Newsletter

Religia pomaga ale i przeszkadza

Kazimierz Bem, 21.02.2012
Stany Zjednoczone są chyba jedynym krajem obok Polski, gdzie rządzący epatują swoją religią, a prezydenci co chwila podkreślają jej walory

Marlborough, 20 lutego 2012

Przyzwyczailiśmy się postrzegać USA jako kraj religijny, rządzony przez pobożnych protestantów. Stany Zjednoczone są chyba jedynym krajem obok Polski, gdzie rządzący tak epatują swoją religią, a prezydenci co chwila podkreślają jej walory i moc modlitwy.

W pewnym sensie to nic dziwnego. Większość kolonii Nowej Anglii założono przecież jako azyle dla mniejszości religijnych, uciekających przed prześladowaniami w Anglii. Podobną funkcję pełniły także stany Pensylwania (dla kwakrów) i Maryland (dla katolików). Pamiętamy prezydenta George’a Busha jr., który potrafił mówić o sile modlitwy, a inwazję na Irak uzasadniał tym, że rozmawiał z Bogiem.

Ale historia amerykańskiej prezydentury i religii jest mocno skomplikowana. Pierwsi prezydenci George Washington i Thomas Jefferson byli praktyczne deistami. Washington choć lubił publicznie się modlić i podkreślać swoje członkostwo w Kościele anglikańskim – do komunii jednak nigdy w życiu nie przystąpił. Thomas Jefferson miał już bardziej oświeceniowe podejście do religii: podatków kościelnych nie płacił, z Biblii powycinał wszelkie „cuda” i uważał, że unitarianizm opanuje świat.

Prezydent Franklin Pierce nie był nawet ochrzczony, gdy sprawował swój urząd. Ukochany przez Amerykanów Abraham Lincoln nie należał formalnie do żadnego Kościoła, podobnie jak jego dwaj następcy, Johnson i Grant. Do końca lat 90-tych XIX wieku większość prezydentów, jeśli już należała do jakiegoś Kościoła, to do unitariańskiego – reszta poprzestawała na uczęszczaniu na nabożeństwa z pobożnymi żonami.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie w latach 70-tych XX wieku. Prezydenci Ford i Carter do Białego Domu zapraszali protestanckich kaznodziejów. Religią epatował Ronald Reagan, choć jak zauważyli jego biografowie, sytuacje kiedy widziano go w kościele, należały do wyjątkowo rzadkich. Bill Clinton po skandalu seksualnym otoczył się gronem pastorów, by pomogli mu modlitwą w jego „słabości” – choć ludzie sobie żartowali, że starzy i ponurzy pastorzy raczej odstraszają stażystki niż pomagają w zmaganiach z pokusą.

Ale religia może też przeszkodzić w karierze politycznej. John F. Kennedy jako katolik musiał spędzić wiele czasu, przekonując w większości protestanckie społeczeństwo, że nie będzie realizował polityki Watykanu i papieża. Kilka osób przyznało mi się, że głosowało na niego w tajemnicy przed starszymi członkami rodziny. Adlai Stevensonowi, jego przeciwnikowi i wielkiemu mężowi stanu zaszkodziło, że był unitarianinem, co przeciwnicy wykorzystali przeciw niemu.

Prezydent Barack Obama z kolei był członkiem parafii liberalnego Kościoła kalwińskiego UCC. Gdy ogłosił swoją kandydaturę, zaczęto analizować kazania jego pastora z Chicago i urządzono taką nagonkę na obu, że prezydent Obama z parafii w Chicago wystąpił. Dla religijnej prawicy jest jednak dalej muzułmaninem. W zabiciu tej plotki nie pomaga fakt, że prezydent nie został członkiem żadnej parafii w Waszyngtonie, woląc uczęszczać na nabożeństwa prowadzone w kaplicy wojskowej.

Dziś paradoksalnie religijność zaczyna szkodzić republikanom. Mitt Romney jest mormonem. I choć jest wierny swojej żonie, płaci – dosłownie – miliony dolarów na swój Kościół, większość republikanów go szczerze nie cierpi. Dla religijnej prawicy mormoni to nie chrześcijanie – a zatem za żadne skarby nie chcę na niego głosować. Religia na razie pomaga Rickowi Santorum, który jest niezwykle konserwatywnym katolikiem, na miarę Marka Jurka. Masowo głosują na niego republikanie rozczarowani mormonem Romney’em i dwukrotnym rozwodnikiem Gingrichem. Problemem jest to, że Santorum jest zbyt konserwatywny nawet dla większości katolików w USA – o reszcie społeczeństwa nie wspominając.

Grając na religijnych sentymentach, republikanie ostatnio zmarnowali świetną okazję, by pogrążyć prezydenta Obamę. Otóż zgodnie z uchwaloną przez niego ustawą o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, pracodawcy mieli obowiązek zapewnić dostęp do środków antykoncepcyjnych dla swoich pracowników. I to bez żadnych wyjątków. Rzecz jasna okoniem stanęli katolicy i ich biskupi, zarzucając Obamie, z właściwym dla siebie brakiem umiaru i wyobraźni, „prześladowania religijne”. Obama się w końcu z tego przepisu wycofał. Ale jego gafa utonęła w chórze skandalu, który wybuchł, gdy na debatę w Kongresie o antykoncepcji zapisali się sami… mężczyźni. Poirytowane reprezentantki wyszły z sali i Ameryka oglądała, jak o kobiecej antykoncepcji rozmawiają konserwatywni kongresmeni z konserwatywnymi lobbystami.

Sami mężczyźni – zero kobiet – coś, co w Polsce jest normą, w Ameryce na szczęście nią nie jest. By postawić kropkę nad „i” główny sponsor Ricka Santorum zupełnie poważnie w wywiadzie telewizyjnym powiedział, że za jego czasów najskuteczniejszą metodą antykoncepcji była aspiryna Bayera, którą kobiety trzymały między kolanami. Dziennikarka prowadząca wywiad była tak zszokowana, że tylko wydukała, iż „musi dojść do siebie” i zmieniła temat. Oczywiście internet i prasa miały pełne pole do zabawy – i dziś republikanie, zaledwie dwa tygodnie po poważnym błędzie Obamy marzą, by o całej sprawie zapomnieć.

Tak oto coraz więcej Amerykanów dostrzega, że nadmiar religijności może działać przeciw kandydatowi na prezydenta.