Newsletter

Ameryka: Słabość Obamy

Dominika Sztuka, 29.03.2012
Ciężko uznać zachowanie Rosji na arenie międzynarodowej za idące z duchem amerykańsko-rosyjskiego „resetu” – flagowej polityki prezydenta Obamy

Ciężko uznać zachowanie Rosji na arenie międzynarodowej za idące z duchem amerykańsko-rosyjskiego „resetu” – flagowej polityki prezydenta Obamy

Podczas szczytu nuklearnego, który miał miejsce w Seulu, prezydent Obama uciął sobie krótką pogawędkę z wciąż jeszcze urzędującym prezydentem Rosji, Dimitrijem Miedwiediewem.

Lokator Białego Domu poprosił swojego rosyjskiego odpowiednika o przekazanie wiadomości nowemu-staremu lokatorowi Kremla, Vladimirowi Putinowi. Ta prywatna – jak sądzili obaj przywódcy – rozmowa została przypadkowo zarejestrowana, o czym zarówno Obama, jak i Miedwiediew nie mieli bladego pojęcia.

Oto zapis tej intrygującej wymiany zdań:

Barack Obama: „Wszystkie te sprawy, szczególnie kwestia obrony antyrakietowej, da się rozwiązać, ale ważne jest, żeby on dał mi czas i pole do manewru”.
Dimitrij Miedwiediew: „Tak, rozumiem, pole do manewru dla ciebie…”.
Barack Obama: „To moje ostatnie wybory, po mojej reelekcji będę bardziej elastyczny”.
Dimitrij Miedwiediew: „Rozumiem, przekażę tę wiadomość Vladimirowi”.

Zarejestrowana pogawędka wywołała niemałe poruszenie. Tak w Ameryce, jak i na świecie. I choć Biały Dom argumentuje, że to „no big deal” – jak powiedzieliby Amerykanie – to jednak incydent ten ma bardzo duże znaczenie. Pokazał on słabość Baracka Obamy. Słabość jako prezydenta oraz słabość jako kandydata do reelekcji w listopadowych wyborach prezydenckich.

Już samo tłumaczenie amerykańskiej administracji jakoby prezydent USA wcale nie przekazywał Putinowi żadnych tajnych wiadomości, bo przecież rozmowa była nagrywana, pozostawia wiele do życzenia. Wobec takich argumentów ciężko nie zadać sobie pytania: dlaczego obaj panowie nie zdecydowali się zorganizować wspólnej konferencji prasowej i woleli pomówić, szepcząc sobie do uszu?

Prezydent Obama spieszy z odpowiedzią: okoliczności mają dziś nie sprzyjać prowadzeniu „przemyślanych” konsultacji w sprawie bezpieczeństwa nuklearnego. Za stosowniejsze uznał amerykański prezydent za to składanie stronie rosyjskiej nieprzemyślanych obietnic w kuluarach.

Być może Barack Obama postanowił nie zaprzątać głów Amerykanów tak ważną kwestią jak szeroko pojęta polityka nuklearna, w myśl logiki, którą zaprezentował opinii publicznej w lutym, kiedy to podczas imprezy fundraisingowej w Los Angeles uznał, że społeczeństwo USA nie rozumie polityki, oczekując poezji, podczas gdy rządzenie państwem, to przecież proza.

Obama utrzymuje ponadto, jakoby rozmowa z Miedwiediewem miała dotyczyć jedynie redukcji zapasów broni jądrowej. Nie do końca jest to prawda. I żeby to stwierdzić, nie trzeba rozumieć polityki – wystarczy umieć czytać. Jak pokazuje powyższy transkrypt, rozmowa dotyczyła expressis verbis „obrony przeciwrakietowej”, a dokładniej amerykańskiego programu obrony przeciwrakietowej w Europie.

I tak oto dochodzimy do sedna sprawy i prawdziwych motywów prezydenta Obamy, dla których wolał on porozmawiać z rosyjskim przywódcą z dala od blasku fleszy. Upublicznianie kwestii obrony antyrakietowej na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi mogłoby Barackowi Obamie przeszkodzić w uzyskaniu reelekcji, czego jest świadom, choć jego rozmowa z prezydentem Rosji sugerowałaby, że jest zupełnie odwrotnie.

