Newsletter

Ameryka musi pokazać siłę

William Kristol, 28.02.2012
Spuścizna Reagana, Thatcher i Jana Pawła II jest mocno zakorzeniona w Ameryce. I dlatego republikanie mają się całkiem dobrze

Strona 1

Spuścizna Reagana, Thatcher i Jana Pawła II jest mocno zakorzeniona w Ameryce. I dlatego republikanie mają się całkiem dobrze – mówi konserwatywny intelektualista amerykański, William Kristol w rozmowie z Dominiką Sztuką

Dominika Sztuka: Pański ojciec, Irving Kristol mawiał, że neokonserwatyzm jest „perswazją”, „sposobem myślenia”. Czy i dziś by go pan tak zdefiniował?

William Kristol: Neokonserwatyzm zawsze był, jest i będzie perswazją. Powstał jako perswazja i nadal tak funkcjonuje. Właśnie jako perswazja ma całkiem spory wpływ na amerykańską scenę polityczną.

Spójrzmy na kandydatów Partii Republikańskiej w wyścigu o prezydencką nominację. Trzech z nich wyraźnie reprezentuje typowe dla neokonserwatyzmu idee czy wartości, zarówno w odniesieniu do polityki zagranicznej, jak i do gospodarki. Opowiadają się oni za zdecydowaną i aktywną polityką Stanów Zjednoczonych na świecie; wierzą w wolny rynek – ale nie w sposób typowy dla libertarianizmu – zwracają bowiem uwagę na moralny wymiar kapitalizmu. W związku z tym powiem zdecydowanie, neokonserwatyzm jest dzisiaj nadal żywy.

Czy neokonserwatyzm ma swoje odpowiedniki w innych krajach? A może jest to ideologia, która występuje wyłącznie w Ameryce?

To dobre pytanie… Mam taką nadzieję. Tak, ma. Należy pamiętać o tym, że każdy kraj jest inny – ma swoją specyfikę czy tradycję – i te same instynkty, ta sama perswazja może się wyrażać w inny sposób. Myślę, że neokonserwatyzmowi było się łatwiej rozwinąć w USA z powodu silnej tradycji wolnorynkowej oraz tradycji religijnej, idącej w parze z demokracją i z liberalizmem oraz co najmniej 70-letnią tradycją światowego przywództwa Ameryki.

Wydaje się, że w USA grunt dla rozprzestrzeniania się idei neokonserwatywnych jest bardziej podatny niż w innych krajach. Kiedy przyjeżdżam do Europy, jestem nieco zaniepokojony, obserwując strukturę społeczną czy sferę wartości. Są one niekoniecznie zbieżne z amerykańskimi, a to nieco hamuje szansę rozwoju tej doktryny w Europie.

Mimo to uważam, że również po drugiej stronie oceanu istnieją określone środowiska czy ruchy społeczne i polityczne o neokonserwatywnych tendencjach – mianowicie takie, które nie są reakcyjne, nie oglądają się za siebie, nie towarzyszy im specjalna nostalgia ani tęsknota za minionymi czasami i reżimami. Ruchy, które wierzą w demokrację i liberalizm, ale również uważają, że kapitalizm czy demokracja muszą zawierać ludzki, obywatelski wymiar. Że nie wszystko kręci się wokół wolnego rynku czy świata biznesu. Wreszcie, że państwa mają pewne obowiązki na arenie międzynarodowej. To interesujące dostrzegać, jak neokonserwatywne idee „dopasowują się” do lokalnych realiów, znajdując dla siebie miejsce w danej rzeczywistości.

Co z przywództwem USA na świecie i z koncepcją amerykańskiej wyjątkowości: odgrywania specjalnej roli w stosunkach międzynarodowych? Ten neokonserwatywny postulat bywa często niezrozumiany za granicą.

Osobiście nie lubię tego sformułowania: „amerykańska wyjątkowość”. Ta specjalna rola Ameryki w świecie ma bowiem służyć wartościom, które – choć zawarte w Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych – tak naprawdę są wspólne dla całej społeczności międzynarodowej. Wartościom takim jak demokratyczny system rządów, wolność gospodarcza i osobista, zasada równości wobec prawa, równości szans i możliwości etc. Wiele z nich nie narodziło się w Ameryce. Mało tego: często objawiały się one dużo wyraźniej poza USA.

W ostatnim czasie określenie to powróciło z nową siłą do dyskursu publicznego w USA, szczególnie w opozycji do polityki prezydenta Baracka Obamy oraz innych przedstawicieli lewicy. Ci ostatni wydają się nie rozumieć tej specjalnej roli Ameryki na świecie i poprzez swoje działania starają się zmniejszyć aktywność naszego kraju na arenie międzynarodowej. To ogromny błąd, ponieważ pewny określony rodzaj przywództwa jest społeczności międzynarodowej potrzebny. Jeśli Ameryka przestanie tę rolę wypełniać, obawiam się, że w obecnych realiach nikt inny nie będzie w stanie tego uczynić.

Oczywiście, neokonserwatyzm nie wyklucza sytuacji, w której rolę światowego lidera odgrywałoby inne państwo. Jeśli tylko byłoby w stanie spełnić odpowiednie warunki, jeśli hołdowałoby określonym wartościom, podzielało określone idee oraz dysponowało wystarczającym potencjałem gospodarczym czy militarnym. Krótko mówiąc – jeśli byłoby dostatecznie silne i wykazało taką wolę.

Jakie są dziś trzy najważniejsze zasady dla neokonserwatystów?

Po pierwsze, amerykańskie przywództwo na świecie. Tyle, że przywództwo samo w sobie nie jest wartością. Mam raczej na myśli analizy, które pokazują jak bardzo niekorzystny obrót mogą przybrać sprawy, jeśli Ameryka przestałaby odważnie i aktywnie występować w obronie interesów własnych oraz naszych sojuszników. A także naszych wspólnych wartości.

Po drugie, wskazałbym na demokrację oraz kapitalizm. Na konieczność nie tylko ich ochrony, ale również ich równoważenia poprzez odpowiednie działania rządu oraz instytucji społeczeństwa obywatelskiego.

Po trzecie, szacunek do określonych wartości moralnych i obywatelskich, do fundamentów, na których powinno się opierać społeczeństwo, które – w naszym mniemaniu – powinno odrzucić skłonności do niepohamowanego indywidualizmu. Społeczeństwo, które nie powinno postrzegać rzeczywistości jedynie przez pryzmat nowoczesnego progresywizmu, jak gdyby w przeszłości nie wydarzyło się nic, z czego warto byłoby czerpać również dziś.

Czy prezydent Bush był neokonserwatystą?

George W. Bush jest politykiem. A politycy wywodzą się z określonych partii politycznych, które mają określone programy i strategie. Te zaś zazwyczaj mają niewiele wspólnego z teoretycznym podejściem. Na pewno jednak niektóre z jego działań wyraźnie opierały się na ideach neokonserwatyzmu.

Próba modernizacji ruchu konserwatywnego, której się podjął – tzw. współczujący konserwatyzm Busha – zasługuje na pewien stopień uznania, choć sama nazwa nie była do końca adekwatna, a jego polityka często błędna. Pewien instynkt prezydenta Busha, jego przekonanie, iż rola Ameryki nie sprowadza się jedynie do bardzo ograniczonej obrony naszych interesów, były w moim odczuciu słuszne.