Newsletter

Syria: rewolucja trwa, świat patrzy

Magdalena Pacholska, 22.03.2012
Sojusz Waszyngton-Paryż-Tel Awiw ma zbyt dużo do stracenia, by zaangażować się dziś w rozwiązanie konfliktu w Syrii. Nie chce otwartego konfliktu z osią Moskwa-Damaszek-Teheran

Sojusz Waszyngton-Paryż-Tel Awiw ma zbyt dużo do stracenia, by zaangażować się dziś w rozwiązanie konfliktu w Syrii. Nie chce otwartego konfliktu z osią Moskwa-Damaszek-Teheran

Sesja Rady Bezpieczeństwa ONZ z 13 marca do złudzenia przypominała analogiczne zebrania z czasów Zimnej Wojny. Przedstawiciele „mocarstw“ tylko symbolicznie zasiadali przy okrągłym stole. Apel amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton i następująca po niej kategoryczna odpowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa nie pozostawiły złudzeń, że w najbliższym czasie nie ma co liczyć na ustalenie kompromisowego stanowiska wobec władz w Damaszku.

Przedmiotem dyskusji była trwająca od roku rewolucja w Syrii. Rozpoczęła się ona od zwykłych protestów antyrządowych, inspirowanych wydarzeniami Arabskiej Wiosny. Jednak od drugiej połowy ubiegłego roku przekształciła się w regularną wojnę domową, pochłaniającą tysiące ofiar.

Na pierwszy rzut oka sytuacja jest łudząco podobna do rewolucji w Libii. Zrodził się spontaniczny ruch społeczny sprzeciwiający się antydemokratycznemu reżimowi, na czele którego stoi dyktator rządzący krajem żelazną ręką. Z biegiem czasu ruch rośnie w siłę, a władza obiecuje tylko fasadowe ustępstwa. W efekcie rozpoczyna się otwarta konfrontacja zbrojna. Reżim jednak nie odpuszcza, krwawo rozprawiając się z rebeliantami, jak i cywilami. Powstańcy proszą o zagraniczną pomoc. I na tym podobieństwa się kończą.

Libijczycy dostali pomoc w formie strefy zakazu lotów, która skutecznie zneutralizowała wierne Kaddafiemu lotnictwo. W przypadku Syrii wszystko wskazuje na to, że oficjalne, realne wsparcie militarne nie zostanie udzielone. Przyczyn – jak zwykle zresztą – jest wiele. Aby je zrozumieć, trzeba znać najnowszą historię Syrii.

Syria, historycznie związana z Francją, od momentu uzyskania niepodległości w 1946 r. nie zaznała stabilizacji politycznej. Na permanentne konflikty z sąsiadami nakładały się napięcia wewnętrzne, będące odzwierciedleniem zróżnicowania religijnego ludności – choć zdecydowana większość mieszkańców wyznaje Islam, to wyznawcy tej religii nie stanowią jednolitej grupy.

I tak, 70 proc. to sunnici. Pozostałe 30 proc. to mozaika allawitów, druzdów, chrześcijan i Żydów. Na początku lat 70-tych prezydentem został Haffez Al-Assad, allawita, który w celu zdławienia opozycji krwawo stłumił sunnicki opór. Kulminacją tych wydarzeń była wciąż żywa w społecznej świadomości Syryjczyków tzw. masakra w Hamie z 1982 r., w której siły rządowe zastosowały bezwzględną taktykę spalonej ziemi zabijając przynajmniej 20 tys. osób.

Przez kolejnych 30 lat rządów Haffeza Al-Assada w kraju nieprzerwanie obowiązywał stan wyjątkowy pozwalający utrzymać społeczeństwo w ryzach. Nadzieję na przełom przyniosło przejęcie władzy przez syna dyktatora, Bashara Al-Assada w 2000 roku, lecz wprowadzone reformy ograniczały się do sfery gospodarczej nie obejmując, aż do 2011 roku, wolności obywatelskich.

Na początku rewolucji w styczniu ubiegłego roku wydawało się, że Al-Assad pójdzie na ustępstwa i zaspokoi żądania opozycji. Dwa miesiące później prezydent zdymisjonował cały gabinet. A w kwietniu został zniesiony wieloletni stan wyjątkowy. Działania te nie zaspokoiły żądań rebeliantów. Nakręcająca się spirala przemocy oraz coraz liczniejsze ofiary uświadomiły obu stronom, że porozumienie nie jest możliwe i walki będą trwały do osiągnięcia pełnego zwycięstwa: albo ostatecznej kapitulacji opozycji, albo dymisji Al-Assada.

W chwili obecnej sytuacja w kraju jest dramatyczna. W ostrzeliwanych przez siły rządowe miastach brakuje żywności, leków i elektryczności. Nasuwa się pytanie: kiedy społeczność międzynarodowa podejmie realne kroki w celu zakończenia rzezi, skoro działania dyplomatyczne, jak np. ostatnia próba mediacji podjęta przez zastępcę sekretarza generalnego ONZ ds. humanitarnych Valerie Amos, nie przynoszą oczekiwanych rezultatów?

