Newsletter

Holmes na tropie nierówności

Jacob Hacker, 04.07.2013
Większość Amerykanów martwi się, czy będzie mieć wystarczające oszczędności, żeby wysłać dzieci do college’u, utrzymać dom, mieć pieniądze na ubezpieczenie zdrowotne. Zwłaszcza, że poza domem na kredyt i samochodem nic nie posiadają

Większość Amerykanów martwi się, czy będzie mieć wystarczające oszczędności, żeby wysłać dzieci do college’u, utrzymać dom, mieć pieniądze na ubezpieczenie zdrowotne. Zwłaszcza, że poza domem na kredyt i samochodem nic nie posiadają – mówi prof. Jacob Hacker

Aleksandra Kaniewska: W książce napisanej z Paulem Piersonem („Winner-Take-All Politics: How Washington Made the Rich Richer—and Turned Its Back on the Middle Class”), twierdzicie, że klasa średnia w USA jest w rozsypce. „Amerykański sen” dobiegł końca?

Prof. Jacob Hacker: Nie wiem, czy to już koniec mitu „American Dream”. Na pewno jednak jego przyszłość jest zagrożona! Upadek klasy średniej zaczął się nawet trzydzieści lat temu. Ale to właśnie ostatnia dekada była kluczowa, w negatywnym tego słowa znaczeniu oczywiście.

Jest tak źle?

Nie można zapominać, że Stany Zjednoczone to wciąż bogaty kraj, w którym mobilność społeczna całkowicie nie wygasła. Ale wiele badań z ostatnich lat pokazuje, że poziom nierówności stopniowo rośnie i jest dużo większy niż w części krajów Europy, na przykład w Skandynawii czy w Niemczech. Klasa średnia przestała się w Ameryce rozwijać, w sensie ilościowym i jakościowym, dziesięć lat temu.

Klasa średnia to dosyć szeroki termin i potencjalnie duża grupa ludzi. Kim więc są ci, w których ostatni kryzys i brak odpowiednich reform uderzyły najbardziej?

Zdecydowanie najtrudniej jest Amerykanom, którzy nie skończyli college’u. W dzisiejszej Ameryce taki dyplom stał się tym, czym trzydzieści lat temu było ukończenie szkoły średniej – koniecznością. Możliwości, które słabo wykształconym oferuje rynek pracy, są naprawdę niewielkie. Dla ludzi z najniższych szczebli klasy średniej po prostu nie ma dobrej pracy – z godziwym wynagrodzeniem i pakietem świadczeń socjalnych.

Innym za to powodzi się świetnie – tak przynajmniej wynika z waszej książki.

Razem z Paulem wyliczyliśmy, że ponad 40 procent całego dochodu amerykańskich gospodarstw domowych, zarobionego w latach 1971-2007, powędrowało do najbogatszego 1 proc. społeczeństwa. Jest jeszcze bardziej interesująco, jeśli przyjrzymy się temu, jak struktura zarobków rozkłada się wewnątrz tego jednego procenta Amerykanów. Mówię o grupie oligarchów, którzy stanowią jedną setną jednego procenta amerykańskiego społeczeństwa. I to oni posiadają najwięcej.

Wielokrotnie podkreślał pan, że upadek klasy średniej jest wynikiem politycznej inżynierii. W wykonaniu republikanów czy demokratów?

Obie partie miały swój udział w tworzeniu takiego prawa, które pozwoliło najpotężniejszym przejąć panowanie nad krajem. I przyczyniło się do powstania ogromnych nierówności. Oczywiście, to republikanie byli tu agresorami i realnymi twórcami konkretnych rozwiązań systemowych – ulg podatkowych dla najbogatszych czy deregulacji finansowej. A demokraci, mimo iż nie byli orędownikami tych zmian, winni są poprzez zaniechanie. Po prostu nic nie robili, żeby republikańskie pomysły znosić.

O których pomysłach mówimy?

Na przykład cięcia stawek podatku dochodowego, które w 2001 i 2003 wprowadził George Bush jr. Wielu demokratów przymknęło wtedy oczy i głosowało za prezydenckim pomysłem. W ten sposób Partia Demokratyczna „pomogła” drastycznie zmniejszyć wpływy do budżetu. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji, w której jedyne osoby z rosnącymi dochodami, czyli najbogatsi, zaczęły płacić coraz niższe podatki.

Do tego doszła deregulacja finansowa. Zarobki „białych kołnierzyków” z Wall Street rosły w ekstremalnie szybkim tempie. W tym także maczały palce obie partie. Republikanie wyznaczyli drogę jeszcze w latach 80-tych i na początku 90-tych. Ale wielkim fanem finansjery i dalszej deregulacji był również demokrata – prezydent Bill Clinton. W 1999 roku podpisał ustawę Gramma, która znosiła zapisy starej regulacji Glass-Steagall Act z 1933 roku, wprowadzającej zakaz łączenia bankowości komercyjnej z bankowością inwestycyjną. To otworzyło drogę do tworzenia potężnych holdingów finansowych.

Skąd ta zależność, „zblatowanie” świata wielkiego biznesu i polityki?

