Newsletter

Znaki bez znaczenia

Michał Dobrzański, 28.03.2012
W Polsce znaki drogowe kłamią. Informacje, które przekazują, w najlepszym razie są nieaktualne, niezrozumiałe lub zbędne. W najgorszym po prostu nieprawdziwe

W Polsce znaki drogowe kłamią. Informacje, które przekazują, w najlepszym razie są nieaktualne, niezrozumiałe lub zbędne. W najgorszym po prostu nieprawdziwe

W zeszłym roku podróżowałem ze znajomymi z Warszawy do Torunia. Ponieważ jechaliśmy  opłotkami, musieliśmy przekroczyć rzekę Bzurę. Gdy byliśmy już całkiem blisko, naszym oczom ukazał się nagle znak z informacją: „Awaria mostu na rzece Bzurze”. Nasz kierowca zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Zaczęliśmy dyskutować, co dalej. Kwestia, którędy wobec tego pojechać, nie zajmowała nas jednak najbardziej. Co znamienne, przede wszystkim zastanawialiśmy się, czy informacja na znaku jest w ogóle prawdziwa, czy też możemy jednak jechać dalej, bo most już dawno otwarto, a znak po prostu pozostał nieruszony. Ktoś mógł przecież o nim zapomnieć.

Jakiś czas temu w Warszawie, po praskiej stronie Wisły, oddano do użytku nowy węzeł drogowy, który łączy ze sobą przy pomocy dwóch poziomów estakad i ronda pięć różnych ulic. Budowla ta szybko została ochrzczona mianem ronda „Kometa”, zapewne z powodu swojego kształtu. Każdy, kto kiedyś tamtędy jechał wie, że odnalezienie się wśród wielu rozjazdów nie jest wcale proste, mimo oznakowania. Jest tak źle, że w internecie powstała nawet strona. Zawiera ona filmy instruktażowe (i to pokaźną ich liczbę) pokazujące, jak poruszać się po węźle, aby dojechać tam, gdzie się chce.

Obie te sytuacje mają oczywiście charakter anegdotyczny. Niemniej stanowią także wycinek prawdy o oznakowaniu polskich dróg. Prawdy, która stała się dla wszystkich tak oczywista, że przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Brzmi ona następująco – w Polsce znaki drogowe kłamią. Informacje, które przekazują, w najlepszym razie są nieaktualne, niezrozumiałe lub zbędne. W najgorszym zaś po prostu nieprawdziwe.

Pół biedy, gdy rzecz dotyczy ostrzeżeń typu „uwaga roboty drogowe”, postawionych przy drogach, gdzie remont już się skończył. I tak większość kierowców już dawno przestała je zauważać. Zwłaszcza, że wzdłuż polskich dróg człowiek znajduje się w gąszczu najróżniejszych dziwnych przedmiotów – błota, krzywych rur, dzikich reklam, chaszczy i tablic, które nocami świecą wszystkimi kolorami dostępnych na rynku diod LED. Niestety opisywany przeze mnie problem dotyczy wszystkich znaków, także tych, które są naprawdę ważne.

Szczególnie paląca z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego jest kwestia ograniczeń prędkości. Powiedzieć, że w Polsce jest przyzwolenie na ich łamanie, to zdecydowanie za mało. W naszym kraju już od dawna panuje powszechnie przyjęta konwencja, zgodnie z którą ograniczenia prędkości stanowią co najwyżej sugestię, iż przyzwoicie byłoby w danym miejscu zwolnić. I to bynajmniej nie do prędkości podanej na znaku. Konwencja ta jest usankcjonowana działaniami wszystkich instytucji, które odpowiadają za bezpieczeństwo. Drogowcy budują drogi o prędkości projektowej znacznie przekraczającej tę, która zostanie potem podana na znakach. Powstają drogi, które samą swą konstrukcją zachęcają wręcz do nieprzepisowej jazdy. Policja nie egzekwuje prędkości podanej na znakach. Wyłapuje tylko tych, którzy rażąco ją przekraczają, całą resztę puszczając wolno. Nawet radiowozy powszechnie ignorują limity prędkości. Przyzwolenie na łamanie przepisów znalazło już nawet usankcjonowanie w polskim prawie. Wszyscy w Polsce wiedzą, że prędkość, z którą należy jechać, ustala się „na oko”, a nie według znaków.

Cała sytuacja już dawno się zapętliła. Tworzy to samonapędzające się koło zamachowe przyzwolenia na zbyt szybką jazdę. Zarządcy dróg otwarcie przyznają, iż stawiają znaki „na wyrost”, bo przecież wiadomo, że i tak nikt ich nie będzie przestrzegał. Przykładem niech będzie tu warszawski tunel wzdłuż Wisły, przestrzeń przeznaczona stricte dla samochodów, z dala od ludzi, w dodatku chroniąca okolicznych mieszkańców przed hałasem. Mimo wielu postulatów, aby podnieść tam ograniczenie prędkości, zarządca konsekwentnie utrzymuje ograniczenie do 50 km/h, nieegzekwowane przez nikogo i – odpowiednio – przez nikogo nieprzestrzegane. Jak argumentuje swą decyzję? Ano tak, że i tak nikt tam nie przestrzega ograniczenia. Już nawet trudno mieć pretensje do samych kierowców, że nie jeżdżą przepisowo. Przecież wszyscy dają im do zrozumienia, że to nic złego!

Jak fałszywy jest to komunikat pokazują np. statystyki policyjne za rok 2011. Według nich najczęstszą przyczyną wypadków w Polsce jest nadmierna prędkość. Jednocześnie głównym narzędziem do przeciwdziałania temu problemowi pozostaje w naszym kraju tablica z ograniczeniem prędkości, do której skuteczności chyba nikt już nie ma złudzeń. Taki stan rzeczy to patologia. Zmiana musi zacząć się „od góry”. Dopóki bowiem państwo nie będzie w stanie zapewnić rzetelności informacji na znakach drogowych, dopóty trudno będzie wymagać od użytkowników dróg, aby traktowali je z należytą uwagą.