Newsletter

Wybory w Rosji: murowany zwycięzca

Michał Rzepecki, 21.02.2012
Zwykli Rosjanie jeszcze raz przekonają się, że w starciu z władzą – niezależnie od ustroju politycznego – tak naprawdę niewiele mogą

Strona 1

Zwykli Rosjanie jeszcze raz przekonają się, że w starciu z władzą – niezależnie od ustroju politycznego – tak naprawdę niewiele mogą

Ostatnie dwa tygodnie kampanii przed zaplanowanymi na 4 marca wyborami prezydenckimi w Federacji Rosyjskiej rozpoczęły się już 17 lutego. Głosowano w najdalej położonych osadach i miejscowościach Syberii i Dalekiego Wschodu, latarniach morskich, bazach wojskowych, na statkach i w stacjach badawczych. W tym samym dniu podano również sondaże prognozujące zwycięstwo Władimira Putina już w pierwszej turze – żaden z kontrkandydatów nie zyskał więcej niż 10 proc. poparcia.

Końcówka kampanii będzie przewidywalna i mało emocjonująca. Dużo ciekawsze wydają się być posunięcia obozu władzy oraz „murowanego zwycięzcy”. Można pokusić się o stwierdzenie, iż upłyną one pod znakiem komunikatów dwojakiego rodzaju. Pierwsza kategoria przekazu dotyczyć będzie spraw wewnętrznych, dotyczących tak całych grup społecznych, jak i każdego obywatela. Druga związana będzie z rosyjską aktywnością na arenie międzynarodowej.

Komunikaty skierowane do obywateli będą miały na celu przede wszystkim przygotowanie gruntu pod zwycięstwo Putina, legitymizację w oczach społeczeństwa jego wyboru (bo przecież nie będzie ono stało w sprzeczności z konstytucją). Takie zabiegi skutecznie wytrącą politycznym przeciwnikom oręż w postaci zarzutów o uzurpację władzy.

Upubliczniając natomiast informację o nasilających się walkach na granicy czeczeńsko-dagestańskiej, władza będzie chciała pokazać obywatelom, że grozi im niebezpieczeństwo. Że źli terroryści znowu będą mordować rosyjskie dzieci. W obliczu takiego zagrożenia tylko silny, zdecydowany, sprawdzony lider zagwarantuje spokój i skuteczną ochronę przed krwiożerczymi fundamentalistami.

W kwestii polityki zagranicznej pójdzie zaś o to, by ukazać ekipę Putina jako tę, z którą liczy się cała międzynarodowa rodzina. Niczym innym bowiem nie można tłumaczyć zawetowania na forum ONZ rezolucji dotyczącej międzynarodowej interwencji w Syrii. Stąd też potrzeba „edukacji” społeczeństwa: poprzez programy emitowane w telewizji, w których całym złem za sytuację w Syrii obarcza się Stany Zjednoczone – inspiratora arabskiej wiosny. USA, które chce zagarnąć syryjskie złoża ropy naftowej, a tym samym spowodować chaos na rynku tego surowca, co byłoby działaniem wymierzonym w żywotne interesy Rosji. Tego typu reportaże pokazują ponadto, że jedynym gwarantem światowego ładu jest właśnie Rosja, a dostawy broni dla krwawego reżimu Baszara al Assada mają na celu zapewnienie pokoju w świecie arabskim.

Tymczasem opozycja – termin raczej umowny, ponieważ mamy tu do czynienia z całym spektrum ugrupowań i ludzi niezrzeszonych, o poglądach stojących ze sobą w sprzeczności, scalonych sprzeciwem wobec osoby Putina – jakby straciła zapał, z którym jeszcze miesiąc temu protestowała na ulicach Moskwy i innych rosyjskich miast. Po serii wezwań o wycofanie się z wyborów adresowanych do „kandydata nr 1”, płynących z różnych kręgów, z apelem do Putina zwrócił się także Michaił Gorbaczow. Ostatni przywódca ZSRR w wystąpieniu dla Radia Svoboda udzielił rady obecnemu premierowi (a już wkrótce „nowemu” prezydentowi), by ten usunął się z życia publicznego.

Gorbaczow przestrzegł ponadto, iż brak reakcji na społeczne oczekiwania może doprowadzić Rosję do wybuchu rewolucji. Jako panaceum na patologię rosyjskiego systemu politycznego były przywódca KPZR poleca odebranie większości kompetencji przynależnych urzędowi prezydenta. Ponieważ Gorbaczow jest w Rosji uważany za tego, który doprowadził do upadku wielkiego mocarstwa, jego słowa nie trafią na podatny grunt.

Inaczej niż na Zachodzie, gdzie jako laureat pokojowej nagrody Nobla cieszy się szacunkiem, Rosjanie raczej pamiętają, że przegrał zimną wojnę i usiłował zaprowadzić prohibicję. Co innego obecne władze – mimo niespotykanej nigdzie w świecie plagi alkoholizmu i oficjalnych zapewnień rozwoju programów walki z uzależnieniami – będą one promować nową markę wódki o swojsko brzmiącej nazwie „Kreml”. Dobra jest przecież władza, będąca w stanie zapewnić podstawowe potrzeby społeczeństwa. Nawiasem mówiąc, jak wyliczyli rosyjscy finansiści, wszystkie wyborcze obietnice Putina będą kosztowały budżet blisko 127 mld euro.

Instytucja wsi potiomkinowskiej ma w Federacji Rosyjskiej długą tradycję. W przypadku zbliżającej się elekcji również można wskazać, gdzie owa fasada się znajduje. Mam tutaj na myśli quasi demokratyczny wyścig do najwyższego w państwie urzędu. W wyścigu tym udział bierze co prawda pięciu kandydatów, ale zwycięzcę ustalono jeszcze przed startem. Jednak aby zatrzeć ewidentnie niekorzystne wrażenie „ustawionych” zawodów, kandydaci starają się zachować pozory demokratycznego współzawodnictwa, na kształt tych znanych choćby z państw Zachodu. Ostatnio chwalili się wspierającymi ich ludźmi kultury, osobami z pierwszych stron gazet.

Oczywiście najwięcej popleczników zaprezentował Władimir Putin, którego poparli m.in. Nikita Michałkow, popularni aktorzy Władimir Maszkow, Jewgienij Mironow, Oleg Tabakow, muzycy Igor Butman, Nadieżda Babkina, Mikołaj Rastrogujew, piłkarz Andriej Arszawin, rektor Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. Łomonosowa Wiktor Sadowniczy. Michaił Prochorow może natomiast pochwalić się wsparciem ze strony pierwszej damy rosyjskiej estrady, samej Ałły Pugaczowej, pisarza Wiktora Jerofiejewa, koszykarza Andrieja Kirlilienki czy aktorów Leonida Jarmolnika i Konstantina Chabiensjija.