Newsletter

Językowe kłopoty Santorum

Dominika Sztuka, 17.03.2012
Czy przez słowne faux pas Rick Santorum ostatecznie pogrąży swoje szanse na zdobycie republikańskiej nominacji prezydenckiej?

Czy przez słowne faux pas Rick Santorum ostatecznie pogrąży swoje szanse na zdobycie republikańskiej nominacji prezydenckiej?

Rick Santorum, kandydat do uzyskania republikańskiej nominacji prezydenckiej, zapowiedział, iż Portoryko chcąc oficjalnie dołączyć do Stanów Zjednoczonych będzie musiało przyjąć angielski jako swój główny język. W listopadzie Portorykanie zadecydują w referendum, czy wyspa stowarzyszona od ponad 100 lat ze Stanami Zjednoczonymi stanie się 51. stanem.

Wypowiedź udzielona portorykańskiemu dziennikowi „El Vocero” wywołała za oceanem falę kontrowersji. Szczególnie w kontekście republikańskich prawyborów, które już jutro odbędą się na „czarującej wyspie”. Portorykanie odebrali słowa byłego senatora z Pensylwanii jako atak na swoją tożsamość, za co Santorum może zapłacić wysoką, polityczną cenę. Poważnie osłabił on bowiem swoje szanse na zdobicie głosów 23 delegatów, będących stawką w niedzielnych prawyborach. Co więcej, naraził się on poważnie całej społeczności latynoskiej, która zaciekle broni prawa do posługiwania się językiem hiszpańskim w USA.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych nie ustanawia żadnego oficjalnego języka w kraju Wuja Sama. Jako że ustawa zasadnicza oraz prawo, które stanowi urasta w Ameryce do rangi świętości („The Holy of Holies”), język, którym posługują się Portorykanie nie może stanowić warunku przystąpienia do unii. Pomimo podejmowanych od lat przez partię republikańską starań, dotychczas nie udało się przeforsować prawa, które uczyniłoby angielski oficjalnym językiem w USA.

Portoryko to terytorium dwujęzyczne. Zarówno angielski, jak i hiszpański stanowią oficjalne języki urzędowe na wyspie. Blisko 90 proc. Portorykanów posługuje się hiszpańskim jako pierwszym językiem. Od 1917 r. mieszkańcy wyspy posiadają amerykańskie obywatelstwo oraz prawo wyboru swojego reprezentanta do Kongresu (komisarz-rezydent w Izbie Reprezentantów), który pozbawiony jest jednak prawa do głosowania.

Dwu lub wielojęzyczność za oceanem dotyczy nie tylko Portoryko. Z podobną sytuacją mamy do czynienia chociażby w stanach takich, jak Maine czy Luizjana, gdzie obok angielskiego językiem oficjalnie uznawanym jest francuski. W Nowym Meksyku z kolei, hiszpański funkcjonuje jako de facto język urzędowy. Na Alasce w lokalach wyborczych do dyspozycji mieszkańców pozostają tłumacze, którzy udzielają pomocy tym, którzy posługują się językiem tagalskim – rdzennym  językiem Alaskańczyków. Na Hawajach, obok angielskiego, drugim oficjalnym językiem jest hawajski, co nie przeszkodziło „wielkiej wyspie” stać się 50. stanem w 1959 roku.

To nie pierwsza w trwających republikańskich prawyborach niefortunna wypowiedź Santorum, reprezentującego skrajnie prawicowe skrzydło GOP. Wystarczy przytoczyć chociażby jego opinię na temat służby kobiet w amerykańskiej armii, które jakoby z powodu odmiennego typu wrażliwości mają nie nadawać się, by walczyć w oddziałach bojowych. Kolejny przykład pochodzi z książki byłego senatora „It Takes a Family”, w której pisze, iż feministki wywierają presję na kobiety, by te – zamiast poświęcać się rodzinie – podejmowały pracę zawodową. Swoistą wisienką na torcie niefortunnych stwierdzeń obozu Santorum była słynna już wypowiedź Fostera Friessa – biznesmena popierającego kandydata i finansującego jego kampanię wyborczą – jakoby aspiryna była najlepszą metodą antykoncepcji.

Każdemu słownemu faux pas popełnionemu przez Ricka Santorum zawsze towarzyszy sprostowanie. I tym razem były senator z Pensylwanii bardzo szybko wycofał się ze swojej wypowiedzi. Po raz kolejny słowa prawicowego polityka miały zostać „złośliwie przekręcone”. „Rozumiem, że ludzie mówią różnymi językami i reprezentują różne kultury. Miałem jedynie na myśli, że znajomość angielskiego jest w Ameryce niezbędna, że jeśli jesteś Amerykaninem musisz mówić po angielsku” – tłumaczy się były senator. Wyjaśnienia okazały się jednak niewystarczające, co stało się jasne, kiedy Oreste Ramos, znany portorykański polityk wycofał poparcie dla Santorum, którego mu wcześniej udzielił, argumentując swoją decyzję niemożliwością wsparcia kandydata na prezydenta USA, który nie rozumie socjologicznych i językowych realiów Ameryki.

