Newsletter

Ani Matka-Polka, ani Pluszowy-Tatuś

Małgorzata Sikorska, 10.03.2012
Matki chciałyby, żeby mężczyźni włączali się w proces wychowywania dziecka. Z drugiej strony, kobiety tracą wtedy część swojej władzy i kontroli nad rodziną. A to nie bardzo im się podoba

Strona 1

Matki chciałyby, żeby mężczyźni włączali się w proces wychowywania dziecka. Z drugiej strony, kobiety tracą wtedy część swojej władzy i kontroli nad rodziną. A to nie bardzo im się podoba

Marzena Haponiuk: Pojawiają się głosy mówiące o kryzysie tradycyjnie rozumianej rodziny. Czy są uzasadnione?

Dr Małgorzata Sikorska: Mówienie o tym, że mamy do czynienia z kryzysem jest głęboko nieuprawnione. Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą. Jeżeli mówimy o kryzysie, to zakładamy, że coś kiedyś było lepsze i się popsuło. Co nam daje prawo do twierdzenia, że model rodziny, który był kiedyś, był modelem lepszym?

Po prostu, jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Myśląc o rodzinie w Polsce, widzimy dwa wzory. Pierwszy to tzw. rodzina nuklearna, funkcjonująca nie tylko w Polsce, bardzo popularna w wielu innych społeczeństwach. W skrócie, jest to rodzina złożona z rodziców i dzieci, najlepiej dwójki. Wedle tego modelu partnerzy powinni być formalnie małżeństwem i razem mieszkać. Jednak coraz mniej jest tego typu związków.

Za to wzrasta liczba konkubinatów. Coraz więcej rodzin nie mieszka razem – z różnych powodów np. ktoś pracuje w innym mieście albo zagranicą. Rośnie liczba związków, w których nie ma dwójki lub większej liczby dzieci. Jest jedno dziecko albo w ogóle nie ma potomstwa. Widzimy zmiany – tyle i aż tyle – a wyciągamy wniosek o kryzysie.

Drugi model rodziny zakłada wizję rodziny poszerzonej, wielopokoleniowej, gdzie są jeszcze dziadkowie, bliżsi i dalsi krewni. Wszyscy oni się dość często spotykają i mają intensywne kontakty. Natomiast tak naprawdę jest to jeden z mitów dotyczących rodziny, a nie prawda na temat życia rodzinnego. W pewnym okresie w historii, rodziny przyjmowały właśnie ten model. Dziś trochę za takim sposobem bycia rodziny tęsknimy, posiadamy idealistyczne wyobrażenia na ten temat.

Reasumując, o kryzysie rodziny mówią te osoby, które są przywiązane do opisanych wyżej dwóch modeli życia rodzinnego i którym zachodzące zmiany się nie podobają, a w dodatku są przekonani, że „dawniej bywało lepiej”.

Jaka jest zatem współczesna polska rodzina?

Prezentuje się bardzo różnie i to stwierdzenie nie jest jakimś wybiegiem: mamy bardzo różne wzory, musimy też rozpatrywać ją na wielu płaszczyznach. Zacznijmy od idei partnerstwa. Z jednej strony mamy więc rodzinę tradycyjną, gdzie mężczyzna jest odpowiedzialny za zarabianie pieniędzy, a kobieta zajmuje się domem. Takie rodziny istnieją i jest ich całkiem dużo. Istnieje jednak również zdecydowanie odmienny model, bardziej oparty na partnerstwie, gdzie dwoje dorosłych członków rodziny pracuje, zarabia, a czasami – choć tych związków nie ma wiele – to kobieta zarabia więcej.

Zdarza się również, chociaż tego typu rodzin jest wciąż mało, że to kobieta idzie do pracy po urodzeniu dziecka, a mężczyzna zajmuje się niemowlakiem. Mamy więc do czynienia z dwoma bardzo skrajnymi modelami. Można je rozrysować jako continuum: od bardzo „tradycyjnych”, do w pełni partnerskich. Większość polskich rodzin mieści się między tymi skrajnościami.

To, jak jest zorganizowane życie rodzinne, zależy od miejsca zamieszkania (inny model jest popularny w największych miastach, inny na wsi), sytuacji materialnej, wykształcenia, a przede wszystkim od wzorów kulturowych, które są dominujące w danej grupie społecznej. Mówiąc najkrócej: nie ma jednego wzoru rodziny.

Które zmiany zachodzące w polskich rodzinach są trudniej akceptowane i przez kogo?

Istnieją grupy czy osoby przywiązane do tradycyjnego modelu rodziny, dla których istotne jest podejście i wykładnia Kościoła katolickiego. Przez nich zmiany są rzeczywiście gorzej akceptowane.

