Newsletter

Deklaracje wyprzedziły rzeczywistość

Aleksandra Piotrowska, 09.03.2012
W większości rodzin w Polsce, w których kobiety są aktywne zawodowo, ich praca jest dodatkowym obowiązkiem, oprócz zajmowania się domem. Z partnerstwem ma to niewiele wspólnego

W większości rodzin w Polsce, w których kobiety są aktywne zawodowo, ich praca jest dodatkowym obowiązkiem, oprócz zajmowania się domem. Z partnerstwem ma to niewiele wspólnego

Marzena Haponiuk: Od kiedy możemy mówić o procesie wychowywania dziecka? Kto ma największy wpływ na jego rozwój?

Dr Aleksandra Piotrowska: Bez wątpienia zaczyna się już w momencie pojawienia się dziecka na świecie. Można by właściwie sięgnąć jeszcze wcześniej – do toczonych przez większość par czekających na dzieci rozmów tyczących tego, jak dziecko będzie wychowywane. Te pełne radości, ale i niepewności rozważania w stylu: „A jak będziemy postępować, gdy dziecko będzie nieposłuszne” też mają swoje znaczenie w procesie wychowania. Przyczyniają się do powstania postaw rodzicielskich.

Do niedawna każdemu z rodziców była przypisana określona rola – matka zajmowała się dzieckiem i przebywała w domu. Ojciec za to był żywicielem rodziny. Czy ostatnio ten model przybiera bardziej partnerską postać?

Gdy porównamy dzisiejszą sytuację z minionymi tysiącami lat, to możemy powiedzieć, że w drugiej połowie XX w. i obecnie obserwujemy przeformułowanie ról – macierzyńskiej i ojcowskiej. To jednak wtórna sprawa wobec zmian cywilizacyjnych w ogóle. Nastąpiło przecież „odkrycie”, że kobieta to też człowiek, może myśleć i mieć swoje zdanie. Zaznaczam, że w cywilizowanej Europie, w Szwajcarii, kobiety dopiero w latach 70-tych zyskały prawa głosu, do tej pory uważano, że są głupiutkimi istotami, które muszą być otoczone opieką istoty mądrej, czyli mężczyzny. Zmiany nastąpiły stopniowo, nie u wszystkich ludzi, ale jednak, i skutkiem innego sposobu postrzegania kobiety jest między innymi to, że kobiety pracują. Wiele z nich zresztą radzi sobie lepiej zawodowo niż mężczyźni.

Trudno, by świetnie prosperująca zawodowo i dobrze zarabiająca kobieta, w dalszym ciągu spełniała rolę pokorniutkiej blondyneczki, która patrzy z uwielbieniem na pomysły swojego mężczyzny i przytakuje zachwycona, że zechciał się łaskawie pojawić w jej życiu. Zmieniła się cywilizacja i nie mogło to zostać bez wpływu na kształt ról rodzicielskich. Na dodatek podążyły za tym regulacje prawne. W wielu krajach jest naprawdę wszystko jedno, czy urlop z powodu urodzenia dziecka bierze kobieta czy mężczyzna. Państwa wyraźnie zachęcają do tego, żeby oboje rodzice zajmowali się dzieckiem. Mężczyzna może dostać część urlopu, którego nie może za niego wykorzystać kobieta. W Polsce zaczęło się bardzo skromnie, w tej chwili są to bodajże 2 tygodnie, ale jednak. I teraz ci młodzi panowie, którzy stykają się przecież z zupełnie innymi kobietami niż ich babcie i matki, w bardzo dużej części przypadków ładnie się w te zmiany wpisują.

Czyli radzą sobie.

Tak, ale ja bym tego nie nazwała absolutnie partnerskim modelem. W większości rodzin, w których kobiety są aktywne zawodowo, ich praca jest dodatkowym obowiązkiem, oprócz zajmowania się domem. Z partnerstwem ma to niewiele wspólnego. Mężczyzna co najwyżej pomaga kobiecie w tzw. pracach domowych, a wszystko jest w dalszym ciągu na jej głowie. Tak samo wygląda pomoc przy dziecku: tata bierze udział w kąpieli, potrafi zostać z dzieckiem wtedy, gdy matka musi wyjść na krótko. Panowie pozostawieni na krótkich dyżurach naprawdę dobrze sobie radzą. Jest też, na razie wciąż nieliczna, ale już zauważalna, liczba młodych rodzin, gdzie mamy do czynienia z prawdziwym partnerstwem, gdzie mężczyzna i kobieta wspólnie dzielą się obowiązkami, nie zwracając uwagi na stereotypowe przypisanie pewnych czynności do płci.

