewielkim stopniu przyczynią się do zrównoważonego rozwoju miast. Fetysz rankingów sprawia, że decydenci zwracają uwagę głównie na te inwestycje, które brane są pod uwagę przy układaniu popularnych zestawień. To „pompowanie” danych do rankingów powoduje, że wiele miast decyduje się na zbędne, ale kosztowne inwestycje na kredyt, mające charakter stricte wizerunkowy.

Wiara w to, że o rozwoju miasta decyduje wykreowana marka, a na jakość życia w sposób zasadniczy wpływa PKB jest wciąż silna wśród polskich decydentów i technokratów. Niestety, ale takie myślenie zamiast stymulować rozwój, coraz częściej prowokuje konflikty społeczne, a w konsekwencji prowadzić będzie do regresu miast. Kontrasty pomiędzy wykreowaną marką miasta, a rzeczywistością miejską oraz nierównomiernym rozkładem PKB w mieście, stają się coraz bardziej widoczne i prowokują coraz gwałtowniejsze konflikty.