Co w życiu rodzinnym zmienia się bardzo powoli? Przykładowo, wciąż występuje bardzo silne przekonanie, że matka powinna się zajmować dzieckiem, jeśli jest ono w wieku 0-3 lat. Granicą jest pójście do przedszkola. Czas po urodzeniu to moment, w którym kobieta w opinii wielu powinna zostawić swoją pracę zawodową i zajmować się dzieckiem. Jest dość duża presja społeczna odczuwana przez matki w Polsce: to one wciąż są przede wszystkim odpowiedzialne za dzieci.

Kolejna sprawa – wciąż bardzo wiele osób, myśląc o rodzinie, widzi model rodziny nuklearnej, o którym mówiłam wcześniej. I dlatego zdecydowana większość Polek i Polaków nie uważa za rodzinę pary homoseksualnej. Dla nas ważne jest także to, że w rodzinie powinny być dzieci i gdy pytano się respondentów, czy nazwaliby rodziną konkubinat, w którym są dzieci, więcej badanych zgadzało się, że taki związek można nazwać rodziną niż gdy wypowiadali się na temat związków konkubinackich, w których nie ma dzieci.

Wymóg posiadania dziecka jest zresztą zgodny z podejściem wielu teoretyków, zajmujących się życiem rodzinnym, którzy podkreślają, że jedną z kluczowych funkcji rodziny jest prokreacja i socjalizacja. A jeżeli dzieci nie ma, to oczywiście te funkcje nie mają racji bytu i w związku z tym wtedy według nich o rodzinie mówić nie można.

Dziś tradycyjne role społeczne są coraz trudniejsze do odegrania. Jak ze zmianami radzą sobie ojcowie? Mówi się czasem o powrocie ojca. Skąd on wraca?

Tytuł akcji społecznej „Gazety Wyborczej” – „Powrót taty” – jest mylący. Żeby skądś wracać, trzeba było wcześniej być. Natomiast mam wrażenie, że nigdy nie było tak dużego zaangażowania ojców, jakie obserwujemy dziś. Ojcowie zaczynają się pojawiać w przestrzeni publicznej – widać ich na placach zabaw czy w popularnych serialach, ojcowie-celebryci chwalą się swoimi pociechami. Badania prowadzone w ramach akcji „GW” pokazały, że współcześni młodzi ojcowie mają dość duży żal do swoich własnych ojców, którzy byli nieobecni i rzadko interesowali się dzieckiem. Ale jeśli już się interesowali, to zazwyczaj po to, aby karać, manifestować swój ojcowski autorytet. Współcześni młodzi ojcowie chcieliby być inni niż ich ojcowie, pragną zastosować inne wzory wychowywania.

Kolejna zmiana: społeczne oczekiwania dotyczące tego, jaki powinien być ten nowy ojciec. Otóż powinien być bardzo zaangażowany – nie ma czynności, w których by się nie sprawdzał, może robić prawie dokładnie to samo, co matka. A czasami, i wiele matek zwraca na to uwagę, są czynności, które ojcowie wykonują znacznie lepiej. Klasycznym przykładem jest kąpanie niemowlaka. Często można usłyszeć, jak młode matki mówią, że boją się kąpać malucha bo dziecko jest takie kruche, małe, może się wyślizgnąć, a ojciec sobie doskonale z tym poradzi. Inną taką czynnością jest zabawa: wielu psychologów rozwojowych twierdzi, że mężczyźni w bardziej kreatywny sposób bawią się z dziećmi.

Oczekiwania matek dotyczące ojców są bardzo duże. Jednak sytuacja jest skomplikowana. Matki z jednej strony chciałyby, żeby mężczyźni włączali się w proces wychowywania dziecka, ale z drugiej strony kobiety tracą wtedy część swojej władzy i kontroli nad rodziną, a to nie bardzo im się podoba.

Dlaczego?

Do tej pory dziecko było przypisane tylko i wyłącznie do kobiety: miała władzę nad dzieckiem i nad domem; kontrolę nad tym jak ubrać dziecko i czym karmić, jak wychowywać, do jakiej szkoły posłać itd. I nagle, gdy ojcowie mają się włączyć, z jednej strony kobiety się cieszą, bo mogą poczuć, że wreszcie nie są same i nie cała odpowiedzialność ciąży na nich, ale z drugiej strony mogą też pomyśleć: będę musiała podzielić się władzą z ojcem dziecka. Pamiętam felieton Sylwii Chutnik, która apelowała do matek, żeby dopuściły wreszcie ojców do swoich dzieci.