Newsletter

Z Waszyngtonu: Ameryka jako firma?

Dominika Sztuka, 22.02.2012
Komu powierzyłbyś zarządzanie własną firmą: Obamie czy Romney'owi? A komu rządzenie państwem?

Strona 1

Komu powierzyłbyś zarządzanie własną firmą: Obamie czy Romney’owi? A komu rządzenie państwem?

Waszyngton, 22.02.12

W zeszłym tygodniu prezydent Obama ogłosił projekt budżetu Stanów Zjednoczonych na 2013 rok. Biały Dom zaproponował wielomiliardowe inwestycje rządowe, które mają pobudzić wzrost gospodarczy USA. Głównym założeniem planu Obamy jest zniesienie przywilejów podatkowych dla najbogatszych Amerykanów, wprowadzonych za administracji jego poprzednika, George’a W. Busha.

Ekonomiści skrytykowali propozycje, które w ich ocenie nie tylko nie uzdrowią amerykańskiej gospodarki, ale jedynie pogrążą ją w jeszcze większym kryzysie. Nowy plan budżetowy to „road map to Greece” – twierdzą republikanie, mówiąc, że jest nie do zaakceptowania. Również koledzy Baracka Obamy z ramienia Partii Demokratycznej mają spore wątpliwości, czy poddać w ogóle tę propozycję pod głosowanie w Kongresie. Obawiają się bowiem, by nie narazić się wyborcom, którzy w listopadzie tego roku wybiorą nie tylko nowego prezydenta, ale również jedną trzecią składu amerykańskiego parlamentu.

Konserwatywna fundacja „Heritage” z siedzibą w Waszyngtonie nie pozostawia na prezydencie suchej nitki: „prezydent Obama zaczerpnął swoją gospodarczą filozofię z reklamy samochodu” – twierdzą, nawiązując do sloganu „budowania, by przetrwać”, którym Obama określił w tegorocznym przemówieniu o stanie państwa (State of the Union Address) swoją strategię uzdrowienia gospodarki USA. Wcześniej hasła w swoim telewizyjnym spocie użył amerykański koncern samochodowy Ford. Sam projekt budżetu ma według analityków „Heritage” jedynie potwierdzać nieudolność ostatnich trzech lat administracji Obamy.

Dyskusja nad propozycją budżetu po raz kolejny postawiła kompetencje prezydenta USA do kierowania gospodarką pod wielkim znakiem zapytania. Czy oby na pewno politycy powinni stać na czele rządów w dobie kryzysu gospodarczego? Być może rację mają ci, którzy twierdzą, iż w tak ciężkich ekonomicznie czasach stery rządów należy powierzać specjalistom w dziedzinie gospodarki oraz doświadczonym w sektorze prywatnym przedsiębiorcom.

W USA – kolebce wolnego rynku – dyskusja w tej sprawie rozgorzała na dobre. Jednym z głównych pretendentów do uzyskania republikańskiej nominacji prezydenckiej jest bowiem Mitt Romney, przedsiębiorca, który dzięki swoim udanym biznesom dorobił się setek milionów dolarów. „Prezydent Obama nie ma pojęcia o gospodarce – najwyższy czas wybrać prezydenta, który ma” – przekonuje wyborców przy każdej okazji Romney.

Kolejny amerykański miliarder, Donald Trump – potentat branży nieruchomości – który sam nosił się z zamiarem kandydowania w prezydenckim wyścigu aby ostatecznie poprzeć Romney’a – przychyla się do postulatu, by stery państwa oddać w ręce ludzi biznesu. Zdaniem Trumpa ostatnie trzy lata prezydentury Obamy dobitnie pokazały, iż „osoba bez kwalifikacji oraz doświadczenia w dziedzinie gospodarki nie może rządzić państwem”.

Czy gospodarcze wyniki prezydenta Obamy są faktycznie aż tak złe, jak je przedstawiają jego polityczni oponenci?