Mitt Romney, dotychczasowy lider republikańskiego wyścigu o nominację partyjną, którego pozycja została nieco zachwiana za pośrednictwem ostatnich zwycięstw Santorum w dwóch południowych stanach – Alabamie i Mississippi – nie mógł sobie wymarzyć takiego prezentu od swojego kontrkandydata. Natychmiast wykorzystał on okazję, by zdystansować się od stanowiska Santorum. „Angielski to język możliwości w Ameryce i dlatego popieram wszelkie inicjatywy zmierzające do poszerzenia znajomości tego języka wśród Portorykańczyków. Nie stanowi to jednak w żadnym razie warunku dla Portoryko, by stać się 51. Stanem” – oznajmił Romney podczas wiecu wyborczego w San Jose. Tę wypowiedź zgromadzony tłum przyjął brawami oraz okrzykami: „Viva Romney!”

Kwestia statusu języka angielskiego w USA jest jednak o wiele poważniejsza od tego, jak wpłynie ona na dalsze losy republikańskiego, prawyborczego pojedynku. I tak naprawdę spór o to, czy używanie angielskiego jako głównego języka powinno stanowić warunek przyłączenia kolejnego terytorium do Stanów Zjednoczonych stanowi jedynie margines problemu. Nikt nie spodziewa się przecież ekspansji terytorialnej supermocarstwa. Istotą sprawy jest to, jakie skutki na społeczeństwo amerykańskie oraz Amerykę w ogóle ma brak prawnej regulacji ustanawiającej angielski oficjalnym językiem urzędowym w USA.

Zdania są podzielone. I to od bardzo dawna. Już w 1780 roku podczas Kongresu Kontynentalnego, prezydent John Adams zaproponował, aby angielski oficjalnie pełnił funkcję nowopowstałej unii. Jego propozycja została jednak odrzucona jako „niedemokratyczna” oraz „stanowiąca zagrożenie dla wolności”. I choć od tamtej pory minęło już ponad 200 lat, Ameryka nie przybliżyła się do rozwiązania tego problemu.

Wobec niemożności uregulowania tej kwestii na poziomie federalnym, niektóre stany postanowiły wziąć sprawę w swoje ręce, ogłaszając angielski oficjalnym językiem. Tak jest w 31 stanach. Nie zwalnia ich to jednak z obowiązku dostarczenia swoim obywatelom tłumaczeń w odniesieniu do spraw finansowanych z budżetu federalnego.

Przeciwnicy ustanowienia angielskiego językiem USA w świetle prawa twierdzą, że przeczyłoby to istocie Ameryki jako państwa imigrantów oraz, że uderzyłoby to w prawa tych obywateli, którzy słabiej lub w ogóle nie władają tym językiem. Ich argumentacja sprowadza się do logiki: podatki płacą wszyscy bez wyjątków, dlatego też wszyscy bez wyjątków powinni mieć zagwarantowane takie same prawa, bez względu na to w jakim stopniu posługują się angielskim.

Druga strona sporu twierdzi natomiast, że właśnie w trosce o ową równość praw i szans powinno się nie tylko ustanowić angielski językiem oficjalnym w Ameryce, ale również egzekwować od wszystkich obywateli jego znajomość. Ostatnio głośna za oceanem stała się sprawa Alejandriny Cabrery, która nie dostała pracy w urzędzie miasta w San Luis w stanie Arizona, gdyż zbyt słabo władała językiem angielskim. Sprawa skończyła się w sądzie. Cabrera przegrała. I choć perfekcyjnie zna hiszpański, a blisko 99 proc. mieszkańców San Luis to latynosi, to w świetle prawa stanowego angielski jest językiem oficjalnym w Arizonie i urzędnicy stanowi muszą go znać.

I właśnie po to, żeby w Ameryce nie dochodziło do tego typu sytuacji, w których obywatele podlegają dyskryminacji w dostępie do niektórych stanowisk pracy ze względu na sprawność językową, republikańscy politycy, na czele z tegorocznymi kandydatami do uzyskania prezydenckiej nominacji, próbują przeforsować zmiany prawne, które wreszcie ustanowiłyby angielski oficjalnym językiem USA. Ponadto, chcą zreformować system oświaty tak, by ten nakazywał wszystkim dzieciom naukę tego języka, która dziś nie wszędzie jest obowiązkowa.

Republikanie już zapowiadają zgłoszenie odpowiedniego projektu ustawy w Kongresie. Niewielkie szanse na jej przegłosowanie nie mają tutaj większego znaczenia. Według sondaży, 90 proc. Amerykanów oraz prawie 80 proc. społeczności latynoskiej opowiada się za ustanowieniem angielskiego oficjalnym językiem. Tak się składa, że w 2007 r. prezydent Obama, wówczas jako senator głosował przeciwko wprowadzeniu idących w tym kierunku zmian legislacyjnych. Jak wówczas stwierdził, ważniejsze od tego, by imigranci uczyli się angielskiego jest to, by Amerykanie uczyli się drugiego języka. Historie takie, jak Alejandriny Cabrery pokazują jednak, iż prezydent Obama chyba nieco zbagatelizował problem. Takiej szansy GOP na pewno nie przepuści. Tym bardziej, że głosy społeczności latynoskiej mogą zaważyć na losach prezydenckiej batalii w listopadowych wyborach.