Newsletter

Izrael–Iran: Miłość na Facebooku

Magdalena Pacholska, 30.03.2012
Nawet najbardziej propokojowe inicjatywy nie przyniosą zamierzonych rezultatów, jeżeli pozostaną wyłącznie w sferze wirtualnej

Nawet najbardziej propokojowe inicjatywy nie przyniosą zamierzonych rezultatów, jeżeli pozostaną wyłącznie w sferze wirtualnej

Jakkolwiek trudno odmówić Facebookowi statusu czołowego pożeracza czasu XXI wieku, trzeba przyznać, że czasem mocno zaskakuje. I nie mam tu na myśli dowodów ostatniego udanego weekendu wrzucanych beztrosko przez znajomych. Tym razem chodzi o świeżo odkryty związek izraelsko-irański.

W ostatnich dniach na Facebooku wielu moich izraelskich przyjaciół polubiło fanpage o tytule: „Izrael kocha Iran”. Nauczona doświadczeniem spodziewałam się złośliwej grafiki z AGM-65 Maverick albo przynajmniej Netanjahu w roli głównej. Co by nie mówić o Izraelczykach, to poczucie humoru mają nie mniej specyficzne od brytyjskiego. Ciężko się przyznać, ale (tym razem) byłam w błędzie. Ale po kolei.

Kilka dni temu Ronny Edry, czterdziestolatek z Tel Awiwu, umieścił na swoim Facebookowym profilu grafikę ze sloganem: „Irańczycy, nigdy nie zbombardujemy Waszego kraju. Kochamy Was”. I lawina ruszyła. Przyjaciele z portalu społecznościowego zaczęli dzielić się postem Ronny’ego na swoich „ścianach”. W ciągu kilkunastu godzin powstał wspomniany wyżej fanpage i cała kampania. Tłumnie wspierana zresztą przez rzesze użytkowników portalu z całego świata (obecnie strona ma już prawie 52 tys. zwolenników).

Co więcej, inicjatywa doczekała się wzajemności. Irańczycy stworzyli bliźniaczą stronę, którą polubiło 51 tys. osób. Inicjatywy są niewątpliwie pozytywne. Ale czy rzeczywiście stanowią wielki przełom w relacjach obu krajów? Wrodzony sceptycyzm (znowu!) podpowiada mi, że chyba raczej nie.

Trudno powiedzieć, że komunikaty odzwierciedlają opinie większości społeczeństw. Użytkownicy portali typu Facebook to dość specyficzna grupa – najczęściej ludzie młodzi, raczej dobrze wykształceni, z większych ośrodków miejskich i, co istotne, zazwyczaj świeccy. Warto pamiętać, że to tylko fragment mozaiki społecznej.

Po obu stronach barykady żyją, jak w każdym społeczeństwie, osoby o bardziej radykalnych poglądach. W obu państwach, w skali ogólnokrajowej, niezwykle istotną rolę odgrywa przecież religia. Judaizm bynajmniej nie podziela chrześcijańskiej postawy „nadstawiania drugiego policzka”. A radykalny islam wprost nawołuje do zwalczania niewiernych. Nie bez przyczyny wypowiadający się na Facebooku Irańczycy to zazwyczaj osoby żyjące na emigracji albo nie decydujące się na ujawnianie swojego nazwiska z obawy przed ostracyzmem społecznym.

Analogicznie – izraelski apel pochodzi z sekularnego, pragmatycznie nastawionego i pro-zachodniego Tel Awiwu, a nie bardziej hermetycznej i religijnej Jerozolimy. Jakkolwiek dużym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że nie znajduje on żadnych zwolenników w „Świętym mieście“, to z pewnością większość jego chasydzkich mieszkańców nie żywi aż tak przyjaznych uczuć wobec Teheranu.

Rzut oka na mapę mówi niemal wszystko. To położona na granicy Zachodniego Brzegu Jerozolima, a nie nadmorski Tel Awiw, jest od lat pierwszym frontem konfliktu z Palestyńczykami, tak mocno wspieranymi przez Iran. Patrząc na stosunki izraelsko-irańskie z perspektywy, można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie wsparcie udzielane Hamasowi przez Teheran stanowi podstawę sporu między oboma krajami. Część Izraelczyków ma oczywiście świadomość, że w ten sposób reżim Ahmadineżada załatwia własne interesy, chcąc utrzymać pozycję regionalnego mocarstwa. Blednie ona jednak z każdą kolejną rakietą spadającą na Aszkelon ze Strefy Gazy i kupioną za irańskie riale.

Co więcej, obecna konfiguracja na poziomie rządów krajowych jest niekorzystna – i to dla jakichkolwiek perspektyw utrzymania „zimnego pokoju”. W Iranie od 2005 r. władzę utrzymuje rzeczony Mahmud Ahmadineżad, konserwatywny lider partii Sojusz Budowniczych Islamskiego Iranu, niejednokrotnie oskarżany o antysemityzm, który – co najistotniejsze – zdecydował o wznowieniu prac nad wzbogacaniem uranu. Religijne zaplecze zapewnia mu Ajatollah Ali Chamenei, powszechnie uważany za fundamentalistę islamskiego.

Nie lepiej rokuje rząd izraelski. Potencjalnym partnerem do rozmowy miałby być Benjamin Netanjahu, premier Izraela, wywodzący się z konserwatywno-nacjonalistycznego Likudu. Warto wspomnieć, że w koalicji rządzącej jest jeszcze m.in. skrajnie prawicowa partia Yisrael Beitenu (której liderem jest kontrowersyjny Avignor Lieberman) oraz tzw. Zjednoczony Judaizm Tory, będący sojuszem dwóch ortodoksyjnych partii religijnych. Obserwując decyzje podejmowane po obu stronach sporu, można dojść do wniosku, że zarówno w Iranie, jak i w Izraelu, stery władzy przejęły jastrzębie, a nie gołębie.

Irańskie okręty wojenne przepływają prowokacyjnie pod nosem Izraela przez Kanał Sueski. Izrael manifestuje siłę swojego lotnictwa. Netanjahu bije pięścią w stół podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych twierdząc, że nie pozwoli, by pod nosem wyrosła mu atomowa kaczka (posłuchaj przemówienia Netanjahu). Z kolei Ahmadineżad uparcie twierdzi, że program jądrowy jest czysto pokojowy, ale niekoniecznie chce żeby Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej to sprawdziła. A przy okazji co jakiś czas przypomina, że może zamknąć drogę morską przez Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa spora część ropy.

Reasumując: nie po raz pierwszy w ostatnich miesiącach społeczeństwo sprzeciwia się działaniom politycznych liderów i nie po raz pierwszy wybiera Facebooka jako formę wyrażenia swojego sprzeciwu. Tyle, że kanapowy aktywizm nie ma wielkiego wpływu na decyzje polityczne. I nawet najbardziej propokojowe inicjatywy nie przyniosą rezultatów, jeżeli pozostaną wyłącznie w sferze wirtualnej. Nie zmienia to jednak faktu, że na poziomie czysto społecznym jest to krok do przodu w relacjach izraelsko-irańskich. Trzymając się jednak Facebookowej terminologii: „To skomplikowane”…