Newsletter

Jeśli nie Romney, to Obama

Dominika Sztuka, 08.03.2012
„Super wtorek” pokazał, że Romney nie potrafi nawiązać kontaktu z tzw. „demokratami Reagana”, czyli przedstawicielami białej klasy robotniczej. Ci, ze względu na konserwatywne przekonania w kwestiach obyczajowych, popierają republikanów

„Super wtorek” pokazał, że Romney nie potrafi nawiązać kontaktu z tzw. „demokratami Reagana”, czyli przedstawicielami białej klasy robotniczej. Ci, ze względu na konserwatywne przekonania w kwestiach obyczajowych, popierają republikanów

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że pod względem atrakcyjności, w tym roku Super Tuesday zdecydowanie ustąpił pola Super Bowl, gdy to w ostatniej minucie Giganci z Nowego Jorku pokonali drużynę New England Patriots z Bostonu, zdobywając mistrzostwo NFL.

Starcie republikańskich polityków, w przeciwieństwie do futbolistów, nie wzbudziło zbyt wielu emocji – obyło się również bez większych niespodzianek. „Super wtorek” nie przyniósł definitywnego rozstrzygnięcia w walce o republikańską nominację prezydencką.

Faworyt republikańskiej batalii, Mitt Romney, zwyciężył w sześciu spośród dziesięciu stanach, w których odbyły się wtorkowe prawybory. Zgodnie z przewidywaniami, najbardziej chyba znany mormon w USA okazał się najlepszy w stosunkowo liberalnym stanie Vermont, Idaho, Wirginii, na Alasce, jak również w Massachusetts, gdzie pełnił funkcję gubernatora w latach 2003-07. Udało mu się również wygrać w stanie Ohio – gdzie przedwyborcze sondaże nie wskazywały go jako jednoznacznego faworyta – o 1 punkt proc., wyprzedzając swojego najgroźniejszego konkurenta, ultrakonserwatywnego Ricka Santorum.

Po wtorkowych zwycięstwach Romney może liczyć na 364 głosy partyjnych delegatów, co oznacza, iż nie jest nawet w połowie drogi do uzyskania prezydenckiej nominacji. Oficjalnym kandydatem prawicy w listopadowych wyborach zostanie bowiem dopiero wtedy, gdy 1144 delegatów poprze jego kandydaturę podczas narodowej konwencji Partii Republikańskiej w sierpniu w Tampie na Florydzie. Wydaje się jednak, że pomimo tego, iż droga byłego biznesmena na Florydę jest długa i wyboista, to jednak dojdzie on do celu i ostatecznie zmierzy się z Barackiem Obamą w batalii o Biały Dom.

Taki scenariusz zdają się potwierdzać tzw. badania exit polls, przeprowadzone podczas „super wtorku”. Dla wyborców z aż siedmiu na dziesięć stanów, w których Amerykanie udali się wczoraj do urn, najważniejszym kryterium poparcia kandydata była bowiem wybieralność, czyli to, kto ma największe szanse pokonać jesienią urzędującego prezydenta. Od początku prawyborczej walki to właśnie Romney’owi sondaże dają największe szanse ze wszystkich kandydatów GOP w starciu z Barackiem Obamą.

Dlatego też sztab wyborczy milionera na każdym kroku podsyca niechęć Amerykanów do urzędującego prezydenta. „Nie dajcie sobie wmówić, że to wy odnieśliście porażkę, że to wy zawiedliście. To wasz prezydent was zawiódł” – grzmiał były gubernator Massachusetts podczas zwycięskiego wiecu wyborczego w Bostonie. Taktyka polegająca na przedstawianiu byłego gubernatora Massachusetts jako jedynego republikanina, będącego w stanie pokonać Baracka Obamę, wyraźnie odnosi skutek. I nawet ci wyborcy, którzy większą sympatią darzą przeciwników Romney’a, ostatecznie decydują się na skreślenie jego nazwiska na karcie wyborczej.

Co więcej, zdecydowana większość respondentów wskazała wczoraj gospodarkę jako najistotniejszy temat tegorocznych wyborów, a – jak wiadomo – były biznesmen jako swój największy atut przedstawia doświadczenie w sektorze prywatnym. I na tym polu stara się  zarysować jak największy kontrast pomiędzy nim samym, a prezydentem Obamą: „Jestem jedynym kandydatem, który będzie w stanie podźwignąć USA z kryzysu ekonomicznego, jedyną alternatywą dla nieudolnej prezydentury Obamy” – powtarza przy każdej okazji.

Zwycięstwo w republikańskich prawyborach to jednak nie to samo, co ostateczna batalia o Biały Dom. Przedłużający się proces wyłaniania kandydata na prezydenta z ramienia GOP osłabia szanse republikanów na zwycięstwo w listopadzie. Amerykanie zaczynają być zmęczeni toczącą się od miesięcy walką na prawicy. Na tle obrzucających się błotem republikanów, wizerunek Baracka Obamy staje się tylko bardziej pozytywny i pokojowy.

Sam Romney natomiast, oskarżany raz po raz przez swoich kontrkandydatów o bycie niedostatecznie konserwatywnym, przesuwa się ze swoją retoryką coraz bardziej na prawo, by zyskać przychylność najbardziej prawicowego elektoratu Partii Republikańskiej. Poważnie osłabia to jego szanse w jesiennych wyborach. Jak wiadomo, prezydentem USA może zostać tylko ten kandydat, który zwycięży w tzw. swing states, czyli stanach, w których ani republikanie, ani demokraci nie mają przeważającego poparcia.

Wyborcy niezależni nie będą jedynym problemem Romney’a, jeśli to on ostatecznie stanie w szranki z prezydentem Obamą. „Super wtorek” po raz kolejny potwierdził, że pomimo miesięcy intensywnej kampanii wyborczej, nie potrafi on nawiązać kontaktu z tzw. „demokratami Reagana”, czyli przedstawicielami białej klasy robotniczej, którzy ze względu na konserwatywne przekonania w kwestiach obyczajowych popierają Partię Republikańską.

Ponadto, w dalszym ciągu Romney nie jest w stanie przekonać do siebie najmniej zamożnych Amerykanów, których roczne dochody nie przekraczają 50 tys. dolarów.

Były gubernator Massachusetts nadal ma również poważne problemy z pozyskaniem głosów „żelaznego elektoratu” GOP, jak również zwolenników Tea Party. Pomimo usilnych starań, nie jest wciąż postrzegany jako dość konserwatywny, by wygrać na południu USA, gdzie zdecydowanie ustępuje nie tylko Rickowi Santorum, ale również Newtowi Gingrichowi, który – choć bez szans na nominację – zwyciężył w Georgii.

Choć Romney nie jest uważany za faworyta w przyszłotygodniowych prawyborach, które odbędą się m.in. w trzech południowych stanach – Kansas, Alabamie i Missisipi, to wydaje się, że ostatecznie przy urnach wyborczych znowu zadecyduje logika: „jeśli nie Romney, to Obama”. I szala zwycięstwa po raz kolejny przechyli się na jego korzyść.