Obie partie były i są mocno zależne od bogatych sponsorów. Politycy z obu stron mają do czynienia z silnym lobby wielkiego biznesu, któremu trudno jest się oprzeć. Można do tego dodać osłabienie tradycyjnych struktur i organizacji, które przez lata jednoczyły Amerykanów z klasy średniej w patrzeniu władzy na ręce – od związków zawodowych, międzyklasowych organizacji obywatelskich do stowarzyszeń i organizacji charytatywnych.

Przypomina mi się scena z kultowego już dziś filmu „Wall Street”, w której Michael Douglas śmieje się, że 1 proc. bogaczy ma w swoich rękach pół Ameryki. A było to w 1987 roku!

Dokładnie. To wtedy dowiedzieliśmy się, że „Chciwość jest okey!”. Reżyser Oliver Stone intuicyjnie wyprzedził swoją epokę – film powstał przecież wtedy, kiedy na Wall Street wszystko zaczynało się dopiero tworzyć. Tak naprawdę, kiedy patrzy się na koncentrację bogactwa i arogancję bankierów dzisiaj, lata 80-te wydają się bardzo sprawiedliwe.

W przeciwieństwie do 2009 roku, który – mimo szczytu globalnej recesji, kiedy tysiące ludzi traciło pracę i nie było w stanie spłacać kredytów – był dla sektora finansowego mocno lukratywny.

To jest właśnie obrazek, który otwiera naszą książkę „Winner-Take-All Politics”. Znakomity ekonomista, prof. Edward Wolff, wykonał ogromną pracę analizując wyniki tzw. Survey of Consumer Finances (SCF), pomiaru wydatków, oszczędności i zarobków amerykańskich konsumentów przeprowadzanego co trzy lata. Kiedy przyjrzeć się zasobności amerykańskich portfeli to – od 1983 roku, kiedy rządził Reagan, do 2007 roku – stosunek bogactwa najzamożniejszego 1 procenta społeczeństwa do amerykańskiej średniej wynosił 130 do 1. W 2009 ta wartość wzrosła do 225 do 1.

Czyli wygrany naprawdę zgarnia wszystko…

Tak. A reszta Amerykanów martwi się, czy będzie mieć wystarczające oszczędności, żeby wysłać dzieci do college’u, utrzymać dom, mieć pieniądze na jedzenie i ubezpieczenie zdrowotne. Mobilność społeczna w dużej mierze zależy od indywidualnego, skumulowanego bogactwa. A większość ludzi w Stanach Zjednoczonych, może poza domem i samochodem, nic nie posiada.

A ten domek z ogródkiem i tak najczęściej jest kupiony na kredyt…

Ze spłatą kredytów też jest coraz gorzej. Powstało społeczeństwo, w którym na jednym końcu jest garstka samowystarczalnych, oddzielonych od reszty oceanem pieniędzy bogaczy. A po drugiej niepewne jutra masy. Zupełnie inaczej było trzydzieści, czterdzieści lat po wojnie. Oczywiście, że istniały nierówności. Ale ludzie bogacili się proporcjonalnie i w miarę równy sposób. Nie miała miejsca sytuacja, że najbogatsi spijają całą śmietankę, a dolne warstwy absolutnie nic.

Z Piersonem przewidzieliście, jak nieefektywny jest obecny system polityczny. W październiku ubiegłego roku ruch „99 procent Amerykanów” wyszedł na ulice, protestując przeciw nierównościom. Czuje się pan profetą?

Raczej nie (śmiech). Ale chyba mam dobrą akademicką intuicję. W 2006 roku wydałem książkę o rosnącej niepewności ekonomicznej („The Great Risk Shift: The Assault on American Jobs, Families, Health Care, and Retirement”), a rok później wszystko się zaczęło: kryzys na rynku nieruchomości, upadek Lehman Brothers w 2008 roku, postępująca recesja. Kilka miesięcy po wydaniu „Winner-Take-All Politics” zaczęły się protesty „Occupy Wall Street”.

Uderzyliście w czuły punkt Ameryki. Wasza książka znalazła się na siódmej pozycji listy bestsellerów „NYT”. Recenzenci okrzyknęli was Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem na tropie nierówności społecznych.

Wciąż nie możemy się z Paulem zgodzić, który z nas jest Sherlockiem, a który Watsonem… A mówiąc poważnie, poczytność naszej książki strasznie nas zdziwiła. Jesteśmy w końcu profesorami uczelni, nasze publikacje z reguły czytane są przez specjalistów, a nie mainstream. Krytyka amerykańskiego systemu politycznego i stanu naszej demokracji jest już tak duża, że dotarła na przedmieścia, do domków z ogródkami i przed telewizory. Zobaczymy tylko, czy coś się narodzi z tego niezadowolenia.

*Prof. Jacob Hacker – dyrektor Institution for Social and Policy Studies na Uniwersytecie Yale, wiceprezydent National Academy of Social Insurance. Autor wielu książek na temat amerykańskiego systemu politycznego i rosnących nierówności społecznych, m.in. „Winner-Take-All Politics: How Washington Made the Rich Richer and Turned Its Back on the Middle Class” (2010), „The Great Risk Shift: The New Economic Insecurity and the Decline of the American Dream” (2006), „The Divided Welfare State: The Battle over Public and Private Social Benefits in the United States” (2002).

Tekst opublikowany w Lupie Instytutu “Gdzie jesteś, klaso średnia?” w lutym 2012 r.