Newsletter

Zapatrzyć się w Szwecję

Magdalena Świerczek, 08.03.2012
Nie ma powrotu do bezpłatnego zawodu o nazwie „żona i matka”

Nie ma powrotu do bezpłatnego zawodu o nazwie „żona i matka”

Konotacja słowa „zapatrzyć się” w kontekście ciąży i rodzicielstwa bywa mocno dwuznaczna w świetle wszystkich znanych przesądów. Mimo to, w takim zakresie, w jakim odnosi się ono do działań prawnych państwa, efekty mogą być tylko dobre. O ile oczywiście wybierzemy dobry obiekt do „zapatrzenia się”.

Rola prawa i prawodawcy w dziedzinie rozwoju i postępu społecznego jest kluczowa. W naprawdę bowiem istotnych dla społeczeństwa kwestiach nic nie dzieje się ewolucyjnie, naturalnie ani „samo”, jak usiłują nieraz wmówić nam zatwardziali konserwatyści. Sięgając wstecz, od wpuszczenia kobiet na uniwersytety, poprzez przyznanie im prawa głosu, zniesienie apartheidu aż po antydyskryminacyjne przepisy w zakresie wszelkich grup mniejszościowych w społeczeństwie czy parytety, zmiany następowały zawsze dopiero po wprowadzeniu odpowiednich przepisów (choć wcześniej zginąć musiała odpowiednia ilość sufrażystek i innych aktywistów praw etnicznych czy seksualnych). Bez ustawodawcy na poważnie nie dzieje się nic, co najwyżej kipi od rewolucyjnych nastrojów albo, wręcz przeciwnie, stagnacja prowadzi do wyników dalece niepożądanych.

To ostatnie ma miejsce w społeczeństwach europejskich w zakresie przyrostu demograficznego. Jeśli kobiety stały się pełnoprawnymi (przynajmniej w teorii) pracownikami i członkami społeczeństwa, to na masową skalę nie ma już powrotu do bezpłatnego zawodu o nazwie „żona i matka”. Uczestniczenie w życiu zawodowym jest na tyle angażujące i atrakcyjne, że pełne poważnych wyzwań życie rodzinne przestaje stanowić zachęcającą alternatywę, zwłaszcza dla zamożnych członków klasy średniej.

I znów, nic tutaj samo i „naturalnie” się nie zmieni, ani nie powróci do epoki sprzed równouprawnienia. Ustawodawca musi zadziałać. Skoro powiedziano A, należy powiedzieć B. W dziedzinie szeroko rozumianego prawa rodzinnego zmiany muszą więc nastąpić tylko z tej prostej przyczyny, że nastąpiły zmiany w dziedzinach pozostałych.

Zrozumiano to już w krajach zachodnich, szczególnie za przykład stawiana jest Szwecja (przyrost naturalny ok. 0,2 proc.) i Francja (0,6 proc.). Trzeba przyznać, że w ostatnich latach pewne wysiłki w tym kierunku podjął także polski ustawodawca i to wcale z niezłym skutkiem (choć nie ustrzegł się też wpadek).

Wprowadzono więc dłuższe urlopy macierzyńskie oraz stopniowo dodatkowy urlop na prawach urlopu macierzyńskiego, który ma docelowo sięgnąć 6 tygodni (przy jednym dziecku). Zmieniono przepis dotyczący urlopów przy adopcji dzieci tak, aby jego wykorzystanie było możliwe w rozsądnych granicach czasowych (do ukończenia przez dziecko 7 lat życia). Poprzednia regulacja, do 2006 r., zakładająca, że urlop ten można wykorzystać nie później niż do ukończenia przez dziecko 12 miesięcy życia, nie brała pod uwagę ani przewlekłych procedur adopcyjnych, ani faktu, że adoptować można przecież także starsze dziecko.

Wreszcie, osławiony urlop tacierzyński (opcja wykorzystania części urlopu macierzyńskiego oraz urlopu na warunkach urlopu macierzyńskiego przez ojca dziecka) oraz urlop ojcowski (dodatkowo dwa tygodnie tylko do wykorzystania przez ojca dziecka). Z pewnością oba rozwiązania zasługują na pochwałę.

Polski ustawodawca jest jednak ostrożny w zakresie wprowadzania równości rodziców, więc raczej nie możemy liczyć na przyjęcie rozwiązania istniejącego w Szwecji. Nasi sąsiedzi zza morza mają bowiem obowiązkowy urlop dla ojca dziecka w wymiarze minimum 60 dni. Cały urlop z tytułu urodzenia lub adopcji dziecka wynosi w Szwecji do 480 dni. Przy czym lepiej płatne jest fakultatywne końcowe 90 dni – do 90 proc. wynagrodzenia. Urlop może wziąć każde z rodziców w dowolnym wymiarze, ale ta dowolność jest możliwa, o ile drugie z rodziców wykorzysta co najmniej 60 dni.