Pojawia się tzw. ojciec zaangażowany. Czym sposób wychowania dziecka przez takiego ojca różni się od sposobu, w jaki dziecko wychowuje kobieta?

Więcej tutaj stereotypowych przekonań niż faktów. Nie jest prawdą, że mężczyzna nie przeżywa emocji, że jest taki racjonalny w przeciwieństwie do kobiety. Owszem, częściej mężczyzna wyzwala u dziecka aktywność fizyczną, bawi się w sposób angażujący. Natomiast wielu młodych ojców potrafi robić to wszystko, co do tej pory tradycyjnie przypisywane było kobietom i zajmują się maleńkimi dziećmi w sposób świetny. No może poza tym, że nie potrafią służyć biustem, ale przecież wiele małych dzieci jest karmionych sztucznie.

Panowie mogą też liczyć na większe wsparcie od otoczenia, bo ciągle jeszcze mężczyzna na placu zabaw czy przewijający dziecko na publicznym przewijaku w supermarkecie, czy w kinie, wywołuje sensację. Tak jakby był zupełnie niesamowity i niezwykły, że został z dzieckiem.

W mediach, reklamie pojawia się wizerunek nowego ojca. A gdy w domu dziecko ma do czynienia z tradycyjnym modelem wychowania, to w jakiś sposób wpływa na jego świadomość i osobowość?

Absolutnie nie możemy jeszcze powiedzieć, że dzisiaj w mediach dominuje pokazywanie modelu ojca uczestniczącego i zaangażowanego. Gdy analizuje się treści filmów, podręczników szkolnych czy jakikolwiek artykuł, zdecydowanie dominuje wizja tradycyjna. Czyli: matka – kuchnia, sprzątanie, ojciec przy komputerze, ewentualnie: bawiący się z dzieckiem kolejką. Nie jest natomiast problemem rozdźwięk między tym, co dziecko obserwuje w swojej rodzinie, a co ewentualnie jest propagowane.

Jeśli dziecko konstatuje w pewnych momentach owe różnice, to dochodzi spokojnie do wniosku, że jego „starzy” są dinozaurami. Nie dzieje się z tego powodu żadna tragedia. Gdyby wszelkie niekonsekwencje i rozbieżności spotykanych przez dziecko wzorów miały skutkować nieprawidłowościami i zaburzeniami rozwoju dziecka, nie byłoby normalnych dzieci.

Jak daleko jesteśmy dziś od sytuacji, w której ten „nowy ojciec” będzie praktycznie w stu procentach funkcjonował?

Zdecydowanie daleka droga przed nami. Wszystko zależy od tego, jaki przyjmiemy punkt odniesienia. Jeśli pomyślimy o tym, co się działo w Polsce sto lat temu, to różnica jest bardzo duża na korzyść ojca zaangażowanego. Jeśli porównamy funkcjonowanie polskiego ojca z ojcem szwedzkim, to wciąż jesteśmy w polu. W kwestii obyczajowości, różnica jest rzędu kilkudziesięciu lat. Proszę też pamiętać o ogromnej różnicy między ojcem, rodziną wielkomiejską, a rodziną w małym miasteczku czy na wsi.

Pojawiają się badania (np. dr Sikorskiej ), z których wynika, że mamy do czynienia z nowym, nietradycyjnym modelem.

Czym innym jest deklarowanie pewnych zachowań, a czym innym ich realizowanie. Wszędzie tam, gdzie występuje codzienność związana z dzieckiem (poradnie zdrowia, sklepy), statystycznie rzecz biorąc widzimy przede wszystkim kobiety. Mężczyzna, który bierze zwolnienie dlatego, że dziecko choruje, bo matka ma iść do pracy, to w dalszym ciągu ewenement!

Widać zmiany, ale w dalszym ciągu nie dominują one w naszym życiu. Pytając młodych dorosłych, czym powinien się zajmować mężczyzna, a czym kobieta, otrzymujemy piękny obraz partnerskich związków i partnerskiego podejścia do wychowania dzieci. Gdy jednak patrzymy, jak to faktycznie działa, to par z „nowym ojcem” jest już znacznie mniej. Natomiast bez wątpienia możemy powiedzieć, że nastąpił wzrost czasu, jaki ojciec spędza z dzieckiem, nawet beztrosko się bawiąc.

