Newsletter

Deregulacja czy deprecjacja zawodów?

Kamil Domagała, 14.03.2012
Skoro w innych krajach regulowanie dostępności do pewnych zawodów nie obniża jakości świadczenia usług, dlaczego w Polsce miałoby się tak stać?

Skoro w innych krajach regulowanie dostępności do pewnych zawodów nie obniża jakości świadczenia usług, dlaczego w Polsce miałoby się tak stać?

Do inicjatywy ministerstwa sprawiedliwości ciężko odnieść się w sposób holistyczny. „Deregulacja” jest jedynie hasłem, pewną ogólną propozycją. Tymczasem pod projektem kryje się bardzo złożony, skomplikowany, pracochłonny i wielowątkowy proces, który będzie wymagał współpracy całego rządu i wielu konsultacji międzyresortowych, a także społecznych. Rządowa propozycja ma być rozsądnym usuwaniem barier – lub ich ograniczaniem – w dostępie do niektórych profesji.

Warto zwrócić uwagę na linię podziałów społecznych i politycznych w tej sprawie. Politycy nie są podzieleni – jak mogłoby się wydawać – w klasycznej linii prawica-lewica lub rządzący-opozycja. Społecznie również nie występują sztampowe podziały typu bogaci-biedni, niewykształceni-inteligencja. Sprawa zawodów reglamentowanych bardziej zdaje się łączyć niż dzielić. Jest to warte uwagi o tyle, że w ostatnich latach więcej tematów Polaków dzieli niż łączy. Z politycznego punktu widzenia kompromis jest również rzeczą nieczęsto spotykaną w polskiej polityce.

Instruktor nauki jazdy

Szczególnie zainteresowane deregulacją powinny być osoby studiujące i absolwenci. W dzisiejszych czasach studenci – nawet uczący się w trybie dziennym – podejmują pracę zarobkową. Nie inaczej było ze mną. Z racji, że dobrze czuję się za kierownicą postanowiłem tymczasowo popracować w zawodzie instruktora nauki jazdy.

Niedawno ukończyłem kurs instruktora i zdałem egzamin państwowy przed komisją powołaną przez wojewodę dolnośląskiego. Jestem zwolennikiem deregulacji, mimo iż reprezentuję zawód silnie reglamentowany i sam musiałem ubiegać się o wydanie kosztownych uprawnień. Dlaczego?

Teoretycznie powinienem się solidaryzować z moją grupą zawodową i przedstawicielami innych grup zawodowych, których dotyczą projekty ministra Jarosława Gowina, zgodnie z powiedzeniem, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Przytaczając argumenty „za” deregulacją oprę się na przykładzie własnej grupy zawodowej. Kurs odbyłem w jednej z najlepszych krakowskich szkół jazdy szkolących instruktorów. Mimo to nie uważam, aby był on szczególnie przydatny przy wykonywaniu zawodu. I to nie za sprawą tego, że szkoła czy wykładowcy byli kiepscy. Po prostu system szkolenia w zakresie zajęć teoretycznych obejmował głównie znajomość ustawy „Prawo o ruchu drogowym”, którą każdy kierowca posiadający prawo jazdy kategorii B powinien znać.

W zakresie szkolenia kandydatów na instruktorów jeden absurd zdaje się gonić drugi. I tak część praktyczna kursu to… obserwacje lekcji praktycznych w roli pasażera. Przepisy zabraniają kandydatowi na instruktora zasiadać po „prawej” stronie podczas lekcji, gdyż nie posiada odpowiednich uprawnień ku temu.

Kolejnym nonsensem zdaje się być i to, że instruktorem nauki jazdy może zostać każda osoba posiadająca prawo jazdy minimum od 3 lat. I to niezależnie od tego, czy prawo jazdy przeleżało 3 lata w szufladzie, czy dana osoba rzeczywiście praktykowała jazdę samochodem w tym okresie.

Po ukończeniu kursu przyszedł czas na egzamin, który również szczególnie trudny nie był. Podano wcześniej bazę 1000 pytań, które pojawiły się na teście oraz 26 zagadnień tematycznych do prowadzenia pokazowej lekcji przed komisją. Po tej części przyszedł czas na egzamin praktyczny. Niespodzianka, egzamin nie obejmował nawet tych elementów, które napotyka początkujący kandydat na kierowcę! A co było? Przygotowanie do jazdy oraz jazda pasem po „łuku” do przodu i do tyłu. Nie sprawdza się nawet umiejętności przyszłego instruktora w ruchu drogowym. Tak oto po przejściu poszczególnych etapów zostałem instruktorem. Łączny koszt – ok. 3 tys. zł.