Rozwiązanie powyższe, na pierwszy rzut oka wyglądające na mało „naturalne” – co jeżeli tatuś nie chce/nie umie zająć się dzieckiem? albo ma bardziej wymagające stanowisko pracy niż jego partnerka? albo więcej zarabia? – w gruncie rzeczy jest salomonowym rozwiązaniem. Przecina bowiem jednym chirurgicznym cięciem gordyjski węzeł obaw pracodawców przed zatrudnianiem młodych kobiet. Skoro, bez względu na płeć pracownika, pojawienie się w jego lub jej życiu dziecka oznacza minimum 60 dni urlopu z tej okazji, to kryterium płci przestaje mieć całkowicie znaczenie przy zatrudnieniu nowego pracownika. Ba, wręcz promuje to kobiety np. w okolicach 50 roku życia, których potencjalnie przynajmniej możliwość urodzenia dziecka już nie dotyczy. Sprytne, prawda?

Wracając na grunt rodzimy, ostatnie lata przyniosły nam także ustawę żłobkową, która przewiduje nie tylko same żłobki, ale i nowe instytucje klubów, dziennych opiekunów i, nareszcie poza szarą strefą, oficjalną instytucję niani, w dodatku z opłacanym przez ZUS ubezpieczeniem społecznym. Wprawdzie tylko w zakresie minimalnego wynagrodzenia, ale, jak się wydaje, zmiana i tak jest rewolucyjna. Do tego mamy wysyp prywatnych przedszkoli przy wydatnym wsparciu unijnych dotacji, choć cały czas za mało jest tych samorządowych.

Bez wpadek się jednak nie obyło. Jedną z nich jest przepis, który zezwala pracownikowi uprawnionemu do urlopu wychowawczego, który jednak z tego urlopu zrezygnuje, na złożenie wniosku o obniżenie etatu. Zachętą ma być ochroną przed zwolnieniem z pracy przez rok od złożenia takiego wniosku. W zamierzeniu miało to ograniczać liczbę urlopów wychowawczych, w praktyce w sektorze przedsiębiorstw i tak rzadko wykorzystywanych.

W rzeczywistości uderza to w rodziców, którzy nie biorą urlopu wychowawczego i pracują nadal na pełny etat – ich bowiem nikt przed zwolnieniem nie chroni. Opłaca się więc przejść na choćby 7/8 etatu i dostać gwarancję zatrudnienia. Czy o to chodziło, trudno ocenić.

Za kompletną pomyłkę uznać natomiast należy – na szczęście tylko projektowane – przyznawanie kobietom stażu 3 lat za każde dziecko do emerytury. Po pierwsze, powodowałoby to ustawowe usankcjonowanie zasady, że posiadanie i wychowanie dzieci to sprawa kobiet. W końcu staż byłby nie za sam stan ciąży, tylko za posiadanie dziecka, choć po prawdzie nawet tego nie wiadomo. Takie podejście jest nie do pogodzenia z jakimkolwiek europejskim standardem prawnym i społecznym.

Po drugie, stygmatyzowałoby dodatkowo kobiety na rynku pracy w oczach pracodawców. Skoro bowiem wychowywaniem dziecka kobieta miałaby zarabiać na emeryturę, to po co jej jeszcze praca zawodowa? Miejmy zatem nadzieję, że pomysł pozostanie w sferze teorii, słabo zresztą wyartykułowanych. Jak uczą nas bowiem Szwedzi, naprawdę działają tylko przemyślane i dobrze trafione rozwiązania. Często takie, które rewolucyjnie przełamują stereotypy w myśleniu i funkcjonowaniu społeczeństwa. A co do emerytury, ostatni pomysł Szwedów na wiek aktywności zawodowej to praca do 75 roku życia. Wysoko stawiają poprzeczkę…

*Magdalena Świerczek – radca prawny, wpisana na listę radców prawnych w Krakowie, prowadzi własną kancelarię. Specjalizuje się w prawie autorskim i prawach własności intelektualnej oraz ubezpieczeniach, a także obsłudze klientów korporacyjnych, w tym podmiotów zagranicznych. Doradza także podmiotom publicznym oraz instytutom eksperckim m.in. w zakresie prawa ustrojowego. Stale współpracuje z Instytutem Obywatelskim.

Czytaj też: Cykl: „Matki, żony, gospodynie”.