Czy instytucje nadążają za tymi zmianami? Jest urlop tacierzyński. A żłobki, przedszkola, szkoły, podręczniki? Jak wiele brakuje nam do tego, żeby ten partnerski model zaistniał trwale w świadomości samych dzieci?

Nie jest tak źle. Nie jesteśmy skazani na powielanie tego samego w stu procentach, co już było. W przeciwnym wypadku nie istniałby postęp społeczny. Swoją drogą, to ciekawe, jak wyglądają podręczniki szkolne, w jakich kontekstach jest przedstawiana mama, a w jakich ojciec. Zastanawiam się, czy w ostatnich latach nie obserwuję regresu w tej dziedzinie.

Warto też posłuchać, jak w przedszkolu panie wychowawczynie rozmawiają z rodzicami. Jeśli dziecko odbiera ojciec, to właściwie nie ma żadnej rzeczowej rozmowy, ot najwyżej: „Proszę powiedzieć żonie, żeby zrobiła to i to. Proszę przekazać żonie, że z dzieckiem powinno się pójść gdzieś, w takie czy inne miejsce.”. Zmiana mentalności, sposobu myślenia, zajmuje naprawdę znacznie więcej czasu niż zmiany regulacji prawnych. Wprowadzić tydzień, czy dwa tygodnie urlopu tacierzyńskiego można szybko i łatwo.

Nowa rodzina to często także rodzina niepełna: rodzic samotnie wychowujący dziecko. Jak to wpływa na rozwój dzieci?

Ciekawe są tu tzw. badania odroczone. Przykładowo: dziecko straciło ojca, bo rodzice się rozstali, gdy ono miało 6 lat. Obecnie zaś prowadzi się badania 36-letniego człowieka, trzydzieści lat po rozstaniu rodziców. Pokazują one, wbrew naszym obawom, rozstania rodziców nie muszą patologizować rozwoju dziecka. To, co jest fatalne, to przeżywanie przez dziecko awantur, które mogą prowadzić do rozstania rodziców. Czyli, jeśli dziecko uczestniczy w nasilających się kłótniach, potem w obrzydliwych sposobach rozstawania się, co niestety jest polską normą, to te przeżycia są dla dziecka szkodliwe. Natomiast sam fakt wzrastania z jednym rodzicem, wbrew obawom psychologów, wyraźnych skutków dla funkcjonowania dorosłego człowieka nie niesie. A wydawałoby się, że gdy na co dzień brak jest wzorów funkcjonowania obu płci, musi to jakoś odbić się na rozwoju dziecka.

Bada się też, jak przebiega rozwój dzieci osieroconych przez ojca w porównaniu z tymi, które ojca straciły w wyniku rozstania się rodziców. Okazuje się, że to nie sam brak ojca zaburza rozwój, bo owe półsieroty niezwykle rzadko demonstrują zaburzone zachowania. Wszystkie napięcia, konflikty podważające zaufanie do instytucji małżeństwa, rodziny i miłości są najbardziej toksyczne. Przy okazji pamiętajmy, że z formalnego punktu widzenia znacznie więcej dzieci wzrasta w rodzinach niepełnych, bo matka wpisuje stan cywilny „samotna” czy „panna”, podczas gdy rodzice tego dziecka mieszkają ze sobą, bardzo zgodnie żyją. Tyle że bez ślubu.

Do tej pory tytuły wydawnictw poświęconych wychowaniu dzieci wyglądały np. tak: „Mamo to ja”. Na Zachodzie ukazują się „Rodzicielstwo” (z ang. „Parenting”).

Na dwie sprawy warto zwrócić uwagę. Zmiany tytułów czy form gramatycznych „on”, „ona”, wynikają z chęci nadążenia czasopism za rzeczywistością. Faktycznie bowiem coś się zmienia. Ale z drugiej strony, w o wiele większym stopniu prasa, myślę tu o Skandynawii, ale nie tylko, zdaje sobie sprawę ze swojej roli opiniotwórczej i wychowawczej. Być może celowo przesadza się z wspomnianą unifikacją, opisując, jak to jest w rodzinie. Media mają tu na względzie zwalczanie tradycyjnych czy choćby seksistowskich strategii w wychowywania dziecka.

Aleksandra Piotrowska – doktor psychologii w Pracowni Psychologii Edukacyjnej Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Pedagogicznej ZNP w Warszawie. Naukowo zajmuje się determinantami funkcjonowania pamięci człowieka, indywidualnymi i rodzinnymi wyznacznikami dojrzałości szkolnej dziecka i jego funkcjonowania w szkole, temperamentem człowieka i jego funkcjonowaniem społecznym.