Taksówki i tanie przewozy

Inny zawód przedstawiony przez ministra Gowina do deregulacji: taksówkarz. Obecnie funkcjonujące i modne przewozy osób spisywały się, moim skromnym zdaniem, bardzo dobrze. Jednak ustawa wchodząca w życie w kwietniu 2012 r. przewiduje obowiązek posiadania uprawnień taksówkarskich dla osób chcących wykonywać odpłatny przewóz osób samochodami osobowymi.

W tanich przewozach osób zagrożenie upatrywały wielkie, prężnie broniące swoich interesów i przywilejów korporacje taksówkarskie. Pod hasłami obniżenia jakości usług i deprecjacji zawodu taksówkarze wywalczyli wyżej wspomnianą ustawę. Tymczasem przez kilka lat istnienia tanich przewozów nie słyszałem, żeby ktoś skarżył się na ich usługi. W dobie GPS-ów zdawanie egzaminu z topografii miasta zdaje się być nieporozumieniem. Myślę, że powinniśmy pozostawić w gestii klientów sprawę tego, czy chcą jeździć uprzywilejowanymi pasami „TAXI”, wjeżdżać do ścisłego centrum miasta czy poruszać się po mieście z wykwalifikowanym taksówkarzem.

Z drugiej strony chciałbym uspokoić korporacje taksówkarskie, gdyż nie muszą się one obawiać o swoje istnienie. Z pozoru tanie przewozy osób zdają się być sporą konkurencją dla tradycyjnej taxi, jednak inny jest standard cenowy. Jednym słowem, gdyby nie istniały tanie przewozy osób, większość ich klientów zrezygnowałaby z poruszania się po mieście z kierowcą i przerzuciłaby się na komunikację miejską. Większość klientów tanich przewozów osób stanowią bowiem studenci i stali klienci. Nie przypuszczam, żeby studenta było stać na przejechanie z jednego końca miasta na drugie za przeszło 60 zł. Za połowę tej ceny oferta zdaje się być o wiele bardziej kusząca.

Deregulacja a miejsca pracy

Kolejna sprawa: obecne regulacje dotyczące dostępności do niektórych zawodów zadają cios nie tylko rynkowi pracy, ale i polskiej przedsiębiorczości. Ministerstwo sprawiedliwości szacuje, że dzięki deregulacji powstanie ok. 100 tys. nowych miejsc pracy. Nie jest zatem tak, jak twierdzą zagorzali krytycy rządu Donalda Tuska i reformy emerytalnej, że rządzący nic nie robią w celu zwiększenia ilości miejsc pracy, a jedynie podwyższają wiek emerytalny.

Deregulacja może być poważnym krokiem ku poprawie sytuacji na rynku pracy, szczególnie wśród młodych oraz innych grup zagrożonych wykluczeniem lub z utrudnionym dostępem do rynku pracy. Warto również wspomnieć, że w Polsce istnieje największa grupa zawodów reglamentowanych w Europie! Jest ich aż 380. Dla porównania, w Niemczech takich zawodów jest 152, we Francji 150, w Holandii 134, a w Estonii jedynie 47. Skoro w innych krajach regulowanie dostępności do pewnych zawodów nie obniża jakości świadczenia usług, dlaczego w Polsce miałoby się tak stać?

Oczywistą konsekwencją otwarcia rynku dla niektórych zawodów będzie zwiększenie konkurencyjności, a co za tym idzie, obniżka cen za świadczone prace. Zdrowa konkurencja powinna wymusić ich wysoką jakość. Kto nie dostosuje się do rynkowych standardów, szybko zniknie z rynku.

*Kamil Domagała – absolwent politologii oraz informacji naukowej i bibliotekoznawstwa, kontynuuje studia magisterskie z zakresu nauk o polityce na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Członek Platformy Obywatelskiej RP oraz Stowarzyszenia „Młodzi Demokraci”. Uczestnik I Szkoły Myślenia Instytutu Obywatelskiego.