Barack Obama, kilka miesięcy po objęciu urzędu prezydenta USA, wycofał się z pomysłu swojego poprzednika, Busha jr. zakładającego rozmieszczenie strategicznej obrony przeciwrakietowej w Polsce i w Czechach, służącej do osłony terytorium USA przed atakiem irańskich rakiet dalekiego zasięgu. Pomysłowi sprzeciwił się bowiem Vladimir – utrzymując konwencję poniedziałkowej pogawędki. Obama, którego do zwycięstwa wyniosły hasła „zmiany”, postanowił zmienić – oczywiście na lepsze – również stosunki pomiędzy Waszyngtonem i Moskwą. I zrezygnował z tarczy antyrakietowej w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji.

W zamian zaproponował nowy system, który w pierwszej kolejności miałby bronić terytorium Europy i rozmieszczonych na nim amerykańskich baz wojskowych. Pieczę nad nową koncepcją miało sprawować NATO, a inne kraje, takie jak Izrael czy Rosja, właśnie otrzymały od Obamy zaproszenie do współpracy przy powstawaniu nowych instalacji. Rosjanie nie byli jednak zainteresowani, podtrzymując swój sprzeciw przeciwko jakimkolwiek próbom rozmieszczania amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Europie.

W przeciwieństwie do Rosjan zainteresowanie oraz – co ważniejsze –  poparcie dla systemu wykazują jednak Amerykanie, z których ponad 80 proc. w 2009 roku opowiadało się za projektem tarczy antyrakietowej prezydenta Busha. Sytuacja na arenie międzynarodowej, gdzie Iran kontynuuje swój program nuklearny, a Izrael prze do wojny z Teheranem, tylko potęguje wśród Amerykanów przeświadczenie, że Ahmadineżad i jego bomby to aktualnie najpoważniejsze zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych.

Nic dziwnego, że prezydent Obama woli nie podejmować publicznej dyskusji o systemie obrony rakietowej, a co za tym idzie o ustępstwach, jakie uczynił w tym zakresie wobec Moskwy.

Moskwa broni zresztą Obamy przed krytykującą incydent opozycją z ramienia partii republikańskiej: politycy GOP powinni uświadomić sobie, że Zimna Wojna już się skończyła – komentuje Miedwiediew. Uwaga ta była przede wszystkim wymierzona w Mitta Romneya, który to najpewniej zmierzy się z Barackiem Obamą w listopadowych wyborach. Były gubernator Massachusetts uznał bowiem, że poniedziałkowa rozmowa była „alarmująca”, a Rosja stanowi nadal jedno z głównych geopolitycznych zagrożeń dla USA.

I choć republikański kandydat prezydencki nieco przesadził umieszczając Rosję w lidze państw szczególnie zagrażających dziś interesom i bezpieczeństwu USA, to ciężko jednak określić relacje amerykańsko-rosyjskie mianem sojuszniczych. Moskwa prezentuje odmienną od Waszyngtonu wizję polityki zagranicznej w odniesieniu do praktycznie wszystkich najważniejszych globalnych wyzwań dzisiejszego świata. Rozbieżności w interesach Kremla i Białego Domu na arenie międzynarodowej występują właściwie wszędzie: poczynając od Azji, przez Bliski Wschód, a na Ameryce Łacińskiej kończąc.

Obserwując politykę zagraniczną Rosji, można być również zdziwionym, że prezydent Miedwiediew tak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że lata „żelaznej kurtyny” minęły dawno temu. W lutym Rosja jak za dawnych lat – ramię w ramię z Chinami – zawetowała silnie popieraną przez USA rezolucję ONZ wzywającą syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada do ustąpienia. Miesiąc później Vladimir Putin podczas prezydenckiej kampanii wyborczej nazwał rosyjskich opozycjonistów „agentami CIA”.

Ciężko uznać zachowanie Rosji na arenie międzynarodowej za idące z duchem amerykańsko-rosyjskiego „resetu” – flagowej polityki prezydenta Obamy. Fakt, że prezydent Obama, po trzech latach nieefektywnej polityki ocieplania stosunków z Moskwą, nadal jest skłonny iść na ustępstwa wobec Rosjan, szczególnie w kwestii tak istotnej jak obrona przeciwrakietowa, świadczy o tym, że nie rozumie on, jak mówią jego republikańscy oponenci, co dziś zagraża bezpieczeństwu narodowemu USA.