Newsletter

MAKOWSKI ROZMAWIA: Coaching dla Polski

Anna Giza-Poleszczuk, 12.03.2012
Nie sprowadzajmy Euro 2012 do infrastruktury!

Strona 1

Nie sprowadzajmy Euro 2012 do infrastruktury!

Jarosław Makowski: Cztery lata temu Polacy dowiedzieli się, że będą współgospodarzami Euro 2012. Zapanował ogólnonarodowy entuzjazm. Dziś, na kilka miesięcy przed tym wydarzeniem, entuzjazmu jest jak na lekarstwo. Co się stało?

Prof. Anna Giza-Poleszczuk: Entuzjazm jest, ale zdecydowanie przycichł.

Dlaczego?

AGP: Nie została zaproponowana żadna przestrzeń, w której zwykli ludzie mogliby mieć poczucie, że to oni są gospodarzami Euro, a ich propozycje są brane pod uwagę przez rządzących. Mówiąc krótko: nie zostało powiedziane, że ich zaangażowanie ma sens. Sytuacja ta przypomina zachowanie tradycyjnej rodziny, gdy przygotowywana jest uczta świąteczna, ale rodzice mówią dzieciom, by siedziały cicho w swoich pokojach. I, rzecz jasna, nie przeszkadzały.

Przecież wciąż słyszymy o Euro 2012, szczególnie w kontekście infrastruktury: drogi będą czy nie będą gotowe na mistrzostwa?

AGP: Euro 2012, i tu zgoda, zostało sprowadzone do infrastruktury. Czy ludzie mają złapać za cegły i lecieć budować Stadion Narodowy? Przy budowie dróg nic tu po nas i naszym entuzjazmie. Musimy czekać, aż profesjonaliści te drogi nam zbudują.

Po drugie, ważniejsze jest to, jak powitamy gości odwiedzających w tym czasie Polskę. Jaki pakiet kulturalny dla nich przygotujemy? Mówię tu o miękkiej sile przyciągania i promowaniu kraju, które jest konieczne przy takich imprezach, jak Euro 2012.

Zobaczmy, jak Londyn przygotowuje się do olimpiady. Od początku było wiadomo, jaki jest cel – to mają być najbardziej społeczne i demokratyczne igrzyska olimpijskie z dotychczasowych. W tym celu zawiązano współpracę z BBC. W specjalnym programie na bieżąco powstają reportaże z dzielnic, w których budowane są obiekty sportowe. Bohaterami reportaży są mieszkańcy, mówiący, jak zmienia się ich otoczenie pod wpływem przygotowań do olimpiady.

Maria Rogaczewska: Pokazywane są zmiany dokonujące się w ludzkiej mentalności. Do dzieciaków wałęsających się po ulicach przychodzi trener podwórkowy i zaczyna grać z nimi w piłkę siatkową czy koszykówkę. I te dzieciaki mówią wprost, że czas, który pozostał do olimpiady, nie jest dla nich czasem straconym.

Metaforycznie rzecz ujmując, czas przygotowań do olimpiady w Londynie jest wypełniony po brzegi ludźmi i treściami z nimi związanymi, a nie infrastrukturą. Przygotowanie nie polega na tym, że wbija się pale, lecz na tym, że dokonuje się proces, który zachodzi w samych ludziach. U nas o to nikt dotychczas nie zadbał.

Co musielibyśmy zrobić dziś, by jeszcze udało się nam uspołecznić mistrzostwa?

MR: Po pierwsze, przydałaby się animacja społeczno-kulturalna we wszystkich dzielnicach, gdzie powstają nowe obiekty sportowe. W przypadku Warszawy jest to prawobrzeżna część, Saska Kępa. Powinny odbyć się się warsztaty władz z mieszkańcami, podczas których wspólnie można by się zastanowić , co to znaczy, że ten stadion będzie, że za chwilę pojawią się tu tysiące kibiców i gości. Takich rozmów z mieszkańcami jednak w ogóle nie było. W zamian proponuje się nam przebieżkę wokół stadionu. To pomysł rodem z PRL-u.

AGP: Pomysłów na uspołecznienie Euro 2012 powinno być możliwie dużo. Jeżeli ludzie cieszyli się w związku z Euro 2012 przed kilkoma laty, to nie dlatego, że w Polsce będą rozgrywane mecze, ale dlatego, że czuli instynktownie, iż jest to wehikuł zmian dotykający bardzo wielu dziedzin życia. Że to jest czas, gdy „robimy coś razem” i dla naszego wspólnego dobra.

Nasza drużyna nie jest silna. Ale to jest idealny moment, by zapoznać się z problemami szkoleniowymi młodych piłkarzy. Zobaczyć, jak funkcjonują drużyny podwórkowe po to, aby dać im wsparcie w przyszłości. Gra toczy się o to, by Euro 2012 potraktować jako inwestycję w ludzi, a nie tylko kosztowną imprezę korporacyjną.

Kto miałby stać się takim koordynatorem uspołeczniającym Euro – rząd? Czy raczej sami obywatele winni się skrzykiwać i samoorganizować, by wykorzystać ten moment dla siebie i swoich wspólnot?

MR: Rządzący przede wszystkim powinni posłuchać obywateli. W Poznaniu pomagaliśmy organizować pierwszy w Polsce sondaż deliberatywny. 1,5 tys. mieszkańców Poznania zostało wysłuchanych, dowiedzieliśmy się, co sądzą o sporcie w swoim mieście i o stadionie. Wysłuchaliśmy pomysłów, jak powinien być zagospodarowany – obiekt i jego okolice? Przedsięwzięcie trwało cały dzień. Niestety, to, co mówili mieszkańcy, zostało w jakimś sensie zaprzepaszczone z powodu kłopotów z wprowadzeniem takiego stylu zarządzania stadionem, jaki był przez nich preferowany.

AGP: Do organizacji Euro 2012 w Polsce została powołana spółka o charakterze menadżerskim. Jej zadaniem nie było budowanie demokracji czy poszerzanie partycypacji obywatelskiej. Nie miała także na uwadze rewitalizacji zaniedbanych dzielnic. Ta spółka odpowiada tylko i wyłącznie za przygotowanie infrastruktury i samej organizacji. Z tego wynika, że rząd zajął się mistrzostwami w sposób czysto technokratyczny, nie przemyślał dobrze spraw społecznych towarzyszących tak dużej imprezie.

W przypadku londyńskiej olimpiady, tam również część opinii publicznej mówiła, jak w Polsce: do czego nam potrzebna ta olimpiada? Zaraz potem przeprowadzono roczne konsultacje z mieszkańcami, których celem było zdefiniowanie społecznych priorytetów igrzysk olimpijskich. Szybko je określono: rewitalizacja miasta, włączanie bezrobotnych do budowy miasteczka olimpijskiego, szerzenie tolerancji, upowszechnianie sportu itd. I od początku zdobyto na te społeczne cele fundusze. Zauważmy też, że obiekty na igrzyska są planowane w taki sposób, by można byłoby je wykorzystać już po zakończeniu igrzysk.

Tymczasem w Polsce takich konsultacji nie przeprowadziliśmy. Przez długi czas chodziliśmy za byłym prezesem Rafałem Keplerem, by zgodził się na przeprowadzenie sondażu deliberatywnego z mieszkańcami okolic Stadionu Narodowego. Nie zgodził się. Czy to strach przed ludźmi?