Newsletter

Dyktat „białej elity”

Diane Reay, 04.07.2013
W Wielkiej Brytanii klasa średnia nie chce posyłać swoich pociech do szkół, do których uczęszczają głównie dzieci z rodzin robotniczych. I to nawet w okręgach miejskich

Strona 1

W Wielkiej Brytanii klasa średnia nie chce posyłać swoich pociech do szkół, do których uczęszczają głównie dzieci z rodzin robotniczych. I to nawet w okręgach miejskich

Na Wyspach rzeczywistość wokół szybko się zmienia. Ale, paradoksalnie, ta dynamika nie dotyka brytyjskiego systemu klas społecznych. Pewne podziały są jak stała warstwa, która zalega głęboko pod powierzchnią zachodzących zmian. Media mogą mówić, że podziałów klasowych już nie ma, ale równocześnie to wciąż te same różnice wpływają na nasze codzienne relacje.

Kiedy dzisiaj, w XXI-wiecznej Wielkiej Brytanii dyskutuje się o klasach społecznych, z reguły myśli się o nierównym statusie i dochodach, jak również o hierarchii społecznej i edukacyjnej, z których klasy te wyrosły.

Co ciekawsze, od lat jesteśmy wręcz bombardowani dyskursem „braku klasowości”, a aktualne badania socjologiczne pokazują, że przeważająca większość ludzi, bez względu na to, czy pochodzi z wyższej, średniej czy też robotniczej klasy, chce być uważana po prostu za „zwykłych” ludzi i plasować się gdzieś pośrodku społeczeństwa.

W niedawnych badaniach z kwietnia 2011 roku, 70 proc. Brytyjczyków stwierdziło, że należy do klasy średniej. Także najnowszy raport Towarzystwa Fabiańskiego z 2009 r. pokazuje, że brytyjska klasa średnia i wyższa nic się nie zmieniły w swoich poglądach na świat. Innymi słowy, myślą identycznie jak sto, a nawet dwieście lat temu!

W raporcie 70 procent ankietowanych przyznało, że „życie stwarza każdemu wystarczająco dużo szans. Trzeba więc tylko chcieć. Wszystko zależy od człowieka i od stopnia jego motywacji”. Tylko 30 procent ankietowanych było zdania, że niektórzy ludzie napotykają na swojej drodze życia bariery nie do pokonania.

Z kolei w innym badaniu, Ipsos Mori z 2010 roku, zaledwie 38 proc. Brytyjczyków stwierdziło, że do zadań rządu należy stworzenie bardziej równego społeczeństwa. A przecież mówimy o Wielkiej Brytanii, kraju, który charakteryzuje się największymi nierównościami społecznymi w Europie! W obydwu tych badaniach pojawiło się wiele zindywidualizowanych wyjaśnień efektów braku równości społecznej. Ewidentne było też negatywne i karcące nastawienie do tych, którzy znajdują się na samym dole drabiny społecznej.

Odcięcie się od klasy robotniczej jest jak najbardziej zrozumiałe, gdy przyjrzymy się, co się stało ze statusem i pozycją materialną brytyjskich robotników. Bardzo niewiele pozostało z dumy, jaką w latach 50 i 60-tych XX wieku cieszyła się na Wyspach klasa robotnicza. Nie mamy już wywodzących się z niej bohaterów czasów powojennych.

Zresztą, sama struktura tej klasy przeszła ogromną transformację. Niegdyś stanowili ją mężczyźni należący do związków zawodowych. Dziś to też w dużej mierze mężczyźni, ale pracujący w usługach. Pojawiła się też silna reprezentacja kobiet. Panuje przekonanie, że począwszy od 2010 roku klasa robotnicza znacznie się skurczyła.

Oczywiste jest, że wraz z upływem czasu, dana klasa społeczna zmienia się pod względem składu i jakości. Jasne jest i to, że w ciągu ostatnich stu lat liczba pracowników fizycznych, zatrudnionych w sektorze produkcyjnym, bardzo spadła. Jeśli jednak spojrzymy na klasę robotniczą jak na kategorię rynku pracy, za co zresztą tradycyjnie ją uważano, to pracownicy fizyczni wciąż stanowią do 38 proc. zatrudnionych.

Wystarczy dodać do tego zatrudnionych w handlu oraz bezrobotnych, żeby okazało się, że klasa robotnicza stanowi około 50 procent ludzi zdolnych do pracy. Tak więc mimo popularnego w Wielkiej Brytanii przekonania, większość z nas wcale nie należy do klasy średniej!

W rzeczywistości zamiast mitu ciągle rozrastającej się klasy średniej mamy rzeczywistość, w której to klasa robotnicza jest wciąż najliczniejszą grupą społeczną. Stanowią ją m.in. sprzątacze i sprzątaczki, opiekunki do dzieci i ludzie pracujący w usługach. Czyli ci wszyscy, na których pracy polegają coraz zamożniejsze klasy: średnia i wyższa, zwłaszcza, kiedy chcą oddawać się relaksowi.

Do tego obrazka klasowego należy dodać rosnące ubóstwo klasy robotniczej. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat nierówność ekonomiczna w Wielkiej Brytanii bardzo się pogłębiła. Wraz z erozją praw pracowniczych oraz osłabieniem pozycji związków zawodowych zniknęły dawne robotnicze organizacje. Spadło też kiedyś mocne poczucie jedności klasy robotniczej. I tak, jak na przestrzeni ostatnich 30 lat zmienił się stosunek indywidualnego wynagrodzenia do zysku firmowego (na niekorzyść tego pierwszego), tak samo obniżył się status oraz wartość klasy robotniczej.

Efekt? Słaba mobilność społeczna, która m.in. wypływa z niewielkiego mieszania się klas. Wyraźnie widoczne jest to w brytyjskim systemie edukacji. Klasa średnia nie chce posyłać swoich pociech do szkół, do których uczęszczają głównie dzieci z rodzin robotniczych. I to nawet w okręgach miejskich. Tam biedni i bogaci geograficznie sąsiadują ze sobą, ale nie mieszają się, co zwiększa istniejący dystans społeczny. Co więcej, w mediach piętnuje się braki i porażki ludzi z nizin społecznych, nie dotykając zupełnie tematu elitaryzmu klas wyższych – nepotyzmu, ekskluzywności, snobizmu.

Z drugiej strony, patrząc historycznie, zjawisko elitaryzmu i społecznego zamknięcia to nic nowego. Identycznie było chociażby sto lat temu. Na początku XX wieku filozof polityczny Richard Henry Tawney pisał: „Chłopcy ze szkół prywatnych zapełnili gabinety rządowe, by przewodzić Imperium Brytyjskiemu i dowodzić jego flotą i armiami, zdominowali sale konferencyjne, zapełnili stanowiska w sądach i stali się mandarynami służby publicznej”.

Dziś jest niemal tak samo. W 2010 roku dziennikarz „The Guardian”, George Monbiot, tak komentował w jednym z felietonów: „Za pośrednictwem koneksji, zaufania, niepłatnych praktyk, a także, co chyba najważniejsze, dzięki prywatnym college’om i studiom na najlepszych uniwersytetach, ci świetnie wykształceni przedstawiciele wyższej warstwy klasy średniej są dziś naszymi politykami, urzędnikami, artystami. Są też i niżej: w urzędach miejskich, w sądownictwie, są lekarzami, prowadzą wielki biznes, dowodzą siłami zbrojnymi, a nawet – i to często – kierują protestami, które rzucają wyzwanie władzy”.