Jeszcze kilka miesięcy temu odpowiedź na to pytanie nie budziłaby wątpliwości: w 2011 r. wskaźniki ekonomiczne w USA były najsłabsze od czasów Wielkiego Kryzysu lat 30-tych XX w. Jeszcze jesienią, stopa bezrobocia w Stanach wynosił ponad 9 proc., za co winą obarczano „pakiet stymulacyjny” prezydenta Obamy, który według krytyków miał negatywnie wpłynąć na tworzenie nowych miejsc pracy. W listopadzie zeszłego roku dług publiczny przekroczył 15 bilionów dolarów, osiągając tym samym najwyższy od zakończenia II Wojny Światowej poziom.

Tymczasem od początku nowego roku kondycja gospodarki USA się poprawia. W ostatnich miesiącach wskaźniki takie jak produkcja, wydatki konsumentów czy też sytuacja na rynku pracy ulegały pewnej poprawie. Bezrobocie spadło do blisko 8 proc. Jak zapowiada urzędujący prezydent – będzie tylko lepiej – i prosi wyborców o kredyt zaufania w postaci kolejnych czterech lat w Białym Domu.

Za kryzys gospodarczy Obama obwinia przede wszystkim swojego poprzednika – notabene kolejnego „wybitnego specjalistę” ds. ekonomii, którego wiedzę w tej dziedzinie najlepiej oddaje legendarna już wypowiedź na temat barier celnych, określonych przez niego jako „terriers and barriffs” (!) – a który miał pozostawić gospodarkę w ruinie.

Trudno się z tym stwierdzeniem prezydenta Obamy nie zgodzić – iście kowbojski styl prezydentury Busha oraz jego hiperaktywna polityka zagraniczna, a przede wszystkim dwie wojny, w które zaangażował Amerykę na pewno nie pomogły gospodarce USA. Biorąc jednak pod uwagę ostatnią propozycję budżetową jego następcy, można mieć spore wątpliwości, czy Barack Obama oby na pewno robi wystarczająco dużo dla wyprowadzenia kraju na ekonomiczną prostą.

Propozycja Obamy zakłada zmniejszenie długu publicznego o 4 biliony dolarów w ciągu następnych 10 lat, na co mają złożyć się cięcia w wydatkach publicznych o 2,4 biliona, oraz dodatkowy przychód do budżetu w kwocie 1,6 biliona z tytułu podniesienia podatków dla najbogatszych. Powyższe kalkulacje z pewnością zasługiwałyby na pochwałę, gdyby tylko… były prawdziwe.

Po pierwsze, nowy budżet wcale nie zmniejszy długu publicznego, a jedynie zmniejszy jego przyrost. W rzeczywistości bowiem budżetowy plan Obamy dołoży do stanu zadłużenia państwa w ciągu najbliższych 10 lat kolejne 6,7 bilionów dolarów.

Po drugie, w zaplanowanych cięciach Biały Dom uwzględnił 681 miliardów dolarów, które zaoszczędził jeszcze w poprzednim roku w ramach podwyższenia dopuszczalnego poziomu długu federalnego. Obama zaliczył również jako cięcia wydatków publicznych 741 miliardów, które Ameryka zaoszczędzi w następnej dekadzie na wycofaniu się wojsk USA z Iraku i Afganistanu.

Zważywszy na fakt, iż kończąc udział w obu wojnach, Stany Zjednoczone po prostu nigdy nie wydałyby tych pieniędzy, Barack Obama mógł w swoich szacunkach równie dobrze uwzględnić oszczędności z tytułu nie interweniowania w Syrii czy nie wypowiadania wojny Iranowi. Obama zapomniał również uwzględnić niektórych wydatków w swoim budżecie, takich jak blisko 500 miliardów dolarów, które USA będą musiały wydać, finansując chociażby nowy flagowy projekt prezydenta: rozbudowy szybkiej kolei.