Interwencja zbrojna, w świetle prawa międzynarodowego, jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna. Od połowy lat 90-tych przyjęto, że żaden rząd nie ma prawa mordować ludności cywilnej. Jeżeli się do tego posuwa, to społeczność międzynarodowa nie powinna usprawiedliwiać swojej bierności zasadą nieinterwencji w sprawy wewnętrzne danego kraju.

Innymi słowy: suwerenność państw, choć pozostaje podstawą współczesnego ładu międzynarodowego, pociąga za sobą nie tylko przywileje, ale też zobowiązania. Ich kwintesencją jest ochrona życia i zdrowia obywateli. Pierwszym praktycznym testem powyższego założenia była interwencja NATO podczas konfliktu w byłej Jugosławii. Z perspektywy czasu oceniono ją jako słuszną i konieczną.

Na jej kanwie w 2005 r. wykrystalizowała się koncepcja tzw. „Obowiązku ochrony“ (ang. „Responsibility to Protect” lub w skrócie R2P), wedle której społeczność międzynarodowa ma obowiązek powstrzymania rzezi cywilów nawet za pomocą siły zbrojnej, jeżeli zawodzi dyplomacja.

Dlaczego więc wspólnota międzynarodowa nie realizuje swojego zobowiązania wobec Syryjczyków? Mówiąc wprost: mamy do czynienia z brutalnością polityki przedkładanej nad zasady.

Otóż tradycyjnym sojusznikiem Syrii, jeszcze od czasów Związku Radzieckiego, jest Rosja. Dziś to Al-Assad jest gwarantem ochrony rosyjskich interesów na Bliskim Wschodzie. Zmiana władzy w Damaszku, zwłaszcza dzięki pomocy Zachodu, podważyłaby pozycję Rosji w regionie. Teoretycznie rzecz biorąc istnieje możliwość działania bez aprobaty Kremla, a nawet przy jego zawetowaniu rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Interwencja na Bałkanach przecież również odbyła się mimo sprzeciwu Moskwy. Tyle, że od lat 90-tych zmieniła się również, i to znacząco, sytuacja geopolityczna.

Putinowska Rosja jest zdecydowanie ważniejszym graczem na arenie międzynarodowej niż w ostatnich latach chybotliwej prezydentury Borysa Jelcyna. Tym bardziej, gdy jest popierana przez rosnące w siłę Chiny. A Pekin, co nie jest bez znaczenia, stał się w ostatnich latach głównym kredytodawcą wielu państw zachodnich.

Jakby tego było mało, „globalne szachy“ dodatkowo komplikuje trudna sytuacja wewnętrzna Stanów Zjednoczonych. Ameryka zmaga się z kryzysem gospodarczym. Jest zaangażowana w kosztowną i coraz bardziej kontrowersyjną wojnę w Afganistanie. Oceniając amerykańską rzeczywistość trudno się dziwić, że prezydent Obama nie pali się do interwencji w Syrii. Tym bardziej w świetle zbliżających się listopadowych wyborów prezydenckich.

Analogiczne argumenty prawdopodobnie przyświecają Nicolasowi Sarkozy’emu, który wojnę o reelekcję stoczy już w kwietniu. Dla własnego bezpieczeństwa ogranicza się tylko do nacisków dyplomatycznych.

Nie należy też zapominać o wieloletnim sojuszu syryjsko-irańskim. Oparty jest na bardzo silnej podstawie, gdyż spaja go wspólny wróg: Izrael. Każda ewentualna interwencja Zachodu w Syrii najprawdopodobniej pociągnęłaby za sobą zdecydowaną reakcję Teheranu, z którym relacje są już wystarczająco napięte – ze względu na podejrzenia rozwijania programu atomowego. Patrząc na szachownicę z szerszej perspektywy wydaje się, że sojusz Waszyngton-Paryż-Tel Awiw ma za dużo do stracenia angażując się w konflikt w Syrii. I dlatego nie chce zaogniać stosunków na osi Moskwa-Damaszek-Teheran.

Ale pozostaje jeszcze jedno pytanie: jakie mogłyby być długofalowe konsekwencje przejęcia władzy przez syryjskich rebeliantów? I, to po drugie, kto właściwie dzierżyłby stery państwa?

Dotychczasowe epizody Arabskiej Wiosny nie napawają optymizmem. W Egipcie akceptowany przez Zachód Mubarak został zastąpiony przez islamskie Bractwo Muzułmańskie. W Libii wciąż panuje chaos. Choć nadal trudno odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie są syryjscy opozycjoniści, coraz wyraźniej widać, że do głosu dochodzi radykalny sunnicki Islam, z którego wyznawcami – jak pokazuje doświadczenie – negocjuje się trudniej niż z pragmatycznymi technokratami typu Al-Assad czy Mubarak. Trzymając się realpolitik okazuje się, że nie ma o co kruszyć kopii, gdyż obecny układ sił jest korzystny dla wszystkich zainteresowanych graczy.

A co z ginącymi cywilami? Przecież „pomaga im Czerwony Krzyż“.

*Magdalena Pacholska – absolwentka Stosunków Międzynarodowych w Collegium Civitas. Obecnie studentka IV roku prawa na UW i V roku bezpieczeństwa narodowego na Akademii Obrony Narodowej. Stażystka w Institute for National Security Studies w Tel Awiwie.